Na dwa głosy: Legend

legendTom Hardy w dwóch osobach? Gwiazdor „Bronsona” i ostatniego „Systemu” powraca na duże ekrany w wielkim stylu. O gangsterach powstało wiele filmów. Jak na tym tle wypada „Legend” i ile jest w nim prawdziwej legendy, a ile mrzonki o dwóch braciach-celebrytach? Recenzujemy na dwa głosy.

Magda Drozdek: Lata 60., Ronnie i Reggie Kray (Tom Hardy) to lokalni celebryci i gangsterzy. Dawni bokserzy okryli się sławą brutalnych biznesmenów i lokalnych celebrytów. Poznajemy ich wtedy, gdy Reg nabija się ze śledzących go policjantów, a Ronnie snuje egzystencjalne sentencje w zakładzie psychiatrycznym. Wkrótce bracia zaczynają podbój nie tylko East Endu, ale i całego Londynu. Reg poznaje sekretarkę (Emily Browning) i tak rozpoczyna się romans dziewczyny ze światem mafii. I choć mamy tu więcej melodramatu, niż kina gatunkowego, to film wypada całkiem nieźle na tle podobnych mu produkcji i ogląda się go całkiem nieźle.

Marek Listwan: Film nosi tytuł „Legend”, co wydaje się znamienne dla odbioru całej przedstawionej historii. Bracia Kray, mimo że nie tak szaleńczo przystojni jak Tom Hardy, w czasach swojej świetności zapewne przebiliby popularnością odtwórcę ich ról. Jak to zwykle bywa, narosły wokół nich różne, mniej lub bardziej mijające się z prawdą, historie. Wydaje się, że fabuła filmu zbudowana jest ze zlepku wszystkich tych historii. Momentami jest typowe kino gangsterskie, następnie przechodzi w czarną komedię, a w końcu przeistacza w melodramat, o czym wspomniałaś. Tego ostatniego czynnika było jednak troszeczkę za dużo, nie uważasz?

Magda: Zdecydowanie reżyser nie miał jednego mocnego pomysłu na ten film. Historia prawdziwych Krayów wydaje się być gotowcem, wystarczy dobrać idealnego aktora, zbudować plan i film gotowy. Ale tak się nie dzieje. Nie dość, że tak jak mówisz, dostajemy pomieszanie z poplątaniem, bo komedię przebija tu właśnie mdła historia miłosna, to jeszcze reżyser bazuje na prawdziwych klasykach kina gangsterskiego, nie tworząc nic nowego. A melodramat jest tu większy, niż choćby w „Gangster Squad”. Szkoda.

tom 2Marek: Aktor został w tym wypadku dobrany idealnie. Mimo że nie jestem takim psychofanem Toma jak Ty, to trzeba przyznać, że w podwójnej roli wypada znakomicie. O ile Reggie to typowy bystry i ładny łobuz, i wcielenie się w tę postać z pewnością nie sprawiło Hardy’emu większych trudności, to kreacja Ronniego wymagała trochę wysiłku. Drugi z bliźniaków to całkowite przeciwieństwo Reggiego – wybuchowy schizofrenik i na dodatek homoseksualista. Pytacie czy Hardy dał radę? On gra to, co się mu każe.

Magda: Oj nie. Powiedzenie, że gra to co mu się każe, to okrutna bzdura. To jest prawdziwe zwierzę, a w tym przypadku jest na szczęście tak, że to od niego zależy ten film. Reżyser wydaje się nie mieć nic do powiedzenia. Wchodzi Hardy i ustawia cały plan. I to widać od razu. Fakt, by być Reggiem nie musi dużo robić. Standardowy zestaw min i gestów i postać zrobiona. Dużo obrzydzenia za to pakuje w Ronniego. To jedna z tych kreacji, za które kocha się Hardy’ego. Psychol o twarzy pluszowej maskotki, nieprzewidywalny wariat, który w każdej chwili myśli o czymś innym. Takiego gangstera jeszcze nie mieliśmy.

Marek: Mówiłem, że jesteś psychofanką, ale tym razem jest sporo prawdy w tym co mówisz. Ale wracając do tematu, osobiście lekko zdziwił mnie pewien zabieg zastosowany w filmie: opowiadanie całej historii przez Frances Shea, ukochaną Reggiego. Dlaczego? Powodów jest kilka, ale nie zdradzę wszystkich, żeby nie psuć radości z seansu. Po pierwsze, postać Frances wydaje mi się trochę nijaka. Po drugie, nie brała ona bezpośredniego udziału w wielu przygodach słynnych braciszków. I po trzecie… by się tego dowiedzieć, musicie obejrzeć film. Co sądzisz o tym zabiegu?

SHOWBIZ Krays 185737Magda: Jest wyjątkowo durny, po prostu. Zawsze głos z offu należy w filmach do osób postronnych. To tak sztampowe opowiadanie historii, że nie doszukiwałabym się w tym wielkich zamierzeń twórcy. Potrzebował kogoś, kto był blisko, a wybór wydawał się prosty. Swoją drogą nasza kochana Frances, to najsłabsze ogniwo. Porównania z popularnym swojego czasu teleturniejem są w punkt, bo przecież pod nią też otwiera się przepaść w pewnym momencie. Z resztą nie trudno się domyślić, mało kto dobrze kończył na romansach z gangsterami. Wbrew pozorom, słodka niedorajda jest bardziej antypatyczna, niż pozostałe zakapiory z mafii.

Marek: Jeśli już wspominasz o zakapiorach, to warto zauważyć, że większość „koleżków” braci Kray to całkiem sympatyczni goście. W pamięć zapadają szczególnie Teddy (Taron Egerton) i Leslie Payne (David Thewlis), choć ich role do szczególnie rozbudowanych nie należą. Ciekaw jestem czy wiele osób poczuje lekkie ukłucie zaniepokojenia w sercu. gdy uświadomi sobie, że pała sympatią do zgrai morderców, pijaków i socjopatów.

Magda: I właśnie tu jest problem. Reżyser poszedł z stronę traktowania gangsterów jako celebrytów, gwiazd East Endu, londyńskiej elity, co to urządzają barwne przyjęcia z Frankiem Sinatrą, a po godzinach rozwalają ludziom głowy. Taka legenda, to nie legenda. Weźmy chociaż nieśmiertelnego „Ojca chrzestnego” – ta historia była z krwi i kości. Tu to trochę taka bajeczka o rozkochanych zabijakach. Jeden woli panów i pomaganie potrzebującym w Afryce, drugi elegantki. Ale jest to wciąż Tom Hardy, więc praktycznie każdy argument przeciw umiera. Nie widać nawet grzebania w efektach specjalnych, a trzeba docenić, że nawet biją się po tych samych twarzach bezbłędnie.

krays_3286586b

Prawdziwi bracia Kray

Marek: Bezbłędnie ukazano nie tylko bicie się po tych samych twarzach, ale i braterską więź, jaka łączy głównych bohaterów. Bracia, mimo że różnią się od siebie jak ogień i woda, nieustająco się kłócą, a nawet biją, to skoczyliby za sobą w ogień. Gdybym miał brata pokroju Ronniego, zapewne już dawno bym go udusił. A Reggie swojego konsekwentnie wyciągał z kłopotów i olewał dla niego wszystko i wszystkich.

Magda: Braci się nie traci. Ta ich więź jest świetnie przedstawiona. Mimo całego zamieszania, pozostali największymi przyjaciółmi, olali kobiety i kochanków i koniec końców trzymali się siebie. Brawa dla Hardy’ego, bo nikt inny by tego nie zrobił lepiej. Nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Dziś o prawdziwych Krayach słuchu już nie ma, a Hardy zaskoczy jeszcze nie raz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

szesnaście + 8 =