29/10/2026

CDN

TWOJA GAZETA STUDENCKA

Od Charliego, przez Antinoosa do Chrisa Hansena. O polowaniu Roberta Pattinsona w „Primetime”

7 min przeczytania

fot. materiały prasowe M2 Films

Tej jesieni możecie zapomnieć o Edwardzie ze Zmierzchu, bo właśnie odblokowaliśmy nową postać Roberta Pattinsona. Tym razem wciela się w gwiazdę telewizyjną, Chrisa Hansensa, który wyprowadzi medialną krucjatę i upoluje największego drapieżcę, po to, by uzyskać szczytowy czas oglądalności.  

Mowa o Primetime – pełnometrażowym debiucie Lance’a Oppenheima, filmie, który zdobywa w kinach szczyty oglądalności. Czy to ze względu na tegoroczny maraton Pattinsona, innowacyjną wizualność, niebanalny charakter filmu, a może redefinicję moralności w erze cyfryzacji?

Uwaga: tekst zawiera spoilery do filmu Primetime.

Kilka słów na rozeznanie 

fot. materiały prasowe M2 Films

Film po raz pierwszy wyświetlono na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji (5 września), a w Polsce premiera odbyła się 8 października. Oppenheim pracował nad filmem wraz z studiem A24. Jest to thriller psychologiczny, przełamany dużą dozą humoru – może niekoniecznie wskazanym do tematyki, ale w końcu jest to show.  

Twórcy Primetime zainspirowali się wydarzeniami z 2006 r., kiedy to w toku kręcenia programu rozrywkowego stacji NBC To Catch a Predator doszło do samobójstwa.

Prowadzącym tej serii był Chris Hansen, w którego wciela się Robert Pattinson. Pozostałe role zagrali: Skyler Gisondo (Danny Plum), Merritt Wever (Andie Bender) oraz Phoebe Bridgers (Del), której piosenka On Video pojawia się w trakcie napisów końcowych. Nie jest to pierwsza współpraca piosenkarki z reżyserem, bowiem Oppenheim wyreżyserował wcześniej teledysk do tytułowej piosenki z najnowszego albumu Bridgers, Lost Boys. Ścieżkę dźwiękową do filmu skomponował Ari Balouzian.

Reporterski charakter fabuły nie dziwi w przypadku Oppenheima, który zasłynął jako twórca filmów dokumentalnych. Niedługo ma ukazać się jego kolejny projekt, współreżyserowany z Nathanem Fielderem – Zobaczysz wszystko (polska premiera 6 listopada).  

Polowanie na wieloryba  

Fabuła filmu przenosi nas do 2006 r., w samo serce show. W To Catch a Predator – jak sam tytuł wskazuje – obserwujemy polowanie na drapieżnika. Na miano drapieżcy zasługuje każda dorosła osoba, która czyha na nieletnich w sieci. W ten sposób tworzy nam się prosty łańcuch pokarmowy – Hansen poluje na internetowych predatorów, którzy żerują na aktorach grających dzieci, robiących za przynętę.  

Oppenheim rozszerza nasze pole widzenia – tym razem nie przyglądamy się jedynie treści z telewizora, a możemy obserwować akcję z backstage’u, gdzie fikcja miesza się z realizmem.  

Akcja zawiązuje się w momencie, gdy program Hansena ma szansę na zdobycie najlepszego miejsca w ramówce, który przyniesie największą oglądalność. Od tego momentu ekipa To Catch a Predator będzie starała się wygryźć Lost i zdobyć upragniony primetime. Szczególnie będzie na tym zależeć Hansenowi, któremu magazyny plotkarskie grożą opublikowaniem szkodzącego materiału.  

W ten sposób zaczyna się polowanie na wieloryba. To wielka sensacja, która umożliwiłaby osiągniecie ich celu. I to tutaj pojawiają się problemy, jako że misja programu wymierza w szlachetne pobudki, ale nadal jest to show. Niejednokrotnie przez film przetaczają się frazy dotyczące pieniędzy, oglądalności i wybielenia przez Hansena w mediach – przez co ciężko wierzyć w faktyczną moralność całego przedsięwzięcia.  

„Gdzie jest Decoy Dan?!” 

Dowodem na wątpliwą poprawność programu jest postać Dana, nazywanego przez Hansena wabikiem (nazwa wyznacza mu jego rolę, ale również przedstawia bezkompromisowość branży), który, nieświadomy praw rządzącymi showbiznesem, staje się faktyczną ofiarą tej gry.  

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy pierwszy dzień w nowej pracy. Dostaliśmy ją w naszej wymarzonej branży, mamy robić to, co kochamy. Naszym zadaniem jest zagrać małego chłopca. Potem okazuje się jednak, że jesteśmy przynętą dla internetowych kryminalistów. Nie brzmi jak wymarzona praca, prawda?  

fot. materiały prasowe M2 Films

Dan zostaje wrzucony na „głęboką wodę” showbiznesu. Tu nie ma czasu na użalanie się nad sobą – bierzesz tabletkę na uspokojenie i nagrywasz dalej.  

Choć głównym bohaterem filmu jest Chris Hansen, to daje się odczuć, że więcej wiemy właśnie o Danie. To w jego portret psychologiczny jesteśmy się w stanie się zagłębić. Hansen pozostaje dla nas w pewien sposób niedostępny, jego osobowość przyćmiewa wykreowana przez niego persona medialna.  

Ostatecznie tylko Dan jest w stanie dostrzec niebezpieczeństwo sensacji, za którą gonią jego współpracownicy. W jego ostatniej rozmowie z Chrisem dokładnie widać między nimi tę różnicę – jak mówi, „Nasze definicje dobra i zła są kompletnie inne”.  

Medialna krucjata  

Misją programu było szybkie i skuteczne usuwanie drapieżników seksualnych. Cel był dobry, ale forma rozrywki masowej zawiodła. Publiczne rozliczanie ludzi z ich przewin uwalnia w nas niezaspokojoną potrzebę uzyskania sprawiedliwości, a telewizja buduje na tym swoją oglądalność.  

W filmie pojawia się zresztą wypowiedziana przez Pattinsona kwestia dotycząca karania ludzi za pomocą publicznej chłosty, która pozwalała na utrzymanie społeczeństwa w ryzach. Subtelna aluzja do współczesnej rozrywki?  

Hansen w filmie wytacza wszystkim kryminalistom medialną krucjatę. Drapieżnik złapie się na ich haczyk, a oni obalą zło i zostaną bohaterami. Taki tryb pracy łatwo pozwala, aby wpaść w kompleks boga, co zresztą dzieje się w przypadku Hansena. Sam definiuje sobie dobro i zło, i to w bardzo skrajny sposób. Może i chce dobrze, gdyby tylko nie ta jego chęć przykrycia zdrady z młodszą partnerką inną sensacją… 

Dobro vs. Zło, a co z szarą strefą? 

Oglądając film Primetime ma się wrażenie, że twórcy lubią bawić się zamienianiem stronami dobra i zła. Chris Hansen jako wybawca dzieci Ameryki, przemienia się w medialnego potwora, goniącego za splamioną krwią sensacją. Producentka Andie to miła koleżanka z pracy, która w przypadku ataku paniki da ci tabletkę na uspokojenie, żebyś nie robił afery. Po pracy będzie myśleć o porzuceniu programu, po to tylko, by tę ofertę odrzucić, zwabiona materiałem, którego nikt jeszcze nie nakręcił. Pod koniec nawet drapieżnik zmienia strony.  

Wydaje się jakby w ten sposób twórcy chcieli głosić o słuszności szarej strefy. Demaskują fałsz telewizji, ukazują jednostkę. Może i jest to dobra sugestia postrzegania rzeczywistości – zwłaszcza w czasach internetowych nagonek i hejtu – jednak w kwestii pedofilii szara strefa nie ma szans sprawdzić się najlepiej.  

Choć w filmie ginie człowiek, co jest w pewnym stopniu efektem domina wywołanym przez głodną sensacji ekipę filmową, to jego samobójstwo wynika z jego decyzji, nie telewizji. Tym bardziej, że był to prokurator, osoba dobrze zaznajomiona z tym, co według prawa wypada robić, a co nie.  

fot. materiały prasowe M2 Fillms

Tylko Dan nie zmienia stron, tkwi w szarej strefie jako jedyny. Rozumie, że finałowa akcja „polowania na wieloryba” przyniesie złe skutki. Dostrzega jednostkę w kryminaliście i jest jego ostatnim rozmówcą, próbuje dodać mu otuchy w jego ostatnich chwilach.  

Propagowanie szarej strefy przez twórców widoczne jest w ostatniej scenie filmu, gdy widzimy, że Dan zostaje nagrodzony kartą SAG (Screen Actors Guild), która pozwoli mu zostać prawdziwym aktorem, tak jak marzył.  

Co się dzieje z Hansenem? Tego już nie wiemy. Po raz ostatni widzimy go oblanego łzami, mówiącego: „Co by było, gdyby mnie tu nie było?”. Jako widzowie nie mamy szans poznać jego prawdziwej strony, a narracja działa na jego niekorzyść, bo w końcu to showbiznes, dramat musi się klikać.  

Co może się podobać? 

W Primetime zdecydowanie zachwyca jakość wizualna. Na ekranie estetycznie dużo się dzieje, dostajemy mnóstwo ujęć różnego gatunku: z kamer cyfrowych, mocno ziarnisty obraz, nasycone kolory, przesycone światłem kadry. Twórcy bawią się kamerą, kreując niezwykły wizualny świat.

Światło wraz z efektami wizualnymi staje się oddzielnym bohaterem filmu – przenosi nas w czasie, do sytuacji, do wrażenia i emocji. Ma niezwykłą, hipnotyzującą siłę. Sprawiają, że seans mija niczym przysłowiowe pstryknięcie palcem. Nawet jeśli nie przekona Was fabuła, warto zapoznać się z kreacją estetyczną tego filmu, zwłaszcza jeśli dorastaliście w czasach popularności kamer cyfrowych.  

fot. materiały prasowe M2 Films

Dodatkowe wrażenie robią mocne zbliżenia na twarze bohaterów, tworzące poczucie klaustrofobii. Te bliskie ujęcia pozwalają nam na lepsze zgłębienie charakteru postaci oraz stanów, w jakich się znajdują. W przypadku Chrisa jest to jedyny sposób na przebicie się przez jego maskę.  

Fuzja tych ekstremalnych przybliżeń z muzyką Ariego Balouziana ma czasem dość komiczny wydźwięk, zwłaszcza jeśli dodamy do tego lekko przerysowane aktorstwo Pattisona. Zresztą sam film bardziej przypomina coś na rodzaj komedii z dramatycznymi wstawkami. Może to przez ten urok Pattinsona, oddanego członka pokolenia gen Z?  

Biegnij Robert, biegnij!  

2026 r. jest wyjątkowy – co nowa pora roku, to kolejne wcielenie Roberta Pattinson. Może w tę jesień, zamiast robić kolejny rewatch „Zmierzchu”, wpadniecie do kina, żeby zobaczyć jego nową twarz?