Przedwojenne tanga Anny Marii Jopek i Gonzala Rubalcaby

amj1Anna Maria Jopek ruszyła w trasę koncertową promującą jej ostatnie dzieło – album „Minione”. Publiczność Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku miała okazję w minioną środę (22 marca) odbyć muzyczną podróż w przeszłość z przedwojennymi tangami polskiej wokalistki jazzowej i kubańskiego pianisty Gonzala Rubalcaby.

Tango ma dzisiaj dwa oblicza. To pierwsze – eksplodujące namiętnością, rozerotyzowane, instrumentalne, wirtuozowskie, trudne – dał światu Astor Piazolla. To drugie, zmiękczone i wygładzone w kawiarniach – najpierw Argentyny, potem Europy – znane jest naszym parkietom od wieku. Ambicją owej „bardziej cywilizowanej” wersji było nie zatracić namiętności oryginału. Co w moim przekonaniu udało się polsko-kubańskim muzykom na płycie „Minione”.

Przed tegorocznymi Walentynkami do sklepów muzycznych trafiło najmłodsze dziecko Anny Marii Jopek – „Minione”. To wyszukane i wirtuozerskie wykonania zapomnianych utworów. Nostalgiczne w swoim charakterze, wspominające czasy, które już przeminęły. Odbiorca ma szansę doznać wzruszenia, smutku, żalu, a czasami nawet żaru. Ten wachlarz emocji, który buduje piosenki na płycie, udziela się słuchaczowi podczas koncertu. I to ze zdwojoną siłą. Z jednej strony wysłuchujemy w skupieniu każdej, idealnie wyśpiewanej przez Jopek frazy, z drugiej strony – nogi zaczynają samowolnie wystukiwać rytm żywej kompozycji, która w danym momencie dobiega ze sceny.

„Minione” to nieco już dzisiaj zapomniane szlagiery z lat 20. i 30. ubiegłego stulecia. To przedwojenne tanga i bolera, będące nicią porozumienia między dzisiejszym a minionym czasem – dniami świetności „Rebeki”, czy „Twe usta kłamią”, które zostały wydane na singlu, będąc zarówno preludium albumu, jak i koncertu w Filharmonii Bałtyckiej. To miłosne historie, tęsknota za utraconym uczuciem, przepełniona żalem i smutkiem, którą słychać ze sceny – w głosie wokalistki, w jej sposobie interpretacji utworów oraz w każdym dźwięku tworzonym przez fortepian Gonzala Rubalcaby, gitarę basową Armanda Goli i perkusję Ernesto Simpsona. To wreszcie łączenie wielu kultur i tradycji muzycznych z całego świata, która przejawia się już w różnorodności etnicznej muzyków wykonujących utwory.

Wokalistyka Anny Marii Jopek jest świeża i bogata, co istotne – wolna od przesłodzeń, którym w przeszłości ulegała. Hipnotyzuje barwą, ekspresją i niesamowitą modulacją głosu, którego dźwięk potrafi wręcz otumanić słuchacza. Wokalista jest na scenie boginią – pełną zmysłowego piękna, ale też skrywanej głęboko tajemnicy. Czasami śpiewa z nutą melancholii w głosie, by zaraz zaskoczyć publiczność żarem i pasją. Najbardziej uwalnia swój temperament przy improwizowanych wokalizach, których słucha się z zapartym tchem.

Fortepian pod palcami Gonzalo Rubalcaby łączy różne elementy: tango, bolero, milonga, jazz. Jest coś osobliwego w przekazie wybranych kompozycji, mimo ich dość jednoznacznego geograficznego i kulturowego umiejscowienia – coś, co zjednuje audytorium niemal natychmiast. I mimo dużej sali Filharmonii i sporego audytorium improwizacje wydawały się momentami kameralne, nastrój przyciszony, wypełniony naprzemiennie smutkiem, miłością i cierpieniem. Gdy muzyk zaczynał grać robił to całym sobą. Brzmienie dźwięków dochodzących spod jego palców było tak hipnotycznie nasycone, że cała sala zamierała w bezruchu.

Posiadając niesamowitą technikę, Rubalcaba prowadzi intrygującą narrację, pełną rozsprzężeń harmonicznych, wtrącanych pasaży, refleksyjnych niedopowiedzeń, w czym przypomina sedno myśli muzycznej Theloniusa Monka, który nawiasem mówiąc, niedawno obchodziłby swoje setne urodziny. Pełne romantyzmu potraktowanie repertuaru pozostawia trwały ślad w pamięci odbiorcy, wrażenie czegoś niesamowitego i odkrywczego. Niewielu muzykom udaje się osiągnąć podobną intensywność przy tak skromnych środkach.

Nie można pominąć wspaniałych muzyków towarzyszących, rodaków Rubalcaby. Ernesto Simson, który podczas występu wyczyniał z perkusją niemożliwe wręcz rzeczy, jest jednym z najbardziej cenionych perkusistów swego pokolenia. Jego styl gry na instrumencie jest nasycony bogactwem rytmów afro-kubańskich i południowoamerykańskich, od których jest specjalistą. Jose Armand Gola, grający na gitarze basowej współpracuje z Gonzalo Rubalcabą już od wielu lat. Ponadto grywał z takimi muzykami jak: Alejandro Sanz, Jennifer Lopez czy Luis Enrique.

Koncert (jak i płyta) był aktem miłości i szacunku do tego, co minione. Poprzez dźwięki muzycy skłonili do poszukiwań i do wędrówki w głąb siebie, by nie zaprzepaścić dorobku dawnych kultur.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *