„Venom 2: Carnage” to cudowna przygoda

źródło: Sony Pictures

„Venom 2: Carnage” (reż. Andy Serkis) jest filmem, w którym pierwsze skrzypce gra relacja między życiowym przegrywem z Ziemi a glutem z kosmosu. Jest też przyjaźń z kurczakami i finał rodem z romansu, tyle że nie do końca. Brzmi absurdalnie – i to jest w sequelu „Venoma” najlepsze. 

Istnieje pewna specyficzna kategoria filmów, które trudno nazwać z czystym sumieniem dobrymi. Widz, który nie gustuje w tego typu produkcjach, mógłby wręcz nazwać je bezdennie głupimi i z pewnością miałby rację. Wyjątkowość tych filmów nie polega na precyzji scenariusza, poruszaniu podniosłego i głębokiego tematu czy nawet kreowaniu skomplikowanych psychologicznie postaci. O ich nietuzinkowości przesądza to, że reżyser i aktorzy zdają sobie sprawę, że tworzą film klasy B i postanawiają to bezwstydnie celebrować. To w połączeniu z zaangażowaniem twórców i dobrze nakreślonymi relacjami między głównymi bohaterami, prowadzi do powstania filmu tak bezpretensjonalnie szczerego w swojej rozrywkowości, że widz chłonie go z fascynacją i wychodzi z kina z uśmiechem na twarzy. Do tej kategorii zaliczają się na przykład „Aquaman” i „Wcielenie” Jamesa Wana, a także film, który jest przedmiotem tej recenzji – „Venom 2: Carnage”.

Mogłabym poświęcić trochę czasu na zastanowienie się nad niezaprzeczalnymi wadami sequela „Venoma”, do których należy chociażby wątek Carnege’a, symbionta-antagonisty głównych bohaterów, ale nie chcę tego robić. Pozwolę sobie na tę odrobinę braku obiektywizmu i nie będę udawać, że pomimo świadomości tych wad, „Venom 2: Carnage” zapewnił mi to, czego od filmów superbohaterskich oczekuję – półtorej godziny rozrywki na najwyższym poziomie.

Prawda jest taka, że filmowi można wiele wybaczyć, jeśli główny bohater – a w tym przypadku bohaterowie – budzi sympatię. Z tym że „Venomowi” nie za bardzo jest co wybaczać – film od samego początku oświadcza wszem i wobec, że zaprasza widza na szaloną przejażdżkę rollercoasterem, i to od odbiorcy zależy, czy ustalona konwencja przypadnie mu do gustu.

„Venom 2: Carnage” ma dwie zasadnicze zalety. Pierwszą z nich jest wspominana już bezwstydna absurdalność. Polega ona na przezabawnym kontraście między pozornie normalnym, ludzkim światem przedstawionym, w którym żyje Eddie Brock a obecnością w nim symbionta z kosmosu. Mamy więc w filmie sceny, kiedy Eddie próbuje prowadzić normalne życie (chodzić do pracy, porozmawiać ze swoją eks, zjeść śniadanie), które zostają wywrócone do góry nogami przez obecność Venoma. A jest to nietuzinkowa osobowość, ponieważ kiedy myślimy o przybyszu z kosmosu, wyobrażamy sobie kogoś zgoła innego niż tytułowy bohater. Nie sposób opisać tę wyjątkowość inaczej niż przytaczając przykłady zachowań – Venom uważa dwie kury, które nazwał Sonny i Cher, za swoje przyjaciółki, jego znajomą jest osiedlowa sklepikarka, która dostarcza mu niezbędnej do życia czekolady, cechuje go też nieporadność połączona z autentycznym przywiązaniem emocjonalnym do Brocka. Gdybyśmy na chwilę zapomnieli, że Venom jest kosmitą, który posiada zdolność symbiozy z organizmem ludzkim i musi jeść mózgi, by przeżyć, to w gruncie rzeczy jest on sympatycznym gościem z sąsiedztwa, trochę dziwacznym, ale z dobrym sercem.

W tym momencie przechodzimy do głównej zalety filmu. „Venom 2: Carnage” posiada prostą fabułę, w której nasi protagoniści muszą pokonać niezrównoważonego i ekscentrycznego mordercę, który jest połączony z równie morderczym symbiontem (tytułowy Carnage). Ta fabuła jest jedynie pretekstem, ponieważ centralnym tematem filmu jest nietypowa relacja Eddiego i Venoma. Nietypowość polega na tym, że związek między tą dwójką jest ujęty w konwencję komedii romantycznej z wszystkimi jej charakterystycznymi elementami. Mamy więc scenę rodem z kłótni małżeńskiej, w której przedmioty są wyrzucane przez okno, mamy wykrzykiwanie do siebie nawzajem „Żałuję, że kiedykolwiek cię poznałem!”, mamy oczekiwanie zranionej i obrażonej sympatii (w tej roli Venom) na szczere przeprosiny. Wszystko rozgrywające się między człowiekiem a czarnym glutem z kosmosu. I nie myślcie, że ta relacja jest rozgrywana jedynie komediowo. Kiedy Venom i Eddie zrywają, widz czuje autentyczną wagę tego wydarzenia. I nie ulega wątpliwości, że wszystko, co dzieje się po drodze, ma prowadzić do pogodzenia się dwójki głównych bohaterów, którzy, szczęśliwi po pokonaniu złoczyńcy, będą mogli w spokoju popatrzeć na romantyczny zachód słońca.

„Venom 2: Carnage” nie jest filmem dla każdego. Nie sposób też w pełni oddać jego istotę w recenzji filmowej – żeby przekonać się czy przyjęta przez reżysera konwencja trafia w nasze gusta, trzeba po prostu udać się do kina, do czego bardzo zachęcam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *