Rock and roll (nie) umarł? – 1965 – “High Time”

„Rock and roll umarł” – ilekroć słyszę te słowa, ogarnia mnie pusty śmiech. Wszyscy, którzy wypowiadają te lub podobne brednie powinni po prostu poszukać muzyki poza głównym obiegiem. Bo pogłoski o śmierci są mocno przesadzone. Do naszej redakcji trafiła niewydana jeszcze płyta, która pozwala uwierzyć, że rock and roll ma szansę przetrwać – „High Time” warszawskiego zespołu 1965.

1965 logo

Istniejąca od roku kapela, była dla mnie wielką niewiadomą – nieznani muzycy, niewydana płyta, zero przebłysków nazwy w mojej muzycznej pamięci. Niepewność trwała jednak krótko, zaraz po „odpaleniu” płyty zamieniając się w miłe zaskoczenie. Warszawiacy okazali się grupą, która kultywuje wszystko to, co kocham w muzyce.

Zaczyna się genialnie. Utwór „Too Young To Die”. Prosty, mocarny riff przywodzący wspomnienia o złotej erze Mötley Crüe. Surowe, tradycyjne brzmienie, wokal gdzieś pomiędzy nieodżałowanym Laynem Staleyem, a nietrzeźwiejącym Scottem Weilandem. Dalej też jest świetnie – „Farewell Kiss” to podobnie mocny, choć bardzo melodyjny numer, którego gitarowe  motywy przypominają momentami „Perfect Crime” Guns n Roses. „Pure White Paper”, który następuje potem, jest kompozycją nieco lżejszą, nadal jednak niezwykle chwytliwą. Gdy zaczyna się wydawać, że płyta jest zbyt jednorodnie czadowa, muzycy „Nineteen Sixty Nine” zabierają słuchaczy w świat ładnych ballad: „Desert Song”, „The Sweetest Drug” oraz „Sleep”. To świetne, nastrojowe kawałki w tradycji wczesnego Skid Row – dobry oddech przed kolejnym utworem, „Harlem” – leniwym, acz konkretnie bluesowym. Tutaj usłyszałem nieco cytatów z Aerosmith, a także znakomite, klimatyczne partie klawiszowe.

„Summer” to kolejny utwór, któremu blisko do ballady. Całkiem dobry, ale dotąd chyba najsłabszy. Humor poprawia kolejna energetyczna bomba z riffem po raz kolejny przypominającym kalifornijskiego hard rocka – „Too Old To Give”, chociaż i ten utwór nie ustrzegł się moim zdaniem dłużyzn i nadużycia powtórzeń. „Speak To Me”. Jest to kolejna ballada, którą odebrałem jako nieco nijaką, może przez nagromadzenie właśnie takich, nastrojowych numerów. Nie przeszkadza to jednak stwierdzić, że solówka umieszczona w środku jest świetna.

Trzy utwory zamykające album to pełen świetnej pracy mocnych gitar „Head Up In The Clouds”, a także „Beside Me” i „What Do You Say”, które są… balladami. Znowu!

To chyba właśnie problem tego albumu. Nie jestem rockowym purystą, niekiedy wręcz wolę dobry, nastrojowy numer od gitarowej rozwałki, ale na „High Time” nagromadzenie ballad jest wręcz przytłaczające. Niby nic w tym złego, a jednak przez taką właśnie tracklistę ciężko jest skupić się na słuchaniu od początku do końca. Co więcej, płyta jest po prostu za długa, a umieszczanie najdłuższego, balladowego (!) kawałka na końcu to moim zdaniem błąd.

Dosyć narzekania, czas pochylić się nad tekstami. Anglojęzyczna, liryczna warstwa albumu kontynuuje raczej tradycje wspomnianych wyżej hard rockowych legend. Nie znajdziemy tutaj górnolotnych porównań a’la Leonard Cohen czy zaangażowanych protest songów w stylu Boba Dylana. I bardzo dobrze! Dzięki temu słowa świetnie komponują się z muzyką. Znajdujemy zatem pozytywny, energiczny przekaz „To Young To Die”, rozważania nad twórczą niemocą („Pure White Paper”) czy pasujące do bluesa, egzystencjalne rozterki w numerze „Harlem” („So there’s a club called Harlem/Right nearby the tracks/And it’s such a perfect place/ To sing the blues about…”). Spotykamy też rozważania na temat artysty – outsidera – w „Head Up In The Clouds” („Tried to adjust myself / Hard to adjust myself/ Yeah, yeah, with my head up in the clouds!”). Najwięcej jest oczywiście tekstów miłosnych, tytuły mówią same za siebie. Momentami są banalne, niekiedy ujmujące, zresztą jedno nie wyklucza drugiego. Podsumowując, warstwa liryczna nie przeszkadza muzyce, a nawet świetnie ją dopełnia. W rock and rollu poezja nie jest niezbędna, wystarczy szczerość. Tej ostatniej, kapeli „Nineteen Sixty Nine” absolutnie nie brakuje.

Reasumując – „High Time” to bardzo dobry debiut. Słychać co prawda, że zespół dopracowuje dopiero swój styl, a płyta jest raczej zestawem napisanych kiedyś utworów niż spójną koncepcją artystyczną, ale muzycznie wszystko gra, i to gra pięknie. Lider – wokalista i gitarzysta Michał Rogalski, złożył z kolegami ciekawy, rockowy kolektyw, który może wskrzesić złote lata osiemdziesiąte kalifornijskiego rocka. To, że momentami słuchając „High Time” przypominałem sobie mimowolnie „Appetite for Destruction” Guns n Roses to najzwyczajniej bardzo, bardzo dobry znak. Serdecznie polecam!

OCENA: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *