Queen + Adam Lambert – relacja z koncertu

Queen zadebiutował w latach 70. XX wieku. Brian May i Roger Taylor, którzy do dziś koncertują, mają ponad 70 lat. Miałam wątpliwości, jak zespół wypadnie. Dwie bardzo dojrzałe legendy rocka i zdecydowanie młodszy od nich wokalista, stojący w miejscu najwybitniejszego piosenkarza, jakiego widział świat. Czy to w ogóle może się udać?

„The Rhapsody Tour” pierwotnie miała odbyć się w 2020 roku, ale została przełożona o rok, ze względu na pandemię koronawirusa. Niestety, w 2021 roku organizowanie tak dużych koncertów nadal nie było możliwe, więc ponownie została przesunięta. W końcu, po ponad dwóch latach, zespół wyruszył w jedną z najdłużej wyczekiwanych tras. 

Koncert, na którym byłam, odbył się 24 czerwca w Mercedes-Benz Arena w Berlinie. I bardzo szybko rozwiał moje obawy. Zanim się rozpoczął, na scenie stała kurtyna złożona ze słynnego logo Queen i wielu detali związanych z ich twórczością. Gdy światła zgasły, kurtyna poszła w górę i na telebimie ukazał się Brian May, który aktualnie przejął rolę lidera zespołu. Już od tego momentu wiedziałam, że koncert został zaplanowany w najdrobniejszych szczegółach. Dołączyła reszta zespołu i widowisko rozpoczęło się na dobre od piosenki „Now I’m here”, którą Queen otwierał koncerty  na początku swojej kariery. 

Po mocnym otwarciu, złożonym z trzech połączonych ze sobą piosenek, Adam Lambert przywitał się z publicznością. Przedstawił Briana Maya i Rogera Taylora jako „legendy” i powiedział, że to ogromny zaszczyt móc występować z nimi, by uczcić pamięć „boga rocka”, Freddiego Mercury’ego. Poprosił publiczność, by tego wieczora pomogła mu śpiewać dla niego. I ta krótka przemowa Lamberta całkowicie mnie kupiła. Nie próbował udawać, ani zastąpić Freddiego. Występował, by dziedzictwo Queen było przekazywane kolejnym pokoleniom. Reprezentował zespół najlepiej, jak tylko mógł.

źródło: własne

Jak już wspomniałam, koncert był dopracowany do perfekcji. Na ekranach pojawiały się przepiękne grafiki, dopasowane osobno do każdego utworu. Gra świateł i efekty pirotechniczne idealnie zgrywały się z muzyką. Nagłośnienie działało bez zarzutu — wszystko było słychać wyraźnie i odpowiednio głośno. Pojawiły się również dodatkowe elementy. Przy piosence „I Want To Ride My Bicycle” Adam Lambert śpiewał na motocyklu, a przy „I Want To Break Free” z sufitu zjechała wielka kula dyskotekowa. 

Zespół wykonał najpopularniejsze piosenki, które Queen najczęściej grał na swoich koncertach. Nie zabrakło „Hammer To Fall”, „Somebody To Love”, „Don’t Stop Me Now”, czy „Radio Ga Ga”. Brian May udowodnił, że mimo upływu lat, na scenie nadal czuje się znakomicie. Często wybiegał do publiczności i miał z nią świetny kontakt. Jego umiejętności gitarowe również ani trochę się nie zmieniły. Usłyszenie na żywo jego najsłynniejszych solówek to coś wspaniałego. Roger Taylor, jako perkusista, nie miał możliwości tak dużej interakcji z publicznością, ale wciąż zachwycał grą. Na dwie piosenki pojawił się ze swoim instrumentem z przodu sceny, gdzie zaśpiewał z pomocą Lamberta „Under Pressure”. 

Adam Lambert poradził sobie świetnie. Ma dużą charyzmę, którą wyzwala na scenie, a jego głos na żywo brzmi znakomicie. Do tego czasu trochę nie doceniałam jego wokalnych umiejętności, ale udowodnił, że radzi sobie nawet z najbardziej wymagającymi piosenkami. Ma trochę wyższy głos od Freddiego, więc utwory takie jak: „Who Wants To Live Forever” czy „Killer Queen” wykonał perfekcyjnie. Przez cały koncert Mercury był przypominany. Zdecydowanie najbardziej wzruszającym momentem było akustyczne wykonanie „Love Of My Life” przez Briana May’a z małą pomocą widowni. Podczas ostatniej zwrotki na ekranie pojawił się Freddie i wyglądało to, jakby naprawdę stanął na scenie obok May’a. Na twarzy Briana pojawiło się wzruszenie i zapewne nie był w tym osamotniony. 

Na zakończenie zespół wykonał „Bohemian Rhapsody”, którą chyba każdy fan Queen zna na pamięć. Potem po długich oklaskach, w oczekiwaniu na bis, ponownie wyświetlony został Mercury, który zachęcił publiczność do powtarzania za nim dźwięków. To niezwykłe widowisko zakończyło się tak, jak wszystkie koncerty Queen: utworami „We Will Rock You” oraz „We Are The Champions”. Ze sceny schodzili w rytm „God Save The Queen”, rockowej aranżacji hymnu Wielkiej Brytanii. 

Koncert był niezwykłym widowiskiem, wypełnionym najlepszą muzyką, jednego z najwybitniejszych zespołów w historii rocka. Wiadomo, to już nie jest ten sam Queen. Brakuje nie tylko Freddiego Mercury’ego, ale także Johna Deacona, który przecież jest autorem kilku największych hitów. Ale mimo to, ogromną stratą byłoby, gdyby ich muzyka już nigdy nie była grana na żywo. Esencja Queen w postaci gitary Briana May’a i perkusji Rogera Taylora cały czas rozbrzmiewa na salach koncertowych na całym świecie. A usłyszenie ich muzyki na żywo, to wspaniałe przeżycie. Kontynuują wielką karierę Queen, oddając cześć Freddiemu w najlepszy możliwy sposób. Bo przecież „The show must go on”. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *