„W muzyce vintage’owej, jak w żadnej innej, ważna jest prawda” – wywiad z Anią Rusowicz

Ania rusowicz 3Na pierwszy rzut oka – eteryczna hipiska. Przy bliższym poznaniu – radosna, przepełniona muzyką artystka. Ania Rusowicz, najbarwniejsze dziecko-kwiat ostatnich lat, opowiada w wywiadzie o scenicznej szczerości, swojej naturze i o wymarzonych koncertach.

Jak to jest z tym big-bitem? Jest dla niego miejsce na komercyjnym rynku muzycznym?

Patrząc na rynek komercyjny i niekomercyjny w Polsce i na świecie, cały czas jest zapotrzebowanie na taką muzykę. Coraz więcej artystów opuszcza swoje nurty i zmierza ku vintage’owi. Muzycy kupują stare graty i szukają czegoś nowego. Bo prawda jest taka, że teraz jest tak duże wysycenie, że wszyscy potracili już pomysły na to, co dalej. A muzyka vintage’owa była często traktowana na zasadzie odgrzewanego kotleta. Ale teraz młodzi ludzie zaczynają dostrzegać, że to brzmienie z lat 60. i 70. jest wypasione w porównaniu do tego, co proponuje nam dzisiejszy mainstream. Poza tym, w muzyce vintage’owej, jak w żadnej innej, ważna jest prawda. Dlatego wydaje mi się, że odkrywanie takich zespołów jak Led Zeppelin czy The Doors paradoksalnie staje się czymś nowatorskim i świeżym.

A jak Twoją muzykę odbiera publiczność na żywo?

To bardzo żywiołowa muzyka. Ja, co prawda, odeszłam już od big-bitu w stronę psychodelii, ale łączę to wszystko na koncertach. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie dość, że nie jestem w głównym nurcie, to jeszcze do tego działam w działce bardzo wąskiej, vintage’owej. To wszystko się mocno zacieśnia, staje się wręcz specjalizacją. Dlatego też zazwyczaj ludzie, którzy trafiają na moje koncerty z reguły już słuchają takiej muzyki jak ja. Ale nawet jeśli trafi się ktoś, kto nigdy wcześniej nie słyszał takich brzmień i dźwięków, to nagle przychodzi i mówi – „łał, to coś nowego, nieodkrytego, wartego uwagi”. I to jest fajne.

Ten retro muzyczny klimat był w tobie zawsze, czy musiałaś do niego dopiero dojrzeć?

Myślę, że każdy człowiek, kiedy dojrzewa i zbliża się ku 30-stce, to dochodzi do momentu przewartościowania życia i myśli sobie – „kurde, może to co robili rodzice, to nie był taki do końca syf, nie było takie złe”? Przez okres buntu to wszystko było dewaluowane. W końcu zaczynasz doceniać pewne rzeczy, inaczej patrzysz na życie. I myślę, że to jest główny powód, dla którego zajęłam się taką muzyką. Chociaż ja miałam co prawda w ogóle się nią nie zajmować, bo posiadanie znanych rodziców w tej dziedzinie w tym kraju, to mierzenie się z niezłym bajzlem. Ale wiadomo, uwarunkowań genetycznych się nie oszuka. To jest normalne, znane są klany prawników, lekarzy i dziennikarzy z pokolenia na pokolenie i tu ludzie się nie dziwią, więc tym bardziej w muzyce gdzie te geny naprawdę się manifestują, ludzie nie powinni się dziwić, że to robię.

Jak się przejawia twoja miłość do muzyki w praktyce? Pamiętam, że wspominałaś kiedyś przy okazji koncertu na Jarmarku Dominikańskim, że polowałaś na winyle. Potrafisz zliczyć, ile ich masz?

Ja nie jestem kolekcjonerem, nie jestem audiofilem, nie jestem fanem. Patrzę na to z innej perspektywy, jako twórca. Słucham muzyki trochę inaczej, niż ludzie, którzy się nią pasjonują, właśnie w ten kolekcjonerski sposób. Nie chucham na płytę, nie wącham jej, nie traktuję z namaszczeniem, nie przecieram ich białą rękawiczką. Nie patrzę na moje płyty, nie liczę ich. Czasami są nawet w opłakanym stanie, bo po prostu taką mam wariacką naturę, życiowy bajzel, nie przykładam do rzeczy wokół mnie zbytniej uwagi.

Ten cały bajzel i miszmasz słychać też na płycie „Genesis”, która jest od pierwszej, „Mój Big-Bit”, bardziej drapieżna, zadziorna, mroczna, doorsowa.

I dobrze, bo taka miała być. Właśnie taki miałam cel. W ogóle zawsze, w tym jak powiedziałaś miszmaszu, prowadzi mnie jakiś cel, zawsze wiem, czego chcę.

Ania Rusowicz 2Przyświeca ci jakiś muzyczny wzór do naśladowania?

W młodości miewałam takich idoli. Ale widzisz, w momencie, gdy zaczynasz robić muzykę, to zaczynasz szukać siebie. Zaczynasz odrzucać te wszystkie postacie, które cię zachwycały. Oczywiście nadal w jakimś stopniu się nimi inspiruję, słucham ich muzyki. Ale to już bardziej inspirowanie się, dostrzeganie ich rzeczywistości. Teraz to u mnie raczej nastawienie na siebie, szukanie w sobie mocnych i słabych stron, poznawanie siebie, a to wszystko przekłada się później na dźwięki.

Także te na żywo. Bo zauważam w waszych utworach sporo inspiracji, ale i robione na waszą nutę covery nie tylko klasyków lat 60., ale nawet Nirvany.

Och, to dlatego, że słucham bardzo różnej muzyki. Wiem, że jestem kojarzona z określonym typem muzyki, ale słucham dosłownie wszystkiego. Dlatego gdy ktoś może powiedzieć – „o, to wykorzystałaś z takiego a takiego kawałka”, to mówię – „nie nie, to coś, co zaczerpnęłam, bo mi się bardzo podobało, ale z kompletnie innego gatunku muzycznego”.

Dlatego też pewnie dobrze pracowało ci się z Emade, który wyprodukował Twoją drugą płytę.

Tak, bo ludzie zajmujący się muzyką, tak na poważnie, są wszechstronni, potrafią docenić dobrze zrobiony hip-hopowy czy metalowy kawałek. Więc nigdy nie należy tak do końca ich wkładać w jedną szufladkę. I taki jest Emade. Przy pracy nad tą płytą słuchaliśmy przeróżnych gatunków, muzyki nowoczesnej, dj’skiej, ogromny przekrój. W końcu, Emade i Fisz to trochę tacy nasi Beastie Boys. Niby hip-hop, ale nie do końca, bo przecież jest w tym też sporo rocka…

Występowałaś już na niejednym festiwalu czy większej imprezie. Powiedz, jak uważasz, na ile w tym wszystkim widzisz rockową szczerość, a na ile komercyjne zagrania?

Myślę, że na scenie pojawia się bardzo dużo, jak ich nazywam, farbowanych lisów. Dlatego, że pojawia się nagle jakiś trend i wszyscy – huzia na józia – to jest modne, więc będziemy to grać. Ja natychmiast to wyczuwam. I o dziwo, młodzi ludzie, odbiorcy, a nawet dziennikarze muzyczni nie wyczuwają tego fałszu. Bo coś się robi trendy i jest to promowane na maksa. Z tego się robi coś na zasadzie – kolega tego słucha, to może i ja, może warto… Bez zastanowienia, takie naśladowanie. Tu nawet nie chodzi o muzykę. Tu chodzi o socjologiczne zjawisko. Natomiast jeśli chodzi o polski rynek muzyczny, to wiadomo, że u nas kocha się tworzenie polskich odpowiedników zagranicznych gwiazd, najlepiej amerykańskich. Polska Whitney Houston, polski ktoś… I tak działają specjaliści od promocji – wrzucają do szufladki i taki wizerunek chcą prowadzić. I ja miałam z nimi olbrzymi problem. Bo niektórzy ludzie z branży zaczęli mnie podciągać pod Amy Winehouse, ale coś im ciągle nie pasowało, więc próbowali coś z tym zrobić. A ja powiedziałam – nie. Ja robię swoje i albo mnie kupicie taką, jaką jestem, z moją muzyką, albo nie i nie będziecie mi proponować jakichś dziwnych rozwiązań. Bo ja jestem jaka jestem, nie jestem niczyim odpowiednikiem.

A czego byś sobie muzycznie życzyła?

Chciałabym, żebym mogła grać koncerty. Żeby był koncertowy renesans, bo co prawda, ludzie chodzą na koncerty, ale marzy mi się, żeby to był taki kult. Pamiętam, jak w latach 90. grały jakieś kapele, to były to wielkie wydarzenia. Wiadomo, że dzisiaj, w dobie internetu i mnóstwa rozrywek ludzie mogą wybierać. Tylko myślę, że teraz w naszym kraju odebrano trochę muzyce wartość taką, jaką powinna mieć. Ludzie potrafią żyć bez muzyki. Ja sobie tego nie wyobrażam. Ale tak żyją. Jak zapytasz ich, czego słuchają, to odpowiadają – „no, w zasadzie to niczego”… Albo jakiejś komercyjnej stacji, czyli właściwie też niczego, bo tylko tego, co ktoś im powiedział, a nie tego, co sami wybrali. A muzyka przecież zawsze była ważna, bo to jest pierwotny język. Więc jak było źle czy dobrze, to ludzie zawsze wracali do muzyki, do poezji. Marzyłby mi się taki powrót.

fot. Tomasz Gałązka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *