Na dwa głosy: „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie”

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historieGdyby mistrz Yoda czytał „CDN”, to powiedziałby pewnie: Mmm… „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie” w kinach jest. Czy zobaczyć go warto zapytasz? Sprawdź recenzję „Na dwa głosy” a przekonasz się.

Maciej Strąk: Zanim przejdę do filmu, muszę obronić jego tytuł. „Rogue One: A Star Wars Story” to jego oryginalna wersja. Disney, który chciał wprowadzić dubbing do odświeżonej wersji „Gwiezdnych Wojen” musiał jakoś przetłumaczyć nazwę „Rogue”. Wyszło „Łotr” i o ile ten wyraz pozostawiony sam sobie brzmi troszkę śmiesznie i archaicznie, o tyle w kontekście całego filmu jest całkiem rozsądnie wprowadzony. Statki w uniwersum studia Lucasfilm po prostu tak się nazywają. Jako że produkcja opowiada o załodze tego właśnie okrętu, to użycie słowa „Łotr” jest uzasadnione.

Zuzanna Tanajewska: Dyskusje na ten temat pojawiły się już na etapie promocji filmu. Ciekawe jest to, że ostatecznie nie pojawiło się w filmie wiele detali i scen z trailerów. Ale to chyba nie jedyne zaskoczenie, które zaoferował nam ten spin-off.

M: Trailery i plakaty promocyjne bardzo ładnie pokazywały o czym będzie historia. Grupa śmiałków podejmuje się ryzykownej misji wykradnięcia planów Gwiazdy Śmierci. Stawia czoła szturmowcom z Lordem Vaderem na czele… Otóż właśnie nie. Anakin Skywalker występował w zwiastunach niekiedy częściej, niż główna bohaterka i wiecie co? Zapowiedzi pokazują prawie każdą scenę, w której Sith bierze udział – razem trzy minuty. Nie ładnie Disney. Tak się nie robi.

Z: Racja, choć nie wiem, czy to może być poważny zarzut, bo w końcu film jest o rebeliantach. Mimo że Vader zjawia się na krótko, to i tak robi wrażenie! Zresztą w „Rogue One” pojawia się znacznie więcej „starych” postaci, niż można się było spodziewać. Jednak nie będziemy się wdawać w szczegóły, żeby nie psuć przyszłym widzom zabawy. Zmieńmy więc temat. Co sądzisz o nowych bohaterach?

M: Nie wiem, nie zdążyłem ich poznać. Przez pierwsze 30-50 minut fabuła pędzi do przodu i nie pozwala widzowi złapać oddechu. W efekcie dostajemy przedstawienie postaci potraktowane po macoszemu. Na kilka z nich zwróciłem jednak uwagę. Felicity Jones i Diego Luna to bardzo dobry duet aktorów, czuć było chemię między nimi, co przekładało się na autentyczność relacji Jyn i Cassiana. Ponadto mamy jeszcze Chirruta (Donnie Yen), który w dość nietypowy sposób używa mocy. No i oczywiście K-2SO, definitywnie najmocniejsza część filmu! Co sądzisz o naszym czarnym robocie?

Z: Mnie zabrakło jeszcze głębi w charakterach postaci takich, jak choćby Orson Krennic (Ben Mendelsohn). Bo poza tym, że ma za duże ambicje i fajną pelerynkę, to niewiele o nim można powiedzieć. A odpowiadając na twoje pytanie – w produkcjach osadzonych w tym uniwersum zawsze musi się pojawić jakiś pocieszny robocik. Tym razem konwencję nieco przełamano, bo K-2SO nie jest ani fajtłapowaty ani słodziutki – jest pełnym ironii bohaterem, który do tego potrafi komuś nieźle przyłożyć. I to się sprawdza w tej „bardziej poważnej” historii. Ponadto, nie tylko postacie są potraktowane na serio (mimo że w uproszczeniu), lecz także walki i sceny batalistyczne. „Łotr 1” to film wojenny, gdzie nie ma miejsca na roztkliwianie się nad każdym poległym.

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie

Jyn Erso (Felicity Jones), Cassian Andor (Diego Luna) i K-2SO

M: K-2SO to najśmieszniejszy robot w całym uniwersum i kropka. A sceny batalistyczne są świetne. Wszystko się pali i wali. Duże maszyny, blastery, trup na trupie – nie spodziewałem się, że Disney pozwoli na takie coś. A jeśli chodzi o słynne choreografie walk mieczem świetlnym to mamy Vadera. Podoba mi się konsekwencja, że rusza się on tak samo jak w „Nowej Nadziei”! Niestety takich nawiązań fabularnych jest w filmie stosunkowo mało, a całkiem sporo decyzji podjętych przez bohaterów nie ma jakiegoś poparcia logicznego, nie sądzisz?

Z: Zgadzam się, choć można to potraktować też tak, że skoro twórcy chcieli pokazać realia walki rebeliantów, to w ferworze zdarzeń nie zawsze jest czas na przemyślenie decyzji. Jednak gdyby się głębiej zastanowić nad połączeniem „Rogue One” z „Nową Nadzieją”, to nowy film burzy nieco nasze wcześniejsze wyobrażenia. W spin-offie nie ma tej baśniowości, nie ma wyraźnych podziałów na dobrych i złych, za to jest mnóstwo niejednoznaczności – np. nawet „dobry” rebeliant posuwa się do „złego” dla sprawy. I w końcu, czy Imperium, które ma swoje wewnętrzne problemy, mogłoby później opanować galaktykę?

M: Akurat wewnętrzne problemy Imperium to norma, w serii „Gwiezdnych Wojen” nie raz było to pokazane. Myślę, że szarość świata wyszła tutaj na plus. Z niekonsekwencji fabularnych najbardziej drażniła mnie ta wielka przemiana głównej bohaterki. Tak naprawdę, to ona powinna dołączyć do Imperium a nie Rebeliantów, po tym co ci drudzy jej zrobili, a mimo to z nimi wiąże swoją przyszłość. Dużo jest takiego typu bezsensownych momentów.

Z: Jednak pomimo tego, nie można „Rogue One” odmówić, że wprowadził do serii odświeżenie. Niełatwo stworzyć film, który spodoba się wszystkim. A niestety Disney chce zadowolić zarówno młodych widzów, jak i starych fanów. Udało się to częściowo, bo mamy tu nawiązania do starej serii, a dodatkowo kilka nie pojawiających się wcześniej rozwiązań. Na przykład, finalna sekwencja i ostateczny los bohaterów to coś, czego jeszcze w blockbusterze nie widziałam.

M: To jest coś nowego. Widać, że w spin-offie twórcy chcieli się odciąć od głównej historii i skupić na innych aspektach świata „Gwiezdnych Wojen”, niż konflikt Jedi z Sithami. Odważne posunięcie, jestem zwolennikiem tego typu zabiegów. Nawet muzyka Michaela Giacchino odwraca się od tej klasycznej Williamsa. Generalnie film wygląda ładnie, ale historia jest średnio ciekawa. Widać brud scenografii ze starej trylogii, ale i niekiedy rażące animacje. Dużo tutaj sprzeczności, co powoduje, że film jest taki po środku – średni.

W następnym odcinku „Na dwa głosy” omówimy „Assassin’s Creed”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *