Radość, Harley i Rock’n’Roll

creeTego wieczora (5 grudnia) miłośników bluesa przed przyjściem na koncert Cree nie powstrzymała nawet pogoda. Gdy na zewnątrz szalała wichura, w Blues Clubie pod sceną szaleli fani. Był to wieczór tych, którzy naprawdę czują bluesa, a rock’n’rolla mają we krwi.

Gdyński Blues Club jest wyjątkowym miejscem na mapie Trójmiasta. Półmrok, zdjęcia muzyków, płyty na ścianach i dość surowy wystrój tworzą klimat godny nowoorelańskich klubów bluesowych. To miejsce, w którym czuć, że pierwszej kolejności przychodzi się tu dla muzyki.

W tej sprzyjającej atmosferze na niewielkiej scenie pojawił się zespół Cree. Urok tego typu miejsc jest taki, że koncert staje się bardziej intymny, a wykonawcy są niemal na wyciągnięcie ręki. Trudno było się oprzeć temu bluesowo-rockowemu brzmieniu, bo słuchając Cree można zamknąć oczy i wyobrazić sobie przejażdżkę Harleyem. Nie bez powodu zresztą Bastek Riedel wystąpił w koszulce z logo Harleya Davidsona. W ich piosenkach jest dużo wolności i nieskrępowanej, rockowej energii, która udzielała się publiczności.

Muzyka, jaką grają, nie jest już tylko spełnieniem marzeń nastolatków. To dzieło pięciu dojrzałych mężczyzn, którzy doskonale wiedzą, jak grać dobrego, brudnego rocka. RiedelSylwester Kramek, Adam LomaniaTomasz Kwiatkowski i Lucjan Gryszka to skład, który działa jak jeden organizm, porozumiewają się bez słów i dzielą czystą radością grania. Są często porównywani do Dżemu, i z pewnością można by znaleźć wiele podobieństw, ale grają ostrzej i szybciej. Ku uciesze publiczności zagrali „Cały nasz świat” i „Diabli nadali”, a z jeszcze większym entuzjazmem spotkały się „Nie ma nocy i słońca” i „Halucynacja”. Dla energetycznej przeciwwagi musiał się pojawić romantyczny, promowany ostatnio w rozgłośniach „Ciemności blask”(z ostatniej płyty„Wyjdź…”). Utwór „Po co więcej mi”, kojarzony ze zmarłymi rodzicami Bastka natomiast wprowadził nostalgiczny nastrój. Opisywać piosenki Cree można długo, ale warto wspomnieć o imponujących solówkach każdego z członków zespołu. Szczególnie część koncertu skradł perkusyjny popis Kwiatkowskiego.

Bastek RiedelCree poprowadzili koncert w sposób nietypowy. W połowie występu z uśmiechem zarządzili przerwę na doładowanie rockowych akumulatorów i po chwili wrócili, by wyciskać dźwięki ze swoich instrumentów z jeszcze większą siłą. A to i tak nie wystarczyło bujającym się i rozochoconym fanom, bo muzycy musieli wyjść jeszcze na bis.

Bastek, nie da się ukryć, głos odziedziczył po ojcu. Takiego zaśpiewu i chrypy nie da się naśladować, to trzeba mieć. Chwilami można było sobie wyobrazić, że przed mikrofonem stoi właśnie Rysiek. Zwłaszcza, gdy wokalista zaczął grać na harmonijce. Bastek jednak nie kopiuje śpiewu ojca, wypracował sobie własny styl i za to należy go docenić. Bo widać, że na to uznanie pracuje sam, pomimo legendarnego nazwiska. Rysiek z pewnością byłby dumny z utalentowanego syna.

Co ciekawe i zarazem pozytywne, większość fanów, którzy pojawili się na koncercie, nie była w wieku nastolatków, czy studentów, ale ich rodziców. I ci rodzice właśnie najbardziej szaleli pod sceną, a kto wie, może i zawstydziliby nawet pogowiczów. Młodych ludzi oczywiście nie brakowało, zdarzyły się nawet dzieci z rodzicami, a to jest najlepszym dowodem na to, że frazes„ muzyka łączy pokolenia” nie jest tylko banałem. Fani wypełnili Blues Club niemal po brzegi, żywiołowo oklaskiwali zespół, śpiewali razem z Bastkiem, a najbardziej aktywna fanka doczekała się nawet zadedykowanej piosenki. Nie tylko ona, ale i wszyscy zebrani z pewnością zapamiętają ten koncert na długo.

fot. Paweł Wroniak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *