Niespokojny duch z iskrą społecznika

Jarek KowalJarek Kowal ma wiele zainteresowań i nie boi się podejmować wyzwań. Ostatnim z nich było wydanie jego debiutanckiej książki „Zły człowiek”. Nam autor opowiada o kolekcjonowaniu przeżyć, złym człowieku, o pasji, którą ma się w genach, uroku Nowego Portu i współpracy z japońskimi zespołami.

Co cię skłoniło do napisania tej książki?

Tak naprawdę, to jakąś książkę piszę już od liceum, ale nigdy jej nie skończyłem. Właściwie musiałbym się zastanowić, co mnie skłoniło, żeby dobrnąć do ostatniej kropki. I to jest pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Tak się akurat złożyło… Na pewno w dużej mierze miały na to wpływ wykłady u profesor Astrid Męczkowskiej-Christiansen. Na początku miała być to książka filozoficzna, ale okazało się, że cała zawartość w tym zakresie, którą chciałem stworzyć, zajmowała tylko jedną stronę. Musiałem dopisać coś więcej i od tego „coś więcej” się zaczęło.

Odnoszę wrażenie, że charakter tej książki jest w pewnym sensie słodko-gorzki. Czy to rzeczywiście jest krytyka tego trójmiejskiego kulturalnego światka z perspektywy kogoś, kto zaczyna mieć go dość?

Trochę tak, chociaż pytanie, o czym jest ta książka, jest dla mnie najtrudniejsze. Chyba nawet to, co jest napisane na ostatniej stronie okładki nie do końca oddaje zawartość wnętrza. Oczywiście duża część jest o kulturalnym światku Trójmiasta, ale na przykład pani, która dokonywała korekty, stwierdziła, że napisałem o samotności. Myślę, że to jest równie celne. Jest w treści zawarta cała ta krytyka, było dla mnie ważne, żeby się do tego odnieść, bo właśnie z kulturą przez kilka lat wiązała się moja praca, ale są tu też inne wątki. Przede wszystkim to nie jest książka, do której wrzucam wszystko to, co mnie boli, bo to nie jest stuprocentowo smutna książka. Myślę, że jest tam sporo wesołych rzeczy.

Czy główny bohater rzeczywiście jest złym człowiekiem, czy staje się taki przez to, co mu się przytrafia?

Mam nadzieję, że po przeczytaniu tej książki czytelnik zastanowi się, czy ten człowiek rzeczywiście jest zły, dlaczego został tak nazwany. Poza tym, w tytule jest niewidzialny znak zapytania. Chciałbym, żeby czytelnicy sami odpowiedzieli sobie na pytanie, czy ten człowiek rzeczywiście jest zły przez to, co robi, przez skrajne odcinanie się od ludzi, z którymi współpracował, odwracanie się od nich, czy też przez inne jego problemy, czy to rodzinne, czy związkowe, które wpłynęły na jego życie. Tak naprawdę to nie wiem, czy on jest zły. Zastanawiam się, czy akurat tak by o sobie pomyślał. Jestem ciekaw, czy miałby rację. Mam nadzieję, że ludzie będą w jakiś sposób na to odpowiadać.

zły człowiek okładkaDocierają już do ciebie pierwsze opinie od tych, którzy przeczytali już książkę?

Tak, ale w większości od ludzi, których znam osobiście. Pojawiły się chyba ze trzy opinie od osób, których praktycznie nie znam i w tych wypadkach widać dużą rozbieżność, bo dla jednych jest to książka stricte o kulturze, o muzyce, dla innych właśnie o samotności, ale pojawiają się też inne interpretacje. Myślę, że to ją właśnie wzbogaca, ale nie chcę przez to powiedzieć, że jest taka głęboka i wielowarstwowa. Po prostu różni ludzie różnie ją postrzegają.

Książkę udało ci się wydać nietypowo, bo dzięki crowdfundingowi (finansowaniu społecznościowemu, przyp. red.), czyli zbiórce na portalu PolakPotrafi.pl. Jak szybko udało ci się zebrać założoną kwotę?

Dosyć szybko, bo w ciągu 30 dni udało się uzbierać tę kwotę. Nie ukrywam, że w dużej mierze pomogli mi znajomi, ale pozytywnie zaskoczyło mnie to, że wsparcie przychodziło także od kompletnie obcych osób. Nawet osoba, która wpłaciła najwyższą kwotę, 700 zł, to ktoś, kogo zupełnie nie znam. To dla mnie nobilitacja, że ktoś obdarzył mnie tak dużym kredytem zaufania, więc mam nadzieję, że książka się spodoba. Wydaje mi się, że crowdfunding jest lepszą metodą niż czekanie, aż ktoś zaproponuje, że wyłoży pieniądze i wyda książkę na własne ryzyko. Wówczas można czekać latami, ja wolałem poczekać tych 30 dni i mieć nadzieję na uzbieranie potrzebnej sumy. Takie są teraz realia, że debiutant musi dołożyć do wydania książki.

Ludzie wpłacają swoje pieniądze, ale nie do końca bezinteresownie, bo jednak coś dostają w zamian. Pozytywne jest to, że po prostu chcą pomóc komuś spełnić jakieś marzenie.

Poniekąd tak samo wpadłem na ten pomysł. Pomagałem w ten sposób wydać płytę znajomych i pomyślałem sobie: „Skoro płyta, to dlaczego nie książka?”. Moim zdaniem najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że to nie jest jałmużna, ja nie błagam o pieniądze, tylko właściwie jest to mecenat. Ktoś płaci, ale też dostaje coś w zamian, czy to dedykację w książce, czy w ogóle całą książkę.

Chyba coś się zaczęło ruszać w dobrą stronę, ludzie chcą wspierać kulturę.

Niedawno koleżanka w ten sam sposób uzbierała fundusze na wydanie drugiej książki, i to chyba w 10 dni. Coraz więcej ludzi rejestruje się na tego typu portalach. Często nawet za kwoty pozornie mało znaczące, można dostać coś fajnego, np. e-booka, akurat w mojej akcji wystarczyło na to już 5 zł. Dla pojedynczych osób to jest nic, może nawet tego nie przeczytają, ale jeśli już 50 osób wpłaci po 5 zł, to dla twórcy jest to duża pomoc.

Organizowałeś koncerty, czy to na potrzeby festiwali, czy pracując w Uchu i słyszałam, że definitywnie się z tego wycofałeś. Czy rzeczywiście jesteś już do tego zrażony, czy jednak ciągnie wilka do lasu?

Właściwie jestem już z tego wyleczony, bo dla mnie było to jak nałóg, coś wbrew wszelkiemu rozsądkowi. Organizowanie bardzo wciąga, zwłaszcza kiedy się udaje. Najważniejsi w tym wszystkim są ludzie, bo jak są ludzie, to wszystko wychodzi. Wtedy są konkretne pieniądze ze sprzedaży biletów, nie ma problemu z wypełnieniem wymagań zespołów, wszystko gra i wszyscy są szczęśliwi. Problem jest tylko taki, że ludzie nie chodzą na koncerty. Chyba, że gra coś naprawdę znanego. W sumie pracowałem przy około 400 koncertach, z czego myślę, że ponad połowa się nie udała. To bardzo obciąża finansowo i w końcu pomyślałem, że trzeba się zmusić do wycofania z interesu. Oczywiście, że teraz co chwilę mnie to kusi. Często pojawiają się maile z propozycjami, żeby coś zrobić, ale wiem, że jeśli zorganizuję jedno, to od razu będę chciał zrobić drugie, więc nawet tych wiadomości nie czytam, od razu kasuję.

Bo prawda jest taka, że nie jest łatwo organizować coś z własnej kieszeni i własnej inicjatywy.

W Uchu było jeszcze o tyle dobrze, że nie płaciło się za wynajem klubu czy obsługę. Ale jeśli jest się zewnętrznym organizatorem, to właściwie jest się na końcu łańcucha pokarmowego i każde pieniądze, jakie się uzbiera trzeba rozdzielić pomiędzy właścicieli klubów, obsługę, zespoły, a to, co zostaje, czyli przeważnie długi, trafia na konto organizatora.

Często między innymi przez to, że jeśli nie gra jakaś znana kapela, to te koszta się nie zwracają.

Z reguły tak, chociaż trudno to przewidzieć. Czasem wydaje się, że zespoły są znane, jak np. Tiamat, a na koncert przychodzi niewiele osób. Z kolei naszym największym koncertem był występ muzyka z Japonii, Miyaviego, na który przyszło około 1400 osób. Zupełnie nie spodziewaliśmy się aż takiego odzewu.

Trudno tę frekwencję przewidzieć?

Łatwiej jest w przypadku polskich zespołów. Na przykład na zespoły takie jak Coma czy Happysad przyjdzie 600-700 osób, na Acid Drinkers 300-400 osób i to się raczej nie zmienia. W przypadku zagranicznych kapel, które przyjeżdżają tu raz na parę lat lub w ogóle po raz pierwszy, trudniej jest to przewidzieć.

Skąd się wzięło to całe zamiłowanie do organizowania koncertów?

Wszystko zaczęło się po zakończeniu współpracy z radiem SAR (studenckim radiem Politechniki Gdańskiej, przyp. red.), a nawet jeszcze pod koniec pracy w nim. Byłem dyrektorem do spraw promocji, tak to się hucznie nazywało, i nawiązywałem współpracę z klubami. Wyglądało to tak, że otrzymywaliśmy wejściówki do wygrania dla słuchaczy w zamian za nagrywanie jingli i reklamowanie koncertów. Kiedy odchodziłem z SAR-u, napisałem do Ucha, bo z nim najlepiej układała się współpraca, z pytaniem, czy kogoś nie potrzebują. Na początku robiłem doklejki, czyli doklejałem do plakatu informacje o dacie, miejscu koncertu, itd., i inne drobne rzeczy, a później sam zacząłem proponować różne wydarzenia i tak to się zaczęło. Miałem ambicję, żeby siedzieć w promocji, bo to robiłem w SAR-ze i myślałem, że będę to kontynuować w Uchu. Później jednak znalazłem wspólny język z managerem Ucha, Karolem Hebanowskim, i dostałem zielone światło na ściągnięcie kilku pierwszych zespołów. Po odejściu z Ucha założyłem swoją agencję koncertową – Freakpointing, która przetrwała dwa lata.

Co udało ci się zdziałać podczas działalności tej agencji?

Myślę, że około połowę tego, co zrobiłem, czyli blisko 200 koncertów. Z tym, że były rozłożone po całej Polsce i nie na wszystkich byłem osobiście. Organizacja części z nich wyglądała tak, że wszelkie formalności załatwiałem przez internet, a kiedy zespół przyjeżdżał w dane miejsce, to zajmowała się nim obsługa klubu. Często wynikało to stąd, że nie opłacało się jechać do np. Krakowa, kiedy spodziewaliśmy się, że na koncert przyjdzie maksymalnie 50 osób. Myślę, że to dużo uczy. Kiedy ma się własną placówkę, np. Ucho, to zaplecze ma się od samego początku, a tutaj trzeba było walczyć o wszystko.

Zauważyłam, że koncerty, w których miałeś swój udział, to były koncerty zespołów niszowych, nietypowych.

Tak, bo chcieliśmy się wbić w jakąś niszę. Jest kilka dużych agencji koncertowych, które działają na terenie Polski od lat, jak P.W. Events, Knock Out Productions czy Go Ahead i nie ma sensu z nimi walczyć, czy licytować się na stawki, bo to nikomu nie służy. Staraliśmy się więc robić to, czym nikt się nie zajmował. Najlepiej współpracowało się z zespołami z Japonii, bo na ich występy, jeśli nawet przychodziło zaledwie 100 osób, to bilety kosztowały rzadko poniżej 100 zł, więc tak czy inaczej opłacało się.

Jak reagowały japońskie zespoły na wiadomość, że mają przyjechać do jakiegoś zakątka Europy?

Większość raczej spodziewała się dobrego przyjęcia. Wiedzieli, że są tutaj popularni. Chociażby taki zespół jak niemieckie Tokio Hotel mocno inspiruje się wizerunkiem japońskich kapel. Oni wiedzą, że mają tutaj publiczność, może i skromną, ale gotową wydać na bilet każde pieniądze. Były nawet takie kapele, które robiły sobie na zapleczu zdjęcia polaroidem i sprzedawały je po 20 zł. Schodziło im wszystko, sprzedawali każdą jedną rzecz, jaką mieli w sklepiku.

Mam wrażenie, że cokolwiek robisz, masz jakąś małą misję. Choćby taką, żeby poznać ludzi z jakimś nietypowym zespołem.

Tak. Tak nawet jest z tą książką, można powiedzieć, że znajduje się w niej swoisty product placement. Pojawiają się w niej co jakiś czas nazwy rzeczywistych zespołów, fragmenty piosenek, a także umieszczone w podziękowaniach nazwy kapel, które są według mnie warte przesłuchania. Taką miałem wizję, że ktoś, kto sięgnie po tę książkę, będzie mógł wycisnąć z niej coś więcej.

kapelaW takim razie jakich masz ulubionych wykonawców, których możesz polecić z całego serca?

To dla mnie strasznie trudny temat, bo mam 1,5 terabajta muzyki, czyli ponad 8000 folderów na komputerze, i strasznie trudno jest podać coś takiego jedynego, ulubionego. Nawet jeśli miałbym podać jakiś jeden gatunek. Na pewno w dużej mierze są to zespoły japońskie, bo organizowanie ich koncertów nie wzięło się z czystego biznesu, tylko z rzeczywistej pasji. Mój projekt numer jeden z tamtego zakątka świata to Dir en Grey. Myślę, że Iggy Pop jest dla mnie dużą inspiracją, Glenn Danzig, ale też lżejsze, elektroniczne klimaty, np. Job Karma czy Von Thronstahl. Co roku jest tyle nowych, ciekawych płyt, że trudno wrócić do tych starych i jeszcze raz ich posłuchać, chcąc być w miarę na bieżąco. Ostatnio sprawdzałem, że potrzebowałbym około trzech tygodni, żeby przesłuchać same tegoroczne nowości.

Dużą pomocą w odnalezieniu się w tych nowinkach jest praca w dziennikarstwie.

Tak, tylko trzeba chcieć to robić. Nie chcę nikogo obrażać, ale duża część dziennikarzy jedynie kopiuje i wkleja informacje prasowe i to cała ich robota. Ja na przykład często starałem się skontaktować z zespołami, które występowały w okolicach, zrobić wywiad. To się od razu inaczej czyta i można się znacznie więcej dowiedzieć. A jeszcze jak zespół polubi dziennikarza, to i płytę za darmo można dostać.

Dziennikarstwo jest tym, co chciałbyś robić, czy w dalszym ciągu szukasz czegoś dla siebie?

Nie wiem, bo tak na prawdę to chyba w żadnej pracy nie wytrzymałem dłużej niż dwa lata i co dwa lata zajmuję się czymś innym. Właściwie to zacząłem od dziennikarstwa w radiu SAR, potem w MMTrójmiasto, GdańskTown, teraz pracuję w radiu Fabryka w Tczewie. Dziennikarstwo cały czas pojawia i znika w moim życiu, ale myślę, że chciałbym spróbować także czegoś innego. Kończę zaraz pedagogikę i chciałbym spróbować pracy w szkole.

Lubisz pracować z dziećmi?

Nie wiem. Mam trzyletniego syna i z nim akurat pracuje mi się dobrze, ale nie wiem jak będzie z obcymi dziećmi.

W jakiej szkole chciałbyś pracować, z mniejszymi dziećmi, np. w podstawówce?

Nie, chciałbym się sprawdzić w gimnazjum, bo podobno to jest najtrudniejsze. Jestem z pierwszego rocznika, który je kończył, więc wiem, że jest ciężko, ale nie chcę iść na łatwiznę. Tym bardziej, że pewnie i tak będę nauczycielem tylko dwa lata.

Powiedz jeszcze o związku z Fundacją Plankton, czym ona się zajmuje?

W tym momencie fundacja jest najprawdopodobniej zawieszona, odszedłem z niej w marcu. Powstała w pewnym sensie jako kontynuacja działalności agencji Freakpointing, z tym że z rozszerzeniem na działalność społeczną. Organizowaliśmy dużo wydarzeń w Nowym Porcie w ramach rewitalizacji dzielnicy, różne warsztaty, grę miejską. Fajnym wydarzeniem była Żywa Biblioteka, projekt raczej ogólnotrójmiejski. W ramach tej akcji można było spotkać się z osobami z grup narażonych na dyskryminację, można było ich wypożyczyć jak książkę i przez pół godziny rozmawiać o wszystkich swoich uprzedzeniach i wątpliwościach. Działanie fundacji jest jednak uzależnione od zewnętrznego finansowania i wygrywania projektów, a z tym różnie bywało.

Z tego, co widzę, masz w sobie iskierkę społecznika.

Trochę tak. I chyba z biegiem czasu ta iskierka coraz bardziej się rozpalała, a coraz mniej miałem ochotę na organizowanie koncertów. I tak to się naturalnie rozwinęło.

Kto wie, co z tego wyniknie?

Może właśnie praca nauczyciela.

Nauczyciela czego?

Polskiego. Chciałbym zrobić jeszcze magisterkę z polonistyki.

Ustaliliśmy, że jesteś społecznikiem, a czy jesteś mocno związany ze swoją rodzinną dzielnicą, z Nowym Portem?

Bardzo. Tak naprawdę dużo ludzi w Nowym Porcie tak ma. Czujemy, jakby to było już osobne miasto. Dzielnica jest nawet tak położona, że z każdej strony łatwo moglibyśmy odciąć się od świata. Myślę, że to specyficzne miejsce, na przykład tylko w tej części Gdańska można jeszcze spotkać torowisko między blokami. Kiedy spaceruję tędy z kimś spoza Portu, to czuję się trochę jak przewodnik, bo co parę metrów pojawia się coś ciekawego, czy to Twierdza Wisłoujście czy Dworek Fischera, czy zupełnie przyziemne opowieści o miejscach związanych z konkretnymi ludźmi. Myślę, że to w sposób naturalny zaczyna interesować ludzi, bo tego jest tak dużo i tak ciekawe, że zaczynają się wciągać.

Czyli wraz ze wzrostem zainteresowania topnieje legenda o tym, jak bardzo niebezpieczny jest Nowy Port?

Tak. Kiedyś rzeczywiście było tu niebezpiecznie. Nowy Port był nawet nazywany Krainą Latających Siekier i była to słuszna nazwa, ale to się znacznie uspokoiło, kiedy ludzie zaczęli wyjeżdżać w stronę Wysp. Dużo osób, które parało się rozbojami po prostu wyjechało za kasą za granicę. Dużo zmieniło także to, że pojawiło się u nas Centrum Edukacji Artystycznej Łaźnia, które organizuje sporo wydarzeń. Bardzo dużo ludzi spoza Nowego Portu zaczyna tu przyjeżdżać i odkrywać te tereny. Większość dziwi się, że w Porcie jest ładnie i tak fajnie, bo mają w głowach obraz z miejskich legend. A tak naprawdę dzielnica jest w dużej mierze odrestaurowana. Mało już jest takich miejsc, które wyglądają jak slumsy.

Chyba mało jest w Trójmieście takich miejsc, gdzie mieszkańcy tak mocno działają na rzecz dobra swojej dzielnicy.

Też mi się tak wydaje. Weźmy chociażby sąsiednie Brzeźno, które jest większą dzielnicą. Chociaż jest tam dużo lokalnych patriotów, to niewiele z tego wynika, ale może to właśnie dlatego, że mieszkają na większym obszarze. Może dlatego, że Nowy Port jest mały, łatwiej jest lokalnej społeczności skupić się na jakiejś konkretnej sprawie.

Twoim bratem jest Mariusz Kobaru Kowal (trójmiejski fotograf i charakteryzator, przyp.red.). Widzę, że macie taką determinację i taką smykałkę do tego, co kochacie robić, że aż bije od was pozytywna energia.

Coś w tym jest, pewnie to u nas rodzinne. Właściwie w podobnym momencie zaczynaliśmy działać. Nawet ostatnio wrzucałem na Facebooka zdjęcie, które było jednym z pierwszych zdjęć robionych przez mojego brata i był to zespół z Japonii, który ściągnąłem na występ do Gdańska. Wpadli do Nowego Portu po drugim koncercie, jaki w życiu zorganizowałem. Jakoś cały czas razem przez to szliśmy, z tym, że mój brat niezmiennie trzyma się fotografii, a ja swoje zajęcia zmieniałem wielokrotnie.

zły człowiekZawsze mieliście do tego zacięcie, czy dopiero pojawiło się po jakimś czasie?

Nie, zupełnie nie. Nie wiem tak naprawdę skąd to się wzięło. Miałem być piłkarzem, ale nie wyszło. W ogóle byliśmy bardzo zainteresowani sportem jako dzieciaki, mój brat raczej koszykówką. Skąd to się wzięło? Pewnie w przypadku nas obu z zafascynowania muzyką. Mariusz poszedł w stronę fotografowania zespołów, ja w kierunku organizowania koncertów. Przypuszczam, że źródłem była frustracja, wynikająca z tego, że nie mieliśmy własnego zespołu.

Co twoim zdaniem trzeba w sobie mieć, co robić, żeby móc zrealizować to swoje marzenie?

Wydaje mi się, że trzeba się podejmować wszystkiego. I to dosłownie wszystkiego. Pracowałem na budowie, w fabryce maszyn do dojenia krów, byłem konsultantem Avonu, pracowałem w drogerii. Myślę, że te wszystkie doświadczenia w jakiś sposób wzbogacają i prowadzą do tego, co chce się robić. Gdybym nie zaczął pracy w studenckim radiu i gdyby wszystkie inne rzeczy się nie wydarzyły, to prawdopodobnie wcale nie napisałbym tej książki. Najważniejszą rzeczą w życiu jest dla mnie kolekcjonowanie doświadczeń, a ta książka jest w gruncie rzeczy nie tylko opisem moich własnych przeżyć, ale też przeżyć innych ludzi i mam nadzieję, że nie obrażą się za to, że je w niej wykorzystałem.

fot. archiwum Jarka Kowala

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sześć + dziesięć =