Wierny sobie – wywiad z Januszem Stroblem

IMG_7335Janusz Strobel to jeden z najwybitniejszych polskich kompozytorów i gitarzystów klasycznych. Muzyk urodzony w Gdańsku współpracował między innymi z Ireną Santor, Hanną Banaszak i Zbigniewem Wodeckim. W rozmowie z CDN-em muzyk opowiedział o ostatnim albumie, nagranym wspólnie z Anną Stankiewicz, a także o kondycji polskiej poezji śpiewanej.  

Kilka miesięcy temu powstał krążek „STROBEL KOFTA WOŁEK Stankiewicz”. Jak album został przyjęty w środowisku odbiorców poezji śpiewanej?

Płyta zwłaszcza na koncertach jest przyjmowana bardzo dobrze. Wydaliśmy materiał, który tworzyłem jeszcze wspólnie z Jonaszem Koftą, trzydzieści lat temu. To piosenki, które nigdy wcześniej nie były realizowane. Po tych trzydziestu latach wyciągnąłem utwory z przysłowiowej szuflady i szczęśliwie udało się nagrać cały album. Osobiście mam duży sentyment do tej płyty, pracowaliśmy nad nią dwa lata i mam nadzieję, że to słychać.

Jeśli chodzi o wokal,  Anna Stankiewicz była naturalnym wyborem?

W pewnym sensie Ania żyła z tym materiałem wiele lat. Poznaliśmy się kilkanaście lat temu na festiwalu poezji śpiewanej we Włocławku. Wówczas Ania wygrała konkurs, a ja byłem jurorem.  Zaproponowałem jej próbne nagrania i koncerty. I tak nasza współpraca się rozpoczęła, minęło trochę czasu zanim dojrzeliśmy do stworzenia wspólnego albumu. Moim zdaniem Ania wykonała swoje zadanie w stu procentach.

Historia, którą pan przytoczył może niezwykle mobilizować uczestników takich konkursów.

Rzeczywiście, w przeszłości wiele takich osób zauważyliśmy i otwieraliśmy im furtki. Od kilku lat organizujemy w Białymstoku Festiwal Piosenki Literackiej imienia Łucji Prus. Muszę przyznać, że tam też spotykamy ciekawe zjawiska artystyczne, znakomitych wokalistów. I w miarę możliwości staramy się im pomóc.

To może być alternatywa dla programów talent show?

To już oddzielny rozdział, bo nigdy nie miałem nic wspólnego z show biznesem. Osobiście nie jestem przeciwnikiem tego typu programów, ale ja w tym nie uczestniczę.

W tym kontekście, gdy obserwujemy szybkie kariery, kiedy sztuka staje się kluczem do zarabiania pieniędzy, muzyka może być miłością na całe życie?

Ta miłość nie zawsze jest wzajemna. To sprawa integralnie związana z charakterem, z pasją. Nie zawsze wynikają z tego same przyjemności, nie będę ukrywał, że czasami jest ciężko. Jednak jeśli ktoś poświęca temu życie, to już jest na to skazany.

Czy dla instrumentalisty tekst odgrywa równie ważną rolę, co muzyka?

To elementy integralnie ze sobą związane i równie ważne. Muzyka jest pewnym pomostem dla tekstu, sprawia, że utwór jest łatwiej przyswajalny dla odbiorcy. Jeśli chodzi o tekst, nie jest powiedziane, że należy wykonywać wyłącznie gatunek nazywany poezją. Dobry, mądry tekst także można uznać za poezję.

Niedawno na scenę wróciła artystka z którą pan współpracował – Irena Santor. Pojawi się album, powstał tez teledysk, jak sama przyznała, pierwszy w jej życiu. Rynek jest dziś łaskawy dla doświadczonych artystów?

Myślę, że tak. Irena ma swoją publiczność, zdobywaną przez lata i nigdy niezawiedzioną. Współpracowałem z wieloma artystami między innymi z Hanią Banaszak czy Łucją Prus. Wszystkim nam towarzyszyło przekonanie, że jeśli stworzymy prawdziwe rzeczy, będziemy to robić z uśmiechem na ustach, pojawi się także publiczność. Myślę, że mimo upływu lat, nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Umiałby pan dziś zadebiutować?

Dziś debiut jest niezwykle trudny, znacznie trudniejszy niż to było w naszej epoce.

Dziś kompromis jest ważnym słowem w kontekście debiutu.

To prawda, kiedyś działaliśmy bardziej bezkompromisowo, bo jazz sam w sobie był wówczas bezkompromisowy. Wracając do pytania, uważam że należy podejść do sprawy w jasny sposób. Jeżeli muzyka jest pasją, od dziecka, jeżeli umiejętności pozwalają nam na uczciwe wykonywanie tej pracy, to nie ma możliwości, żeby się prędzej czy później nie przebić. Co innego, gdy celem samym w sobie jest kariera. Zazwyczaj nie wynika nic ciekawego z takiego podejścia.

Kilka dni temu głośna stała się sprawa wykorzystania wizerunku Grzegorza Ciechowskiego przez firmę odzieżową. Znane są przypadki podtrzymywania pamięci o twórcach, pan także to czyni, poprzez działalność muzyczną, wykonując utwory z tekstami Jonasza Kofty. Gdzie pana zdaniem jest granica w kultywowaniu zmarłych artystów? 

Jeśli poruszamy kwestię wizerunku Ciechowskiego, wydaje mi się, że jest to sprawa, którą mógłbym przypisać pod prywatne działania. Jeżeli spadkobiercy się na to godzą, jeżeli służy to dobrej sprawie, czyli podtrzymywaniu pamięci o wybitnych postaciach, to nie ma problemu. Dyskusyjne jest to, że ich wizerunek można wykorzystywać też do celów zupełnie niezwiązanych z działalnością artystyczną. Wydaje mi się, że samo kultywowanie twórczości takich artystów jak właśnie Ciechowski, Czesław Niemen czy Jonasz Kofta jest zjawiskiem bardzo pozytywnym i wręcz wskazanym. Tym bardziej, że fala obecnej muzyki nie jest w stanie udźwignąć wszystkich gustów.

Jednak młodzi artyści wracają do uznanych dzieł poezji śpiewanej. Kilka lat temu powstała płyta Gaby Kulki do tekstów Wojciecha Młynarskiego, obecnie Mela Koteluk koncertuje z piosenkami tego samego artysty pod nazwą „Przeprowadzki”. W jakiej kondycji jest rodzima poezja śpiewana?

W znakomitej, jest mnóstwo konkursów i festiwali. Mam wrażenie, że rynek sam się reguluje. Byli, są i będą ludzie, którzy słuchają poezji śpiewanej i kultywują tę tradycję. Piosenka z mądrym tekstem, głębokim przekazem jest nadal ważna dla pewnej grupy ludzi i nic im tego nie zabierze. Poruszył pan bardzo długi temat, musielibyśmy zejść na płaszczyznę polityczną. Odnieść się do decydentów, którzy traktują kulturę po macoszemu. Moje zdanie o tych ludziach jest jak najgorsze. Często odnosimy się do Zachodu. Nie zgodzę się, że muzyka zagraniczna jest lepsza. Po prostu kraje zachodnie dbają o swoje prawa, a my tego nie czynimy. Trzeba mieć dużo szczęścia, żeby w stacji radiowej trafić na polski utwór.

Jest artysta z którym chciałby pan współpracować?

Nie zastanawiałem się nad tym. W ostatnich latach koncentruję się głównie na realizowaniu własnej muzyki, choć jest to twórczość otwarta na pewne kolaboracje. Współpracuję z wieloma wspaniałymi ludźmi, przez lata miałem trio jazzowe, teraz doskonale koncertuje mi się z Anią. Nie wiążę się z nikim na zasadzie założenia zespołu na lata, to raczej spontaniczne działania.

Czego panu życzyć?

Pracy i siły do jej wykonywania.

fot. Tomasz Błaszkiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *