Agentka: Amerykański Bond w spódnicy

??????????Jeżeli nie wiecie jak spędzić ostatnie chwile długiego weekendu, wybierzcie się do kina na najnowszych film Paula Feiga. Ta przezabawna komedia pełna gagów i śmiesznych scen akcji na pewno poprawi Wam humor przed kolejnym tygodniem ciężkiej pracy.

Susan Cooper (Melissa McCarthy), choć pracuje w CIA, każdy dzień spędza przed biurkiem przeprowadzając przez trudne akcje agentów pracujących w terenie. Gdy jeden z nich zostaje zdekonspirowany, Susan zostaje wysłana przez szefostwo do Paryża. Ma za zadanie rozpracować grupę handlarzy bronią, która chce sprzedać terrorystom głowicę jądrową. Działania Susan wymykają się jednak z pod kontroli i cała akcja staje się jedną wielką komedią omyłek.

Po sukcesie „Druhen” i „Gorącego Towaru” Paul Feig ponownie zaprosił do swojego filmu Melissę McCarthy. I ponownie nie popełnił błędu, bo „Agentka” to przede wszystkim popis kunsztu aktorskiego Amerykanki. Czy można ją już uznać za królową komedii „made in the USA”? Chyba tak. Na pewno jest królową tego filmu. Bo w roli agentki CIA działającej trochę z przypadku sprawdza się znakomicie. Charyzma i bezpardonowość tej bohaterki bawią widza do łez, a nieporadność staje się w pewnym momencie urzekająca. Na ekranie z nie mniejszą finezją towarzyszą jej Jude Law, Jason Statham i Rose Byrne. Na brawa zasługuje zwłaszcza ten środkowy, bo postać Ricka Forda to autoironia wszystkich dotychczasowych ról granych przez Brytyjczyka. Nie można także zapomnieć o Mirandzie Hart, grającej równie niezdarną przyjaciółkę głównej bohaterki i Peterze Serafinowiczu w roli ukrytego włoskiego (czy brytyjskiego ?) agenta.

Czy w filmie zachwyca coś poza obsadą? Scenariusz. A może dokładniej dialogi i użyta w nich gra słów. Kolejne ukłony dla Feiga. Stworzone przez niego gagi i wypowiedzi bohaterów na pewno pozostaną w pamięci oglądających na długo po wyjściu z kina. Udało mu się też sparodiowanie filmów z Bondem. Mimo że widz od razu zorientuje się z czym ma do czynienia (chociażby ze względu na piosenkę na początku), parodia nie jest aż tak bolesna i denerwująca jak w przypadku innych bywało.

Skoro mowa o muzyce, Theodore Shapiro spisał się na medal. Stworzenie soundtracku do scen akcji tak, aby mimo komizmu sytuacji nadal trzymały w napięciu to wcale nie łatwe zadanie. A połączenie z tym wszystkim Wierki Serdiuczki z „Dancing Lasha Tumbai” i muzyki 50 Centa to kolejne argumenty na przyznanie tej racji.

Nie znęcając się nad Amerykanami i ich poczuciem humoru, należy jednak dodać, że dowcip „Agentki” nie należy do tych z najwyższej półki. Więc kto jest zbyt „ą i ę”, aby obejrzeć, niech lepiej tego nie robi. Bo po co potem mówić o idiotycznych żartach i obrzydliwych scenach? Lepiej dać sobie spokój. To jest amerykańska komedia! Czego się więc spodziewać?

Nic dziwnego, że w Stanach Zjednoczonych film zarobił ponad dwanaście milionów dolarów. Kobiety wzdychają do Jude’a Lawa i utożsamiają się z niedoskonałą główną bohaterką, mężczyźni zachwycają się urodą Rose Byrne i przebitą nożem dłonią. A oboje zaśmiewają się do łez przy scenie pościgu za BMW czy próbie zapanowania nad samolotem. I z satysfakcją stwierdzają po wyjściu z sali, że opłacało się wydać pięćdziesiąt złotych na bilety i parkometr. Czego chcieć więcej?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *