O europejskich filmach słów kilka #8 – Wielka Brytania

fot. film-grab.com | Trzeci Człowiek (1949)

Kino europejskie. Kolebka kultury filmowej. Pomimo naczelnej roli amerykańskiej kinematografii, to już od początku tego wieku zauważa się rosnącą popularność filmów pochodzących ze Starego Kontynentu. Z tego powodu celem tej serii jest przybliżenie ważnych i wyróżniających się produkcji z Europy.

Tym razem przenieśmy się do Wielkiej Brytanii. Na pierwszy rzut oka może to wydawać się dość banalnym wyborem, aczkolwiek kino brytyjskie ma na swoim koncie wiele bardzo ważnych filmów. Lata 40. XX wieku uważane są za tzw. złotą erę w historii ich kina. To właśnie wtedy prym wodził Laurence Olivier, słynący ze swoich ekranizacji dramatów szekspirowskich. Często odgrywał także główne role, czego przykładem jest Henryk V (1944) czy Hamlet (1948) według wielu krytyków jeden z najlepszych filmów w historii. 

W 1948 roku do kin wszedł również Oliver Twist, adaptacja powieści Charlesa Dickensa, w reżyserii innego, wybitnego filmowca Davida Leana. Trudno (nawet obecnie) nie zauważyć zamiłowania Brytyjczyków do ich rodzimej literatury. Lean swoje najlepsze lata przeżywał jeszcze później, o czym może świadczyć kolejny, słynny film, a mianowicie Lawrence z Arabii (1962). Dzieło to, obok Obywatela Kane’a (1941) czy Przeminęło z wiatrem (1939), uważane jest za jeden z najlepszych i najbardziej wpływowych obrazów w historii kina. 

Z Wielkiej Brytanii pochodzili też Charlie Chaplin i Alfred Hitchcock, jednak przez dłuższy czas byli oni związani z Hollywood. Mimo to, dwa filmy Hitchcocka, nakręcone jeszcze w Anglii, 39 kroków (1935) oraz Starsza pani znika (1938), Brytyjski Instytut Filmowy umieścił na liście najwybitniejszych brytyjskich filmów z XX wieku. Jak można zauważyć, „trochę” znakomitych dzieł wywodzi się z Wysp i na pewno wiele innych, znaczących pominęłam.

Im dalej w las, tym mamy do czynienia z większą ilością filmów kostiumowych (Zakochany Szekspir, 1998), z adaptacjami powieści Jane Austen (Duma i uprzedzenie, 2005), albo komediami romantycznymi (Notting Hill, 1999; Dziennik Bridget Jones, 2001). Nie można także zapomnieć, że właśnie stąd wywodzi się seria filmów o Jamesie Bondzie i Harrym Potterze

Obecnie coraz bardziej zaciera się granica między brytyjskimi a amerykańskimi produkcjami. Co ciekawe, według badań z 2014 roku filmy wyprodukowane w Wielkiej Brytanii są lepiej oceniane, niż te pochodzące ze Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza biorąc pod uwagę obrazy niskobudżetowe.

1. Trzeci człowiek (1949)

Trzeci człowiek, film noir w reżyserii kolejnego, znakomitego, angielskiego twórcy, Carola Reeda. Obraz ten został umieszczony na pierwszym miejscu w rankingu Brytyjskiego Instytutu Filmowego 100 najlepszych filmów kinematografii brytyjskiej XX wieku. Wyróżnia się on na tle aktorskim, muzycznym oraz zdjęciowym. 

Do powojennego Wiednia, podzielonego przez Aliantów na cztery strefy okupacyjne, przyjeżdża amerykański pisarz, Holly Martins (Joseph Cotten). Jego długoletni przyjaciel, Harry Lime (Orson Welles), zaoferował mu pracę. Holly na miejscu dowiaduje się o śmierci Harry’ego, który miał zostać potrącony przez samochód. Okoliczności wypadku są dość niejasne i z tego powodu główny bohater zamierza rozwiązać niełatwą zagadkę śmierci swojego przyjaciela.

Klasyczny przykład scenariusza charakterystycznego dla tzw. czarnego kina. Wraz z Hollym Martinsem staramy się dowiedzieć, co stało się Harry’emu oraz kto stoi za jego domniemanym morderstwem. Ku naszemu zaskoczeniu prawda okazuje się być inna, niż zakładaliśmy. Cała akcja odbywa się w ponurym, cynicznym i zdemolowanym Wiedniu, w którym atmosfera jest tak gęsta, że da się ją kroić nożem. W filmie znajdziemy wiele kultowych scen oraz ikonicznych postaci. A to wszystko zostało jeszcze bardziej wzmocnione przez klimatyczne, ekspresjonistyczne zdjęcia Roberta Kraskera (który notabene otrzymał za nie Oscara) oraz muzykę, skomponowaną na cytrze przez Antona Karasa, która równie dobrze mogłaby znaleźć się w SpongeBobie Kanciastoportym. Nie żartuję. Trzeci człowiek to klasyk i wielkie dzieło kina brytyjskiego.

 

2. Noc po ciężkim dniu (1964)

Nigdy nie uważałam się za wielką fankę The Beatles, ale pewnego dnia zdecydowałam się na obejrzenie Nocy po ciężkim dniu. Ku mojemu zaskoczeniu seans okazał się lepszy, niż myślałam. Film wyreżyserował Richard Lester, który w latach 60., podczas szczytu Beatlemanii, wielokrotnie współpracował z angielskim zespołem. Nakręcili oni wspólnie także Help! (1965). 

Noc po ciężkim dniu obrazuje 36 godzin z życia Paula, Johna, George’a i Ringo, którzy przyjeżdżają do Londynu, aby wystąpić w programie telewizyjnym. W trakcie swojej podróży uciekają przed rzeszą wrzeszczących fanek, jak i również ich menadżerem, poznają napastliwego dziadka Paula (warto zaznaczyć, że fikcyjnego) oraz muszą znaleźć Ringo, który, za namową dziadka, spędza resztę dnia na dworze i gubi się. Soundtrack filmu jest złożony z piosenek Beatlesów. 

Noc po ciężkim dniu w głównej mierze służyło ukazaniu, w zabawny sposób, życia najpopularniejszych ówcześnie muzyków oraz tego, że nie różnili się oni za bardzo od „zwykłych” ludzi. Film ten uważany jest za pierwszy prawdziwy obraz muzyczny, a jego wpływ jest nieodzowny. Mówi się o nim jak o pierwszym teledysku. Zachwycano się także jego komercyjnym sukcesem, gdyż album Beatlesów, na której zawarte są piosenki z filmu, w Wielkiej Brytanii był numerem jeden przez 21 tygodni i stał się drugim najlepiej sprzedającym się albumem roku. Krytycy chwalili również pod względem technicznym i narracyjnym nowofalowe podejście reżysera do filmu. Inni zauważyli także, że Noc po ciężkim dniu wprowadziła nową formę humoru, w szczególności nieznaną wcześniej Amerykanom, a jej wpływy można zobaczyć chociażby wśród brytyjskiej grupy Monty Pythona. Mało kto, łącznie ze mną, był chyba świadomy, jak ważny dla kina jest ten komediowy film o The Beatles. Amerykański magazyn Time uznał dzieło Lestera za jeden ze 100 najlepszych filmów wszechczasów. Został on także dwukrotnie nominowany do Oscara (w kategorii Najlepszy Scenariusz oraz Najlepsza Muzyka Adaptowana).

 

3. Ojciec (2020)

Adaptacja francuskiej sztuki pod tytułem Le Père. 80-letnim Anthonym (Anthony Hopkins) opiekuje się jego córka, Anne (Olivia Colman). Starszy mężczyzna wykazuje oznaki demencji, zapomina wiele istotnych wydarzeń ze swojego życia i z tego powodu nie jest w stanie mieszkać sam w domu. Anne stara się mu pomóc, zatrudniając kolejnych opiekunów oraz sama poświęcając czas swojemu ojcu. Anthony zapewnia, że nic mu nie jest, odrzuca kolejne pomocnice, nie wahając się mówić, co o nich myśli i obrzucać je błotem. W ten sposób wygląda jego codzienna rzeczywistość.

Ojciec to prawdziwy horror. Trudny, czasem brutalny i łamiący serce. Opowieść o przemijaniu oraz rodzinnej miłości. Anthony jest zamknięty w czterech ścianach – zdezorientowany, często nieświadomy tego, co dzieje się wokół niego. My, widzowie, również zostajemy wprowadzeni do jego świata i obserwujemy jego oczami to, czego on doświadcza i z czym mierzy się na co dzień.

Obraz ten, w reżyserii Floriana Zellera, nie bez powodu jest często porównywany do innego, fenomenalnego francuskiego filmu pod tytułem Miłość (2012), podobnej historii o starzeniu się oraz łączących się z tym procesem trudnościami. Ojciec jest również tego wykładnikiem. To show, w którym pierwsze skrzypce gra znakomity Anthony Hopkins (według The Guardian jest to jego najlepsza rola w karierze), wspierany przez równie świetną Olivię Colman. Oboje zostali nominowani do tegorocznych Oscarów (za pierwszoplanową rolę męską i drugoplanową żeńską), a sam film łącznie dostał 6 nominacji – w tym za najlepszy film. Nie zapominajmy o Ojcu podczas seansu tegorocznych nominacji w tej kategorii, bowiem kino brytyjskie nadal jest w formie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *