Sześciopak, laska i torba: realia podróżowania SKM-ką po Trójmieście
8 min przeczytania
Fot.: Magdalena Gębka-Scuffins
Cichy, wygodny i nowoczesny skład trójmiejskiej Szybkiej Kolei Miejskiej przemierza trasę w kierunku Gdańska Śródmieścia. Wnętrze nowiutkiej SKM-ki jest klimatyczne, jakby luksusowe. Sielankę stylowej podróży rozrywa nagły, głośny huk.
Zmęczona po całym dniu pracy, jednak pełna nadziei na wieczór rozrywki i oderwania od codziennych problemów, jadę do Polskiej Filharmonii Bałtyckiej. Spoglądam przez okno, choć o tej porze niewiele za nim widać – na zewnątrz jest ciemno. W pociągu jest jasno, przyjemnie i relaksująco.
Gdzieś w tle słychać ciche rozmowy pasażerów, podczas gdy większość podróżuje w skupieniu na ekranach smartfonów. Możliwe, że rozmyślają nad świeżo ogłoszoną informacją o pożegnaniu słonicy Wiki, która po dwudziestu latach samotności w oliwskim parku zoologicznym pakuje się w drogę do Francji.
Słyszę nagły hałas, ale nie jestem w stanie zrozumieć: skąd doszedł? Gdzie coś się wydarzyło, co właściwie się wydarzyło? Tego dowiem się później.

Po chwili słyszę stanowczy, damski głos:
– Proszę mnie wypuścić!
Podnoszę wzrok i widzę kilka rzędów przede mną ciemnowłosą, młodą dziewczynę, która próbuje wstać z siedzenia przy oknie. Blokuje ją sąsiad. To do niego się zwraca. Zerkam, kto tam siedzi. Widzę mężczyznę. Ma na sobie fioletową bluzę z kapturem w elektryczne wzory i ekstremalnie purpurową twarz. Nie reaguje.
– Proszę mnie natychmiast wypuścić! – powtarza dziewczyna, a w jej głosie tym razem wyczuwam mieszankę frustracji i zdenerwowania.
– Nie! A po co? – bełkocze mężczyzna. Zaczynam podejrzewać, że facet wypił o sześciopak piwa za dużo.
– Niech mnie Pan wypuści, ja chcę stąd wyjść! – powtarza dziewczyna jeszcze głośniej.
Pasażerowie wbijają wzrok w podłogi, odwracają głowy.
Siedzę vis-à-vis tej sceny, a w mojej głowie kłębią się myśli: Zrób coś! Powiedz coś! Rusz się! Moje ciało nie reaguje. Gardło odmawia posłuszeństwa.
Anatomia milczenia i mury obojętności
Zawsze uważałam się za osobę odważną i wyobrażałam sobie, że w sytuacji zagrożenia natychmiast zareaguję. W końcu brałam udział w kursach samoobrony, pierwszej pomocy. Przecież wiem co robić! A tu okazuje się, że kiedy znalazłam się w niebezpiecznej sytuacji, sparaliżował mnie strach. Z ust nie mogły wyjść żadne żelazne argumenty.
SKM-ka zaczyna zwalniać przed stacją. W głosie dziewczyny słyszę strach, panikę, ale też niesłychaną złość i pewność siebie. Kolejny raz każe mężczyźnie ją wypuścić. A ten – bełkocze coś niezrozumiale pod nosem i widać, że nie zamierza się ruszyć.
Rozglądam się ukradkiem po wagonie. Pasażerowie wbijają wzrok w podłogi, udają, że czytają telefony, odwracają głowy.
Laska i niespodziewana obrończyni
W tym niemym spektaklu społecznej bierności, gdzie każdy po cichu kalkuluje własne ryzyko, dzieje się coś, co łamie wszelkie schematy. Zza zagłówka pijanego mężczyzny wyłania się głowa drobnej kobiety, która stanowczo, wyraźnie i ze złością każe mu wypuścić dziewczynę.
Bez kalkulacji zysków i strat – mimo świadomości, że napastnik może skierować agresję przeciwko niej – stawia opór.
Odurzony procentami osobnik w fioletowej bluzie jest wyraźnie zaskoczony słowami kobiety trzymającej laskę w ręku. Wstaje i unosi rękę w geście lekceważenia. Ciemnowłosa dziewczyna błyskawicznie wykorzystuje moment i ucieka z pociągu, który właśnie zatrzymał się na stacji.
Uff, ulga. Niestety, tylko na ułamek sekundy. Pociąg rusza. A osobnik zaczyna rozumieć, co się właśnie wydarzyło i nie rezygnuje – wybucha wściekłością na słowa kobiety. Stoi, trzymając w ręku czarny plecak marki Kayton, a drugą ręką wymachuje pijacko w stronę bohaterki. Teraz widzę dużą szramę na jego czole – wygląda, jakby zaliczył poważny upadek dzień, lub dwa wcześniej.
– Ty *** nie mów mi co mam robić! – z ust pijanego pasażera padają wyzwiska.
– Cicho! Spokój! – kobieta odpowiada mu stanowczo i władczo.
Obserwuję tę sytuację z odległości kilku rzędów, a w mojej głowie przewijają się myśli z prędkością światła: Zrób coś! Postaw się mu! A co, jeśli on rzuci się z pięściami? Zadzwoń na 112! Nie, to za długo potrwa. Może użyć przycisku SOS? Ale żeby dotrzeć do interkomu i połączyć się z maszynistą, musiałabym przepchnąć się przez tego awanturnika…
Moje ciało sztywne, gardło zaciśnięte. Zdaję sobie sprawę, że reakcja na zagrożenie z poziomu wygodnej kanapy, nijak się ma do zderzenia z żywym, nieobliczalnym osobnikiem w zamkniętej przestrzeni trójmiejskiego pociągu. I nie, nie chodzi tu o jakąś szczególną znieczulicę czy moralny defekt – prawdopodobnie dokładnie ten sam paraliż dotknął wówczas większość wagonu.
To, co wtedy mnie zablokowało, neurobiologia nazywa reakcją zamrożenia (freeze). Jak tłumaczy Bessel van der Kolk w swojej książce „Strach ucieleśniony. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy”, kiedy ludzkie ciało migdałowate w mózgu rejestruje nagłą, bliską presję ze strony fizycznego drapieżnika, a ucieczka jest niemożliwa, układ nerwowy po prostu odcina ruch i mowę. To ewolucyjny odruch: zastygnąć w bezruchu, by nie ściągnąć na siebie uwagi agresora.
Z kolei eksperci od bezpieczeństwa, tacy jak Gavin de Becker w książce „Dar strachu”, dodają do tego błyskawiczną, intuicyjną kalkulację ryzyka. W ułamku sekundy w głowie pojawiają się myśli kalkulujące, co może się wydarzyć. Ten lęk przed niekontrolowaną eskalacją jest całkowicie racjonalny.
Tak, to ma sens. Właśnie tego – jak się okazuje – doświadczam. Inni prawdopodobnie także.
Chłopak z torbą
Nagle pojawia się on – młody chłopak, około dwudziestopięciolatek z torbą sportową zawieszoną przez ramię. Odważnie i głośno staje w obronie kobiety. Nakazuje mężczyźnie przestać się awanturować i opuścić skład. W tym samym momencie idzie w kierunku blokującego przejście mężczyzny – powoli, ale pewnie. Krok po kroku, osłaniając się torbą i spychając agresora w stronę drzwi. Pociąg właśnie dojeżdża do kolejnej stacji i zatrzymuje się. Chłopak wysiada – upewniając się, że zabiera ze sobą pijanego agresora.
Pasażerowie patrzą z wdzięcznością i gestami mu dziękują. Jednak, zanim pociąg ruszył w dalszą drogę, właściciel purpurowej twarzy ze szramą na czole zdążył do niego wskoczyć z powrotem. Chłopak próbuje jeszcze interweniować, lecz drzwi się zamykają, a chłopak zostaje na peronie patrząc na odjeżdżającą SKM-kę. Purpurowy spryciarz, dumny ze swojej zwinności i z pewnością siebie godną właściciela pociągu, przeszedł w głąb wagonu, zajął fotel i otworzył kolejne piwo, bełkocząc coś pod nosem.
System kontra ludzie
Nowoczesne zabezpieczenia – od przycisku SOS i interkomu po numery alarmowe Straży Ochrony Kolei (668 163 171) czy niezawodne 112 – w teorii dają nam poczucie pełnej kontroli. W praktyce jednak, gdy w pociągu wybucha agresja, cała ta technologia bywa bezużyteczna. Np. jeśli na drodze do czerwonego przycisku stoi rozjuszony osiłek z piwem w ręku. Jak podsumował to później jeden ze świadków: – Nie wiadomo, jak się w takiej sytuacji zachować. A z drugiej strony, gdybyśmy wszyscy stali i coś powiedzieli, może byłoby inaczej?

No właśnie – dlaczego z prawie pełnego wagonu zareagowały jedynie dwie osoby? Odpowiedź na to pytanie daje psychologia społeczna, a konkretnie prace profesora Roberta Cialdiniego nad mechanizmami uległości. Zjawisko, które sparaliżowało nasz wagon, to podręcznikowy splot dwóch pułapek ludzkiego umysłu: stanu niewiedzy wielu oraz społecznego dowodu słuszności.
Kiedy sytuacja staje się groźna i dwuznaczna, nasz wewnętrzny autopilot zamiast działać, każe nam ukradkowo zerkać na sąsiadów. Skoro wszyscy wokół udają, że z wielką fascynacją studiują tapetę w telefonie i zachowują kamienną twarz, nasz mózg wyciąga genialny w swojej głupocie wniosek: „Skoro nikt się nie przejmuje, to znaczy, że nie dzieje się nic złego”. Do tego dochodzi urocze złudzenie, jakim jest rozproszenie odpowiedzialności: „Przecież wokół siedzi trzydzieści osób, ktoś inny na pewno zadzwoni po pomoc”. Skutek? Odpowiedzialność kurczy się do zera, a w wagonie zapada cisza.
Na szczęście psychologia nie tylko celnie diagnozuje tę narodową apatię, ale daje też prostą instrukcję obsługi kryzysu. Cialdini w swoich analizach przypomina brutalną prawdę: gdy sami znajdziemy się w tarapatach i staniemy się ofiarą w tłumie, ogólne wołanie o pomoc („Pomocy! Niech ktoś coś zrobi!”) zazwyczaj kończy się fiaskiem, bo każdy czeka na ruch sąsiada.
Najskuteczniejszą metodą przełamania tego paraliżu jest wskazanie palcem konkretnej osoby. Wystarczy spojrzeć komuś prosto w oczy i rzucić precyzyjny rozkaz: „Pan w niebieskiej kurtce, proszę natychmiast wezwać policję!”. Ten jeden prosty trik błyskawicznie wyciąga człowieka ze stanu biernego gapiostwa i przypisuje mu stuprocentową, osobistą odpowiedzialność za działanie. Bo w zderzeniu z brutalną rzeczywistością okazuje się, że na ratunek ze strony bezimiennego tłumu nie ma co liczyć – czasem trzeba po prostu wskazać palcem tego, kto ma uratować sytuację.
Teatr Wybrzeże, sen i miejska rzeczywistość
Gdy pociąg wyhamował na stacji Gdańsk Główny, agresor zniknął w tłumie. Wysiadłam i ja – wraz z naszą bohaterką. Z poczuciem wstydu, ale i ogromną ciekawością podeszłam do niej:
– Dzień dobry. Jest mi bardzo głupio, że nie zareagowałam, że nie stanęłam w obronie tej dziewczyny. A jednocześnie jestem pełna podziwu dla pani! Skąd pani miała na to odwagę? – pytam.
– A bo wie pani, miałam taki dobry sen, ten pociąg też taki ładny, a on mnie obudził, gdy rzucił puszką piwa o podłogę! I mnie tym po prostu wkurzył! – mówi z uśmiechem, lecz nutą złości seniorka.
Rozmawiamy na peronie. Obie wysiadłyśmy w samym sercu Gdańska – dla nas obu ta stacja to dopiero prolog wieczoru. Okazuje się, że ta niezwykła kobieta z laską to 83-letnia Warszawianka – Małgorzata. Do Trójmiasta przyjechała celowo, a z Gdańska Głównego ma teraz idealny, krótki spacer prosto na wieczorny spektakl w Teatrze Wybrzeże, podczas gdy ja zmierzam w stronę Ołowianki – do filharmonii.

Profesjonalistka z pasją do mediów, marketingu i PR. Z sukcesem prowadzi kampanie i tworzy angażujący content.
