Ro(c)k 2016 – podsumowanie

vinylKońcówka roku, czyli tradycyjny czas podsumowań, skłania wielu do zastanowienia się czy mijające dwanaście miesięcy było dobre czy złe, pozytywne czy negatywne, obfite czy ubogie, itd. Jakichkolwiek przymiotników by nie użyć, opisanie sumy wydarzeń, choćby skrawka danego obszaru życia wymaga zazwyczaj czegoś więcej niż dwóch słów. Nie inaczej jest w przypadku muzyki rockowej, która w A.D. 2016 wielokrotnie potrafiła zaskoczyć i dać sporo radości, ale nieraz również zawieść i rozczarować. Jak zatem należy rozpatrywać mijający rok pod tym kątem?

Rok spod znaku Dinozaura

 

Zacznijmy od rzeczy wielkich, czyli powrotów tzw. dinozaurów. W slangu przyjęło się tak rzec o gigantach danej dziedziny, którzy po latach przerwy wracają w blasku dawnej chwały. Czasami te powroty są udane, czasem trochę mniej, a czasem najlepiej byłoby, jakby w ogóle się nie wydarzyły. Do pierwszej grupy niewątpliwie należy zaliczyć nowy album formacji Green Day. Spytacie: jaki to powrót, skoro w 2012 roku ukazała się trylogia Uno, Dos, Tre? Odpowiedź jest bardzo prosta: na najnowszym Revolution Radio, trio z Kalifornii zatęskniło za dźwiękami rodem z początków ich działalności, co odbiło się na fantastycznym brzmieniu z elementami korzennego punk rocka, czego ewidentnie zabrakło na trylogii. Należy zatem uczciwie przyznać, że ostatnim pełnoprawnym albumem grupy jest 21st Century Breakdown z 2009 roku, a w świetle tych faktów Radio Rewolucja należy już rozpatrywać jako powrót. W dodatku bardzo udany powrót.

Nieco mniej udany, lecz tym razem także mniej zakręcony jeśli idzie o chronologię, zaliczyli natomiast panowie z Metallici. Co prawda zdania krytyków nie są tutaj zgodne i jednoznaczne, niemniej większość skłania się ku negatywnym opiniom. Magazyn Pitchfork opisał najnowsze dzieło Amerykanów jako próbę powrotu do wczesnych lat świetności z tą różnicą, że w porównaniu do poprzedniej płyty, na Hardwire… To Self-Destruct grupa czerpie z tego więcej radości. Po drugiej stronie barykady jest natomiast Onet, na którym najnowsze dzieło Jamesa Hetfielda i spółki określono mianem szansy na zbliżenie do siebie fanów zespołu zamiast ich spolaryzowania. Fakt – następca Death Magnetic jest płytą godną Metallici, aczkolwiek brzmieniowo mówimy tu o trzykrotnie odgrzewanym kotlecie świątecznym. Ot – klasyczne odcinanie kuponów przez prezesów Dino Parku.

Duże plusy w dzienniku za rok 2016 należy za to postawić obok trzech wielkich nazwisk: Iggy Pop, David Bowie i Nick Cave. Ten pierwszy, wydając płytę Post Pop Depression, udowodnił wszystkim niedowiarkom, że stać go jeszcze na dobry materiał. Współpraca z takimi muzykami jak Joshua Homme (Queens of The Stone Age), Dean Fertita (The Dead Weather) oraz Matt Helders (Arctic Monkeys) finalnie przerodziła się w kapitalny album, na którym nie widać znamion mijającego czasu. A jeżeli miałoby to być ostatnie wydawnictwo w karierze Popa (gdyż na takie było ono pierwotnie zapowiadane), to trzeba przyznać – umie się chłop żegnać.

David Bowie, który opuścił ten świat wraz z początkiem roku, posunął się o krok dalej niż Iggy i wydał album, który parę chwil później okazał się jego ostatnim w karierze. Z jednej strony przerażające, z drugiej strony niezwykle intrygujące, a jeszcze z innej  – cholernie smutne. Ale takie jest właśnie Blackstar, biorąc pod uwagę wszystkie aspekty związane z odejściem Mistrza. Siedem mocnych kompozycji zlewa się w jeden obraz człowieka pogodzonego ze swoim losem. Nic dodać, nic ująć.

Co się natomiast tyczy trzeciego z gentlemanów, czyli Nicka Cave’a, to sprawa jest oczywista – geniusz w czystej postaci. Skeleton Tree to kombinacja przestrzennych brzmień, niebanalnych gitar i przeszywającego wokalu, osadzonych w tempie budowanym przez kapitalnie brzmiącą perkusję. Bez wątpienia jest to album znaczący wiele w muzyce 2016 roku, co ma swoje odzwierciedlenie w opiniach krytyków: portal Metacritic, zajmujący się sumowaniem takowych, wycenił ten album na 95 punktów w stupunktowej skali. Niech zatem po raz kolejny przemówi muzyka.

Trochę nudny, trochę OK. Popularny rock

 

Nie najgorzej sprawa wyglądała jeżeli mowa o tzw. pop rocku, czyli szeroko rozumianej muzyce rozrywkowej z gitarą w tle. Światło dzienne ujrzał najnowszy krążek Kings Of Leon, o którym więcej przeczytacie w naszej recenzji płyty Walls. Swoje trzy grosze w tej kwestii dorzuciły też takie zespoły jak OneRepublic, Simple Plan czy Panic! At The Disco, wydając albumy godne wysokiego poziomu, do którego przyzwyczaili swoich fanów na przestrzeni lat. Dużym zawodem są natomiast najnowsze dzieła dwóch grubych ryb biznesu muzycznego – Red Hot Chili Peppers i Skunk Anansie. Zarówno The Getaway, jak i Anarchytecture, są bardzo nudne, oczywiste, a momentami wręcz monotonne. U Amerykanów głównym zarzutem jest powtarzalność grania funky riffów opartych o wyrazisty bas, z których wynika tyle ile z porad wróżbity Macieja. W przypadku Brytyjczyków cały wic polega na tym, że w natłoku nowych brzmień zatracili oni swój rockowy sznyt, oparty o agresywne dźwięki i ostrzejsze brzmienia.

Zgoła inne nastroje panują w obozie fanów Radiohead, gdyż najmłodsze dziecko formacji, czyli A Moon Shaped Pool, bardzo szybko zyskało sobie uznanie środowiska muzycznego. Wprawdzie Brytyjczycy od początku istnienia za punkt honoru postawili sobie brak chęci udowodnienia komukolwiek czegokolwiek, lecz mimo to najnowsze dzieło należy czytać jako kolejny kamyczek do ogródka ich przeciwników. Z drugiej strony, patrząc przez pryzmat ostatniego smutnego wydarzenia jakim była śmierć wieloletniej miłości lidera Radiohead, Thoma Yorke’a, treści zawarte na A Moon Shaped Pool nabierają jeszcze więcej sensu i są pewnym uzupełnieniem wszystkich niedopowiedzeń związanych z relacjami między nimi. Pomijając jednak wątki biograficzne, płyta jest majstersztykiem przede wszystkim dlatego, że broni się przeszywającym duszę brzmieniem, związanym m.in. z bogatym instrumentarium.

Trzy razy TAK dla Polski

 

Sporo dobrego działo się również w polskim rocku, choć nie były to sprawy tak oczywiste na pierwszy rzut ucha. Na tle całej zgrai muzyków krajowych, w tym roku wyróżniły się trzy krążki wnoszące najwięcej w rozwój naszej rodzimej sceny: Clashes Moniki Brodki, Złoto Krzysztofa Zalewskiego oraz Drony duetu Fisz Emade.

W przypadku pierwszym należy docenić przede wszystkim dużą zmianę, jaka dokonała się w Monice na przestrzeni kilku lat, a konkretnie od momenty wydania Grandy z 2010 roku. Artystka zaliczyła widoczny progres, przeobrażając się z frywolnej i niewinnej dziewczyny w dojrzałą i pełnoprawną kobietę. Brzmienie Clashes orbituje wokół ciężkich dźwięków wydobywanych m.in. z organów, gitar czy oboju, co bardzo ochoczo idzie w parze ze zróżnicowaną szatą rytmiczną: od szybkiego, niemal punkowego My Name Is Youth, po mocno wyhamowaną pieśń pogrzebową Funeral. Całokształt materiału należy ocenić jako niezwykle odważny, lecz za tym pojęciem kryje się naprawdę duża inteligencja artystyczna.

Także artystyczna, lecz tym razem wyobraźnia, jest stwierdzeniem kluczowym w zrozumieniu fenomenu drugiego tytułu z listy polskiego TOP, czyli Złota. Krzysztof Zalewski, w przeszłości znany z wielu eksperymentów muzycznych, tym razem postawił sprawę jasno: nagrał album, jakiego rodzimy rynek jeszcze nie widział. Wymaga to nie lada kreatywności, ale gdy ta sprzyja, to należy docenić wszystko: zaczynając od genialnych tekstów, poprzez poszczególne aranże, brzmienie każdego instrumentu, cudowne wokale, a kończąc na niespotykanym wręcz podejściu do detali.

Tego ostatniego być może trochę zabrakło duetowi Fisz Emade, bowiem z jednej strony ciężko powiedzieć o Dronach, że to zła płyta, jednak z drugiej – czegoś jej brak. Sam koncept dronów jako symbolu niepokoju naszych czasów jest bardzo ciekawym podejściem do problemu i za to ogromny szacunek, lecz momentami album jest zwyczajnie monotonny. Na całe szczęście w skali całego wydawnictwa tych momentów jest niewiele, a wynikają one właśnie z lekkiego braku dbałości o pewne detale, dlatego z czystym sumieniem należy stwierdzić, że Fisz i Emade zasługują na podium jeśli mowa o polskim rock na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy.


 

Na koniec subiektywny ranking dziesięciu najlepszych płyt rockowych w roku 2016:

10. Kings of Leon – Walls

9. The Kills – Ash & Ice

8. Iggy Pop – Post Pop Depression

7. Sum 41 – 13 Voices

6. Brodka – Clashes

5. Nick Cave & The Bad Seeds – Skeleton Tree

4. David Bowie – Blackstar

3. Green Day – Revolution Radio

2. Krzysztof Zalewski – Złoto

1. Radiohead – A Moon Shaped Pool

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *