Rozmiar nie ma znaczenia: Ant-Man

antmanMarvel konsekwentnie eksploruje panteon swoich superbohaterów i przenosi na srebrny ekran kolejne postaci. Poza znanymi szerokiemu gronu odbiorców Avengersami, swój film dostali m.in. Strażnicy Galaktyki. Tegoroczne lato ma podbić Ant-Man, kolejny z mniej popularnych herosów.


Scott Lang (Paul Rudd) jest genialnym, acz pechowym złodziejem. Po wyjściu z więzienia postanawia zmienić swoje życie. Nie jest to jednak łatwe zadanie, szczególnie dla byłego kryminalisty. Sytuacji wcale nie poprawia konflikt Scotta z byłą żoną, Maggie (Judy Greer). Bezrobotny i spłukany mężczyzna szybko porzuca postanowienie poprawy i za namową starego przyjaciela Luisa (Michael Peña) dokonuje kolejnego skoku. W obrabianym mieszkaniu znajduje jedynie stary skafander, który należy do dra Hanka Pyma (Michael Douglas). Stary naukowiec postanawia wykorzystać złodzieja do powstrzymania swojego byłego protegowanego, Darrena Crossa (Corey Stoll), od masowej dystrybucji kostiumów zmniejszających ludzi do rozmiaru insekta.

Główny bohater, Scott, jest tak naprawdę drugim Ant-Manem w historii. Pierwszy i chyba bardziej znany (o ile w ogóle można tego herosa nazwać „znanym”) Ant-Man, to grany przez Michaela Douglasa dr Hank Pym. Powód, dla którego zekranizowano historię Scotta jest bardzo prosty: przygody Hanka zaczęły się w latach 60, a twórcom chodziło o bezpośrednie powiązanie „mrówczego” bohatera ze współczesnymi Avengersami – Kapitanem Ameryką, Iron Manem i resztą wesołej ferajny.

O fabule filmu trudno się specjalnie rozpisywać – jest dość typowa, jak na film o superbohaterach. Tym, na co warto zwrócić uwagę, jest oryginalna „moc” jaką posiada Scott. Otóż, tytułowy Ant-Man potrafi jedynie… stać się mały. Tak naprawdę nie jest to też typowa supermoc, gdyż tę umiejętność Scott zawdzięcza gadżetowi, jakim jest skafander. Sceny, w których obserwujemy akcję z perspektywy insekta, są zrobione w bardzo udany sposób, choć momentami można dostać oczopląsu, gdy bohater dynamicznie zmienia swoją formę z małej na dużą i z powrotem. Warto dodać, że miejsca starć są czasami naprawdę niecodzienne. Polem bitwy jest w pewnym momencie np. walizka.

Najnowsza produkcja Marvela to teatr dwóch aktorów, na dodatek drugoplanowych. Michael Douglas to jak wiadomo klasa sama w sobie. Mimo że odgrywa „typową” postać mentora głównego bohatera, sprawdza się w niej bardzo dobrze. Corey Stoll, znany z serialu „House of Cards” z całą swoją mimiką, wyglądem i sposobem mówienia, prezentuje się niczym wyjęty wprost z komiksu. I nie chodzi tu o uderzające podobieństwo do odtwarzanego antagonisty, ale o styl z jakim się w niego wcielił. Co do samego Ant-Mana, to Paul Rudd jest trochę płaski. Brakuje w nim emocji i charakteru, co próbuje nadrabiać humorem. Ale przecież nie o to chodzi w filmach o superbohaterach.

Paul Rudd powiedział w programie Davida Lettermana, że gdy jego syn dowiedział o tym, jakiego bohatera zagra jego ojciec, skwitował to zdaniem: „Nie mogę się doczekać, by zobaczyć jak głupi będzie ten film.” Cóż, fakty są takie, że „Ant-Man” do mądrych produkcji nie należy. Jednak jest to wada większości filmów o superbohaterach. Ogląda się je dla rozrywki, a nie głębszych rozmyślań i wyjątkowych przeżyć. Niewątpliwą zaletą „Ant-Mana” jest jego oryginalność. Jeśli kogoś zmęczyli już popularni bohaterowie, tacy jak Iron Man, Hulk, niedorzeczny Thor czy nieludzko nudny Kapitan Ameryka, to z nowego filmu Marvela będzie zadowolony. W trakcie seansu można się naprawdę nieźle bawić, nawet czasami zaśmiać. Odkrywanie kolejnych niszowych herosów idzie w bardzo dobrym kierunku. Na tyle dobrym, że po raz pierwszy w życiu żałuję, że nie widziałem filmu w 3D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *