„Zły”. PRL-owski superbohater nie obronił się na scenie Teatru Muzycznego

Imponująca scenografia, zaskakujące sceny walki i wspaniała choreografia. To największe zalety „Złego”, otwierającego nowy sezon w gdyńskim Teatrze Muzycznym. A poza tym – brak tematu przewodniego, mało udani główni bohaterowie i… ponad trzy godziny trwania spektaklu. 

Wojciech Kościelniak kolejny raz sięgnął do klasyki polskiej literatury. Po udanych adaptacjach „Lalki” Prusa i „Chłopów” Władysława Reymonta, reżyser zdecydował się na wystawienie „Złego”, legendarnego kryminału autorstwa nieco zapomnianego w Polsce Leopolda Tyrmanda. Wielostronicowa powieść opowiadająca o losach powojennej Warszawy i jej mieszkańców wydawała się wyjątkowo trudnym materiałem na stworzenie spektaklu w ogóle, a co dopiero na stworzenie musicalu. Po sukcesach wcześniej wspomnianych tytułów można było oczekiwać następnego hitu. Na oczekiwaniach się jednak skończyło, a podsumowaniem tego były wymuszone brawa znudzonej publiczności. Rzadko bowiem zdarza się w Teatrze Muzycznym, by aktorzy nie dostali owacji na stojąco, a na ukłony wychodzili tylko raz.

11947602_164406520559371_7095693060816610118_nGdzie można doszukiwać się powodów słabej reakcji widzów? Przede wszystkim w braku spójności. Z przedstawienia trudno wywnioskować, o co tak właściwie w całości chodzi, jaki jest temat przewodni historii. Czy jest to osoba Henryka Nowaka? Czy jednak działalność przestępcza Filipa Merynosa? Jak do tego wszystkiego mają się wątki miłosne? Trochę za dużo tu zamieszania.

Podobnie z formą spektaklu. Mamy do czynienia po trochu z kryminałem, ironią, komedią, a nawet pewnym upodobnieniem do komiksu. A i tu brak symetrii. Podczas gdy w pierwszej części spektaklu charakterystyczne „dymki” z wypowiedziami bohaterów pojawiają się tylko raz, druga połowa jest nimi naszpikowana.

Argumentem na umieszczenie „Złego” w kategorii mniej udanych musicali Muzycznego są też słabe role głównych bohaterów. Trudno stwierdzić, co zdecydowało o obsadzeniu Bernarda Szyca jako „ojca chrzestnego” Warszawy lat 50., ale z pewnością nie były to bezwzględność i okrucieństwo, jakie powinny tę postać cechować. Nieco lepiej spisał się Krzysztof Wojciechowski. Choć przez większość trwania przedstawienia budzi on raczej śmiech niż przerażenie, końcowy monolog to jedna z najbardziej przejmujących scen. Niech nie zaskoczy Was również nagłe pojawienie się aktora na scenie jeszcze w przerwie między aktami. O dziwo całe przedstawienie zdominowali postacie drugoplanowe. Wśród nich najbardziej wyróżniały się Ewa Gierlińska w roli charyzmatycznej Anieli i Katarzyna Wojasińska jako Hawajka. Popisowe solówki obu pań to najlepsze występy w „Złym”. Bardzo dobrze spisali się także Krzysztof Kowalewski w roli Moryca, Tomasz Bacajewski jako Jerzy Meteor i Mateusz Deskiewicz, który niczym Charlie Chaplin odegrał postać Jonasza Drobniaka.

11056600_164406663892690_5087613796612323018_nNie można jednak spisać nowego musicalu na straty. Przedstawienie zachwyca scenografią autorstwa Damiana Styrny, która idealnie odwzoruje mroczność lat 50. Szczególnie w pamięć zapada konstrukcja będącą z jednej strony mieszkaniem bohaterów, a z drugiej częścią twarzy Bolesława Bieruta. Do tego wszystkiego przejmujące animacje zrujnowanej po wojnie Warszawy, a w tle fragmenty przemówień pierwszego sekretarza. Nastrój budują dodatkowo sytuacje charakterystyczne dla tamtych czasów, jak na przykład scena kolejki do telefonu czy przed wejściem do kina Atlantic.

Świetnie zorganizowano choreografię. Sceny na lodowisku czy w spółdzielni Merynosa z użyciem kartonów układających się w hasła typowe dla PRL-u to jedne z lepszych pomysłów Jarosława Stańka. Podobnie ze scenami walki. Nieprzepełnione brutalnością, mogą być nazwane nawet artystycznymi, w połączeniu ze zwolnionym tempem i podłożonym dźwiękiem uderzenia. Ponownie zachwyciła muzyka Piotra Dziubka, choć momentami wydawało się, że nie zgrywa się ona ze słowami i rytmem śpiewania aktorów. 

Podsumowując, „Zły” Wojciecha Kościelniaka to świetne show wizualne z paroma niespodziankami w postaci występów niektórych aktorów. Całość jednak nie zachwyca tak, jak poszczególnie sceny samodzielnie. Wywołuje u widza lekkie zakłopotanie i niezrozumienie. Dlatego lepiej wybrać się na spektakl po przeczytaniu książki, by mieć sto procent pewności co do tego, jak historia się potoczy.

Fot. Edgara de Poray, dzięki uprzejmości Teatru Muzycznego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *