„Póki jest ochota i energia, trzeba działać” – wywiad z Januszem Panasewiczem

_TG_0463Jego  nazwisko i wokal kojarzą wszyscy fani polskiego rocka. Razem z Lady Pank od ponad 30 lat wychowuje muzycznie kolejne pokolenia i niewątpliwie, należy do grona polskich rockowych legend. Janusz Panasewicz opowiada o rodzinnym mieście, co wspólnego ma z Johnem Porterem i Robertem Gawlińskim oraz jak szybko może powstać piosenka, która nieoczekiwanie może stać się hitem.

Jak to było z tym graniem przed Lady Pank?

Pochodzę z małego miasta na Mazurach (z Olecka, przyp. red.), a tam działały przy domu kultury amatorskie zespoły, w których grywałem. I ot, tak doraźnie, gdy nie chciało się siedzieć w domu i gdy się nadarzał fajny festiwal, to jechaliśmy, na przykład do Giżycka albo Mrągowa. I to była przygoda. Miałem wtedy jakieś 14 lat, uczyłem się grać na gitarze i pianinie. Był też Klub WSS, w takim fajnym, starym budynku nad jeziorem. Tam graliśmy dość dziwny repertuar, na przykład długie 25-minutowe suity rockowe, gdzie śpiewałem do tekstów Gałczyńskiego, między innymi do „Kroniki Olsztyńskiej”. To były czasy komuny, smutne czasy, ale nam nikt nie przeszkadzał, mogliśmy grać, co chcieliśmy. Tylko przy rocznicowych okazjach musieliśmy zagrać, bo wówczas dostawaliśmy na przykład sprzęt za darmo. Potem uczyłem się też grać na bębnach. Występowałem też na różnych festiwalach, jak Piosenki Rosyjskiej czy później studenckich. Wtedy to był jedyny sposób, żeby się pokazać. Ale w wieku 18 czy 19 lat nie wiedziałem jeszcze, co chcę robić. W końcu trafiłem do wojska,  w którym właściwie krótko byłem i tam też załapałem się do zespołu. To wszystko było tak naprawdę zbiegiem okoliczności. Właśnie w tym zespole była ówczesna narzeczona Andrzeja Mogielnickiego (autora m.in. pierwszych tekstów Lady Pank, przyp. red.). Wypatrzyła mnie, powiedziała, że się nadaję, więc pojechałem na próbne nagrania do Krakowa, do studia Teatru Stu. Pojawił się tam właśnie Andrzej i Janek Borysewicz. Nagrałem z nimi ze dwie piosenki, „Tańcz głupia, tańcz” i „Minus 10 w Rio”, ale jeszcze o zespole nie było mowy. Wiedziałem, że jakiś zakładają i że to coś fajnego, ale nie miałem pewności czy do nich trafię. Z potwierdzeniem zadzwonili dopiero jakiś czas później.

Nie da się też ukryć, że promuje Pan rodzinne miasto, Olecko. Jak reagują na nie ludzie z całej Polski, których Pan tu przyciąga?

Myślę, że bardzo im się podoba. Nawet gdy mieliśmy tam zlot na 25-lecie Lady Pank, przyjechało parę tysięcy osób. Z Australii, ze Stanów, z całej Europy. Przyjeżdżając w odwiedziny do Polski i wiedząc o tej imprezie, ściągali do Olecka. To było świetne. Zresztą, my dość często gramy w Olecku. W tym roku na przykład będę tam solowo z nową płytą na Przystanku Olecko, dwa lata temu byliśmy tam z zespołem. Gdy tylko dzwonią do nas z urzędu miasta albo Radek Skrodzki z domu kultury, to jeśli mamy z czym, przyjeżdżamy. A ludzie, którzy wtedy przyjeżdżają, poznali już to miasto i świetnie się tam czują. Ci, których znam, mówią mi, że bardzo sobie Olecko cenią i chwalą. Wiem nawet, że są i tacy, którzy przyjeżdżają później ot tak z dzieciakami na wakacje, bo mają z tym miejscem fajne wspomnienia.

Łatwiej czy trudniej zagrać w rodzinnym mieście?

Nigdy nie jest łatwo. Mam taką tremę… W ogóle jestem tremiarz, ale tam odczuwam to jeszcze bardziej. Pamiętam, jak grałem tam z pierwszą solową płytą, 6-7 lat temu. Wyszedłem na scenę późno w nocy, ludzi mnóstwo, 15 czy 20 tysięcy… Byłem rozdygotany, przestraszony, mimo że już tyle lat jestem na scenie. Nagle widzę tłum kibiców Czarnych Olecko krzyczących coś do mnie. Wsłuchuję się i słyszę: „Jesteś u siebie, jesteś u siebie!” Wszystko po mnie spłynęło i pomyślałem – „jest dobrze, mogę swobodnie zaczynać”. Za każdym razem jest trudno grać u siebie, nie chodzi nawet o to, że są większe wymagania. Zawsze się wtedy starasz, żeby wszystko wyszło jak najlepiej, a to różnie wychodzi. Są nerwy, a to się gdzieś zapomni tekstu, a to coś nieprzewidzianego się wydarzy… Ale bardzo lubię tam grać. Z reguły jest fajnie, bo zawsze są jakieś duże emocje.

A jak to jest według Pana z dzisiejszymi młodymi zespołami? Spotyka Pan takie, którym chce się grać, tak po prostu?

Czasami widuję takich zapaleńców, ale szczerze mówiąc, zazwyczaj są to ludzie spoza kręgów programów typu talent-show. Oczywiście tam też się zdarzają bardzo utalentowani ludzie, jak Dawid Podsiadło. Ale ja staram się obserwować muzyków bardzo niezależnych, związanych z jakimiś klubami czy właśnie domami kultury. Nieraz zdarza się, że gram gdzieś koncert, ktoś mnie zainteresuje, więc zostawiam namiary i utrzymujemy kontakt. Czasami przysyłają mi piosenki do oceny, żebym powiedział co ja o tym myślę, pytają, czy mogę im jakoś pomóc. A ja myślę, że najważniejsza w tym wszystkim jest cierpliwość. Chociaż czasy są bardzo niecierpliwe, każdy chciałby być już jutro gwiazdą. Ale wiem, że jest masa zespołów, które latami dążą do sukcesu. Wtedy zawsze mówię, że jeśli są utalentowani, w końcu znajdzie się ktoś, kto ich odkryje. Ponadto, teraz jest kłopot z radiem. Nie mówię tu o jakichś rockowych czy ambitniejszych stacjach, ale gdzie w radiu jest muzyka interesująca, niosąca jakiś przekaz? Komercyjne niechętnie to grają, stąd narasta frustracja u młodych muzyków, którzy nie chcą się dopasować. Jedynie Trójka wydaje mi się być stacją, która pokazuje rzeczywiście ciekawych wykonawców. W ogóle czasy zrobiły się jakieś komercyjne. Pamiętam, jak zaczynaliśmy z Lady Pank i przynosiliśmy jakąkolwiek piosenkę do Trójki, zresztą, nie tylko my, bo i Perfect, Grzesiek Ciechowski, Kora, Lech Janerka czy Robert Gawliński, to to faktycznie wszystko było różnorodne, każdy z nas był inny. Więc Trójka miała wybór i wszystko, co puszczała, było i jest znane do dziś. Mam wrażenie, że teraz nie tylko w Polsce, ale i na świecie, może poza Stanami, muzyka zrobiła się globalna, wszędzie taka sama. Nie dotyczy to chyba tylko zespołów, które przez długie lata wypracowały już swój styl i wizerunek.

_TG_0474Tę rzeczywistość dzisiejszych czasów show-biznesu widać w „Polskim Gównie” Tymona Tymańskiego, który pokazuje ją z dużym przekąsem…

Nie widziałem jeszcze tego filmu, ale sporo o nim wiem. Ba, nawet ja miałem w nim zagrać i była przygotowana dla mnie rola. Poza tym, gra tam też trochę ludzi z Olecka. Tyle, że to wszystko się rozciągało w czasie, Tymon nam mówił, że a to nie mają pieniędzy, a to przez półtora roku nie ma zdjęć… Każdy miał ostatecznie swoje obowiązki, więc trudno to było wszystko razem dopasować. Ale cieszę się, że film w końcu powstał.

Porozmawiajmy o drugiej solowej płycie, pt. „Fotografie”. Muzykę napisał John Porter. Jak pracowały razem dwie tak duże muzyczne osobowości?

Po pierwsze, z Johnem znamy się już od wielu lat i bardzo się lubimy. I myślę, że to jest w muzyce szalenie ważne. Masz wtedy ochotę coś zrobić, czasami po prostu pogadać, czasem coś konkretnego z tego wynika. My mieliśmy z Porterem pewien projekt, który, bardzo możliwe, że ujrzy jeszcze światło dzienne. On chciał zrobić muzykę do wierszy Charlesa Bukowskiego. Próbowaliśmy dotrzeć z Johnem do tekstów, wybraliśmy ich nawet około 40. Bo Bukowski oprócz prozy pisał także wiersze, z tym, że białe, trudne do napisania pod nie muzyki. Ale pojawiły się problemy z prawami autorskimi. Bo ma je jego wnuczka mieszkająca w Szwajcarii i na użycie niektórych wierszy wyraża zgodę, a niektórych nie. Dlatego to się nam rozmyło, ale nie wykluczam, że do tego wrócimy. Ale co do mojej płyty… Miałem ochotę zrobić coś fajnego i zadzwoniłem kiedyś przed Bożym Narodzeniem do Johna. Nie myślałem wtedy o płycie, zapytałem, czy może nie napisałby mi paru piosenek. John mówi dość śmiesznie po polsku więc odpowiedział: „Dobrze dobrze, właśnie otwieram moja puszka Pandory i tam coś będzie”. Myślałem, że napisze ze dwie, a on mi przesłał na maila osiem. Przecież to już prawie płyta! I dopisał jeszcze: „To jest prezent na Święta dla Ciebie. A jak się nie podoba, to można po Świętach oddać w każdym sklepie”. Zacząłem nad tym pracować. Najpierw to miało być takie bardzo surowe granie, jakie lubi John, ale to z kolei nie do końca pasowało do mojej stylistyki. Więc zrobiliśmy coś pośredniego. Jest tam trochę starych gitar, prostych brzmień. Natomiast sam Porter nie pracował przy tej płycie. Powiedział, że daje mi te kompozycje i od teraz ja za nie odpowiadam i on to akceptuje, więc jak sobie wyobrażam, tak mogę robić.

I wyszedł na niej stary, dobry rockandrollowy klimat.

Początkowo to miało być jeszcze bardziej surowe, bardziej drapieżne. Ale wtedy wszyscy menadżerowie, ludzie wokół mnie zaczęli mówić: „Nie, zapomnij, żadne radio tego nie zagra, nikt tego nie usłyszy. Ktoś się może dowie, fani kupią, posłuchają w domu, ale co dalej?” Więc trochę tę płytę ugrzeczniliśmy. Nie wiem, czy to dobrze, czas pokaże. Poza tym, będzie reedycja tej płyty. Będą na niej trzy nowe piosenki, które napisał dla mnie Robert Gawliński. To są naprawdę przepiękne numery, siedzę teraz nad tekstami do nich, zaczęliśmy już co nieco nagrywać w studio. Na wiosnę będziemy grać „Fotografie” w Trójce. Planujemy też, żeby na koncercie zagrał John Porter, może Robertowi uda się wpaść i zaśpiewać ze mną jakiś kawałek. I powstanie z tego cały pakiet – płyta wzbogacona o nowe kompozycje plus wersja koncertowa. Chcemy ją zrobić najpóźniej w maju i chciałbym, żeby któraś z nowych piosenek jeszcze podpromowała to wydawnictwo. Być może uda nam się już wydać je po wakacjach.

Będzie się z tym wiązała trasa promująca?

Tak, tylko wiesz, ja nie gram tras dzień po dniu. Mam od tego menadżera, który wybiera mi ileś koncertów. Poza tym gram dużo z Lady Pank, teraz zanosi się na sporo koncertowania. A granie tu i tu nie jest proste. Generalnie będzie wyglądać to tak, że zagram sobie jakieś dwa koncerty w miesiącu, na pewno sporo zagram w wakacje. Wiadomo, w Olecku, ale od razu odezwały się, z niedaleka przecież, Olsztyn i Suwałki. Więc z pewnością wszystko to na spokojnie rozplanujemy, bez niepotrzebnego napięcia.

_TG_0487A co słychać u Lady Pank? Słyszałam, że szykuje się też nowa płyta. Nabiera już kształtów?

Mamy sporo piosenek, naprawdę fajnych rzeczy napisanych przez Janka (Borysewicza, przyp. red.). Będziemy je teraz w studio aranżować. I to właściwie już niedługo, pod koniec marca zaczynamy próby na nowy materiał. Ponadto, to, co graliśmy w Filharmonii Bałtyckiej i we Wrocławiu i Poznaniu (koncerty akustyczne, przyp. red.) mamy zgrane i zmiksowane. Z tych trzech koncertów powstanie płyta „Lady Pank Akustycznie”, która ukaże się w maju. Później musimy odczekać dziewięć miesięcy, żeby wydać nową studyjną płytę. Nagramy ją na pewno w tym roku, ale premiera będzie w przyszłym. Podejrzewam, że jesienią pewnie damy jakiś radiowy singiel. Także i solowo, i z Lady Pank robimy sporo. Ale póki jest ochota i energia, trzeba działać.

No właśnie, tyle lat na scenie, a energia wciąż jest. Przypomniała mi się wypowiedź Nicka Cave’a z filmu „20 000 Dni na Ziemi”. Powiedział, że chociaż jest już ponad 30 lat na scenie, jeszcze nie ma dość, że żyje po to, żeby grać na żywo, spotykać się z publiką. Powiedziałby Pan to samo?

Tak, mam podobnie. Granie na żywo jest jak narkotyk, nieporównywalny z żadnym innym. Czasami jest zmęczenie, chciałoby się gdzieś pójść, coś obejrzeć, odpocząć. Przychodzi weekend to ludzie idą na piwo, a ty co – a ty grasz. Ale to przecież też jest zabawa. Ta atmosfera, ten hałas, który robi publiczność… To cię po prostu niesie, odmładza, dobrze czujesz się z tym, że ludzie znają piosenki, potrafią je zaśpiewać, i pokazują, że to dla nich ważne. Fani przebywają mnóstwo kilometrów tylko po to, żeby zobaczyć koncert, przychodzą z dzieciakami, pannicami po 17 lat. I to jest super. Zresztą, niby czasy są jakie są, a my gramy tyle lat. Zwróć uwagę, że z każdej naszej płyty, wydawanej co dwa, trzy lata, grane są w radiach jeden czy dwa numery, które potem ludzie znają i pamiętają. Więc możemy sobie spokojnie repertuar wzbogacać, urozmaicać. Wiadomo, gramy też stałe kawałki, bo trudno nie zagrać „Kryzysowej Narzeczonej”. To jest dramat. (śmiech) Bo czasem mam już jej tak serdecznie dość, chciałbym zaproponować coś nowego, ale zawsze ktoś, kto kontraktuje z tobą koncert mówi: „musi być koniecznie to i tamto”. Ja to absolutnie rozumiem, ale staram się zachować proporcje. Domyślam się, jak się muszą czuć Stonesi, gdy mają zagrać „Satisfaction”. Poza tym, Gdańsk, czy Warszawa to duże miasta i stosunkowo często tam grywamy, więc możemy wybierać utwory, ale na koncertach w mniejszych miejscowościach, nie można nie zagrać hitów. Musimy oddać całe serce, bo być może drugi raz nas tam nie będzie. Zostawiamy takie wrażenie u ludzi, jakie wypracujemy. Bo oni widzą nas w telewizji, czekają, a potem, kiedy mają u siebie, w tej małej mieścinie, wiedzą, że może gramy tam tylko ten jeden raz. I to jest strasznie porywające.

Jak to się dzieje, że zawsze co jakiś czas macie hit znany tyle lat, grany i śpiewany przez tylu ludzi? Macie na to jakiś własny przepis?

Oj, na to nie ma przepisu. Kompletnie. Ostatnio siedzieliśmy u Gawlińskiego w domu, on wziął gitarę, po swojemu coś zagrał i zaśpiewał. Mówię: świetny numer! I nam się podoba, ale my jesteśmy muzykami. Ale czy się spodoba innym? Nie wiesz tego. Musisz się zlepić z tekstem. Może być nawet bardzo prosty, ale musi być fajny, mądry, zapamiętywalny, musi trafić w serducho, musisz mieć coś do powiedzenia. To jest trudne, tym bardziej teraz, bo nie wiesz, która piosenka się przebije. Często kapele nagrywają płytę i mówią – ten i ten kawałek, to będą hity. Po czym okazuje się, że radio wybiera totalnie inną piosenkę. Pamiętam taką sytuację z Lady Pank, sprzed 10 lat. Nagrywaliśmy płytę z Leszkiem Kamińskim (producentem płyt Edyty Bartosiewicz, przyp. red.) w studio S4 w Warszawie. Zostało nam kilka godzin studia, zaraz mieliśmy wyjechać na trasę, a on miał ją przez miesiąc miksować. Odsłuchiwaliśmy tych 11 piosenek po kolei, żeby sprawdzić, czy może jakiś błąd się wkradł czy coś innego, żeby zostawić nasze uwagi. Przejechaliśmy 10 numerów i na końcu został jeden. Taki wariacki, w stylu rockabilly. Lech odpala, a tam nie ma wokalu. Zapomnieliśmy o tekście! Wiesz, numerów było dużo i wyleciało nam z głowy. On na to: „No jak to, trzeba pisać!” Więc koledzy poszli coś zjeść, a ja zostałem i jak to się mówi, napisałem na kolanie. Naprawdę. No bo było lato, upał, zaraz jechaliśmy do Olecka, miałem gdzieś jakiś tekst. Chciałem być nad jeziorem, a nie siedzieć w studiu. I piszę o tym, co mi przyszło do głowy, o plaży, o dwóch dziewczynach jedzących lody. Zapytałem Janka, czy mu to pasuje, a on na to: „Pisz co chcesz, przecież i tak nikt nie będzie tego słuchał”. I tak powstała piosenka „Słońcem opętani”, a okazała się największym hitem tej płyty. Bo przyszło lato i wszystkie radia zwariowały. A my tak wypieściliśmy resztę kawałków…

A czego Pan słucha tak tylko i wyłącznie dla siebie?

Och, bardzo dużo różnych rzeczy. Trochę brytyjskiej muzyki w stylu Muse, sporo amerykańskich kapel, takich jak Foo Fighters. Kocham ten zespół. Byłem na ich koncercie, co za energia! Kiedyś w audycji „W Tonacji Trójki” zachwycaliśmy się utworem „The Pretender”, jaki jednocześnie jest agresywny i przepięknie melodyjny. Słucham też każdej nowości Davida Bowiego. I jeszcze dużo Boba Dylana, bo widzisz, facet ma tyle lat, tyle albumów na koncie, a nagle taką płytę nagrywa, że dzieciaki takich pomysłów nie mają. Jest tak twórczy, tak nowoczesny… Z pewnością młodsi współpracownicy coś mu podpowiadają, ale to, co on sam wymyśla, jest niesamowite. Jest tak nowatorski, że nawet amerykańscy radiowcy mówią – „cholera, on jest za bardzo awangardowy, nawet jak na Amerykę!” Podsumowując, nie wybieram jednego kierunku, jeśli pojawia się coś nowego, to się interesuję, staram się być na bieżąco.

fot. Tomasz Gałązka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *