Lemmy Kilmister – rockman z krwi i kości

lemmy2

źródło: www.nme.com

 We are Motörhead, and we play Rock’n’Roll – tak wielokrotnie witał się z publicznością, która licznie przybywała na jego koncerty. Być może nie był genialnym basistą, niemal na pewno stanowczo nadużywał wszelakich używek, ale takie występki sprawiały właśnie, że nie dało się go pomylić z nikim innym. Jaki zatem, tak naprawdę, był Lemmy Kilmister?

Warto zacząć od tego, że Lemmy jest jedynie ksywką, a muzyk naprawdę nazywał się Ian Fraser Kilmister. Urodził się 24 grudnia 1945 roku w małej miejscowości Burslem w Anglii. Już od najmłodszych lat wciągnął się w hazard i to właśnie dzięki grze na automatach zyskał swój przydomek. Jako, że lubił często pożyczać pieniądze od innych, toteż dzięki frazie lemmy [lend me] a quid till Friday (w tłumaczeniu „pożycz mi funta do piątku”), został ochrzczony przydomkiem, który na zawsze zapisał się złotymi zgłoskami w szeroko rozumianym rocku.

Pierwsze narkotyki, trochę muzyki i kształtowanie stylu

Przygoda Lemmy’ego z muzyką rozpoczęła się w latach 60., kiedy to zaczął grywać w lokalnych kapelach. Prawdziwą kumulacją szczęścia tamtych czasów okazało się jednak dołączenie do ekipy technicznej zespołu Jimiego Hendrixa. Później epizodycznie występował jeszcze w małych grupach, lecz największa przygoda z Motörhead była jeszcze przed nim. W 1971 roku artysta dołączył do zespołu Hawkwind, w którym ukształtował się jako muzyk. To właśnie tam Kilmister rozwinął swój charakterystyczny styl gry na basie, polegający na szarpaniu pełnych akordów zamiast pojedynczych dźwięków, w opozycji do typowych basistów. Jego instrument był integralną częścią brzmienia bandu, ale o to właśnie chodziło. Niestety, ten rozdział życia Iana stoi też pod znakiem nałogów, z którego największym okazała się amfetamina. Zespół długo tolerował różne zachowania Kilmistera, ale czarę goryczy przelała sytuacja z 1975 roku, kiedy to muzyk został zatrzymany w Kanadzie z powodu podejrzeń o przemyt nielegalnej substancji. Całość obyła się bez większych konsekwencji prawnych, jednak czas trwania wyjaśnień był na tyle długi, że kapela musiała odwołać kilka najbliższych koncertów. To z kolei popchnęło kolejne domino i Lemmy został wyrzucony z Hawkwind.

lemmy3

źródło: www.theholyweb.com

Era „true rockmana”

To nie zniechęciło go do dalszego tworzenia muzyki i jeszcze w tym samym roku powstało Motörhead. Jak wyjaśniał sam Kilmister w swojej autobiografii – W trakcie tworzenia nowego zespołu chciałem, by był jak MC5 – wokal, gitara, bas i perkusja.  Jako, że MC5 było gwiazdą ówczesnego undergroundu, poprzeczka była postawiona wysoko. Ostatecznie jednak nowopowstała formacja składała się z trzech osób, gdyż poza Lemmym w jej skład wchodził Phil Taylor i Eddie Clarke. Ten pierwszy został perkusistą, ponieważ przychodził zwykle do mnie do domu i w nim zasypiał, więc musiałem go zaangażować – pisał nasz bohater. Natomiast ten drugi, nazywany „Fast Eddiem”, był bardzo podekscytowany możliwością gry w takim zespole. Opowiadał – W tamtym czasie nie miałem niczego, a Lemmy miał już pewną reputację, więc dostałem szansę na zaistnienie w zespole, który ma jakiś punkt zaczepienia. W takim składzie band nagrał swój debiutancki album, który zatytułował, po prostu, „Motörhead”.

Dalszą część tej opowiastki można właściwie streścić w trzech słowach: sex, drugs and rock’n’roll. Muzyka była jedynie pretekstem i motorem napędowym dalszego imprezowania. O bujnym życiu zespołu można przeczytać m.in. w książce „Motörhead w studio”, gdzie poszczególni członkowie otwarcie przyznawali się do niebanalnego stylu życia – Picie i amfa były ważne dla kształtowania zespołu… Byłem ćpunem. Amfę brali wszyscy. (…) Później zorientowałem się, że wypicie drinka z amfą cię odpręża. Tak zaczęła się moja kariera pijaka – pisał Clarke. Lemmy natomiast bardzo często z właściwym sobie poczuciem humoru podkreślał brak swojej wstrzemięźliwości seksualnej – Z taką mordą musiałem zostać rockandrollowcem. Inaczej wydawałbym za dużo kasy w burdelu. Co więcej, życie na wysokich obrotach, sponsorowane przez narkotyki i kobiety, odbiło swoje piętno na procesie twórczym. Dwudniowe sesje nagraniowe bez przerwy na sen, wielokrotne duble i pokrętło volume ustawione na maksymalnej wartości stały się chlebem powszednim. W efekcie nagrywanie albumów trwało często niewiele ponad tydzień. Ten wyjątkowo krótki czas produkcji miał też związek z dość sporą płodnością muzyków, bowiem cztery największe klasyki zespołu, czyli „Overkill”, „Bomber”, „Ace Of Spades” i „Iron Fist” powstały w przeciągu trzech lat.

Jakim go zapamięta świat?

W Motörhead zaszło sporo zmian na przestrzeni 40 lat istnienia: zmieniali się muzycy, managerowie, a także producenci poszczególnych płyt, jednak Lemmy był spoiwem dającym ciągłość trwania całego projektu. Jest to o tyle ważne, że gdyby nie on, nie narodziłoby się wiele gatunków muzycznych, które po dziś dzień są reprezentowane przez największych. Marki takie jak Metallica, Antharax, Slayer czy Pantera nie miałyby prawa bytu, gdyby nie Motörhead. We wspomnianej wcześniej książce, Kilmister i spółka są nazwani „chrzestnymi speed metalu”, natomiast magazyn Rolling Stone posunął się o krok dalej i nazwał ich ojcami tego gatunku. Ciężko się z tym nie zgodzić, biorąc pod uwagę jak kultową postacią stał się wujek o długich włosach i krzywo przyciętym wąsie”.

Sama śmierć Lemmy’ego była czymś, co spadło na wszystkich jak grom z jasnego nieba.  Niby każdy wiedział, że może nastąpić lada dzień, ale gdy to już się stało, to nikt nie mógł przyjąć tego faktu do świadomości. Przegrał chyba w najbardziej frajerski, jak na siebie, sposób: z rakiem. Nie przez przedawkowanie. Nie przez śmiertelne upojenie. Nie na zawał podczas koncertu. Po prostu – przez nowotwór. O chorobie dowiedział się dwa dni po swoich urodzinach, czyli 26 grudnia. Kolejne dwa dni później był martwy. Nie tak miał odejść, powyższe scenariusze z pewnością lepiej by do niego pasowały. Miał wielu przyjaciół wśród muzyków, a kondolencje napływały z różnych stron świata. Co więcej, jego pogrzeb był transmitowany przez Internet, dzięki czemu każdy fan mógł być częścią memoriału.

Dziś, gdy emocje już nieco opadły, ludzie dopiero zaczynają tak naprawdę odkrywać kim był, czemu był tak ważny i co tak naprawdę oznacza jego śmierć. Jedni nazywają drinki na jego cześć (to akurat genialna inicjatywa, bo ulubiony drink – Jack Daniel’s z colą nieodłącznie mu towarzyszył), inni robią mashupy na jego cześć, a jeszcze inni – wprowadzają jego postać do GTA. Tak czy inaczej, warto pamiętać, że Lemmy był przede wszystkim muzykiem.

Wraz z Motörhead nagrał dwadzieścia dwa albumy studyjne, dziewięć koncertówek, dwanaście kompilacji i dziesięć videoalbumów. Dodając do tego wszelkie wcześniejsze i poboczne projekty, otrzymujemy liczbę wydawnictw przekraczającą pięćdziesiąt. Biorąc do tego pod uwagę charakterystyczną barwę głosu i ten niezwykle brutalny bas, który postawił dęba niejeden włos, otrzymujemy ikonę. Jak napisał jeden z moich kolegów po jego śmierci: był on ostatnim praktykującym rockmanem. Ciężko się z tym nie zgodzić. Zatem, jak przystało na prawdziwego rockmana, bottoms up i niech się leje Jack Daniel’s. Victory or Die!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dziewięć − pięć =