Mariusz Bonaszewski w roli nie-boskiego człowieka

zmierzch bogowMariusz Bonaszewski – jeden z najwybitniejszych aktorów polskiej sceny teatralnej, po raz kolejny potwierdza swój talent do estetycznej aranżacji słowa. 18 kwietnia 2014 roku ukazał się 14-sty tom kolekcji „Mistrzowie słowa 3”, gdzie artysta podejmuje się interpretacji książki „Żar” – Sándora Márai.

Prócz możliwości poddania analizie powstałego audiobook’a, będziemy mogli zobaczyć Mariusza Bonaszewskiego w nowym – siódmym już sezonie polskiego serialu „Czas Honoru”, do którego zdjęcia rozpoczną się 29 kwietnia 2014 roku.

Warto jednak pamiętać, iż Mariusz Bonaszewski jest przede wszystkim człowiekiem teatru, dlatego też w dalszej części pragnę skupić uwagę na jednej ze sztuk, w której odegrał kluczową rolę. Przeglądając listę archiwalnych spektakli, natknęłam się na tytuł, który mimowolnie przykuł moją uwagę. Choć polska prapremiera „Zmierzchu Bogów” miała miejsce 29 sierpnia 2009 roku, problem aktualności schodzi na dalszy plan, bowiem tematyka dzieła pozostaje ponadczasowa. Dokonując analizy postaci Friedricha Bruckmanna w spektaklu Teatru Wybrzeże mam nadzieję upewnić się, co do trafności wyboru, wikłając się w romans ze sztuką, której nie sposób już obejrzeć na deskach teatru.

„Człowiek jest oszalałym aniołem. Kiedyś wszyscy byli aniołami prawdziwymi i mieli wtedy wybór pomiędzy dobrem i złem, więc być aniołem było łatwo. A potem coś się stało. Coś się zepsuło, pękło, może zawiodło. I aniołowie stanęli przed koniecznością wyboru już nie dobra i zła, lecz tylko mniejszego zła; to wytrąciło ich z równowagi i każdy stał się człowiekiem” – Philip K. Dick

Grzegorz Wiśniewski decydując się na zaadoptowanie na scenę scenariusza jednego z najwybitniejszych filmów w historii kina – „Zmierzchu Bogów” (1969 rok) w reżyserii Luchino Viscontiego, podjął ogromne ryzyko niemożności wypowiedzenia niewypowiadalnego. Mimo to, spektakl jest dziełem odrębnym, uniwersalnym. Sztuka osnuta aurą mrocznej perwersyjności budzi w widzu skrajne emocje: nienawiść, smutek, przerażające poczucie bezsilności związane z mimowolnym utożsamianiem się z bohaterami. Opowiada historię upadku i jednoczesnych narodzin. Upadku zarówno wielkiego rodu von Essenbecków jak i wiary pokładanej w istotę człowieczeństwa. Narodzin zła drzemiącego wewnątrz, czekającego na chwilę słabości czy nieuwagi. Mariusz Bonaszewski, na co dzień aktor Teatru Narodowego w Warszawie, wcielił się tu w rolę Friedricha Bruckmanna  Postać, która jak zdawać by się mogło nie odgrywa istotnej roli – stwarzając pozory chronicznej nieobecności, poprzez analizę i odniesienie do całości okazuje się być jedną z najważniejszych. Friedrich Bruckmann to człowiek niedoskonały. Człowiek w niczym niepodobny do Boskiego ideału.

Już na wstępie dostrzegamy inspirację Szekspirowskim „Makbetem”. Trzech nazistów, wjeżdżających na prowizorycznie przygotowanym podjeździe, przepowiada tryumf, a tym samym klęskę Friedericha. Postać kierownika stalowni wywiedziona z pierwowzoru XVI-wiecznego dramatu również nie przezwycięża fatum. Zdominowany przez kochającą kobietę, która nieprzerwanie spiskuje przeciw rodzinie, snujący plany przekroczenia granic samego siebie, igrający z losem, w ostatecznym rozliczeniu ponosi klęskę. Słowa Aschenbacha (Mirosław Baka  – zapraszam do obszernego wywiadu z aktorem) doskonale oddają istotę jego charakteru – „Friedrich, sprawiasz wrażenie ambitnego, dobrze wykształconego, ale w towarzystwie stajesz się parweniuszem”. Na pierwszy rzut oka bohater jawi się wcale interesująco. Trzymający się na uboczu, pogrążony w zamyśleniu, zmagający się z niewiarą we własne możliwości, ulega obłudnemu przekonaniu, że czyny nie niosą za sobą żadnych konsekwencji. Naiwność związana z brakiem intelektualnego polotu nie czyni jednak z postaci Bruckmanna zwykłego hochsztaplera kierującego się ideologicznym – po trupach do celu.

To ktoś, kto świadomie eksperymentuje ze złem. Z odrażająco wręcz dziwną trzeźwością analizuje swoją fascynację władzą i płynące korzyści z jej osiągnięcia. Narastające żądze, wreszcie odkrycie, że jest się jedynie pozbawioną woli marionetką w rękach rodziny von Essenbecków oraz systemu nazistowskich Niemiec, rodzą frustrację, której upust może dać jedynie wyzbycie się kręgosłupa moralnego. Z pozoru prostacki Bruckmann o przeciętnej aparycji, ewidentnie odstający od żurnalowych wzorców niemieckiego rodu, okazuje się filozofem zbrodni. Zmanipulowany przez ukochaną, a także jej kuzyna – Aschenbacha, dopuszcza się grzechu, który ostatecznie doprowadzi rodzinę do upadku. Zwiedziony idylliczną wizją szczęścia na szczycie, mimo, że zabija „króla” – nie urzeczywistnia Bachtinowskiego świata na opak.

Postać Friedericha Bruckmanna jest niejednoznaczna. Zaistniała jako bohater ubezwłasnowolniony, bo podporządkowany uzależniającej Sophii, przestawiającej pionek w grze tak, by odczuwać jak największą satysfakcję z gry. Otumaniony zachęcającymi słowami Aschenbacka, twierdzącego, że w nazistowskich Niemczech wszystko jest możliwe, a co gorsza – dopuszczalne, pozwala sobie na unicestwienie ludzkich wyrzutów sumienia na rzecz nieprzezwyciężonej woli zwycięstwa. Z drugiej jednak strony, jest to człowiek wyrachowany, przesiąknięty nienawiścią. Eskalację gniewu obserwujemy, gdy Bruckmann proponuję Sophii pozbycie się jej własnego syna – Martina von Essenbecka (Piotr Domalewski) – „Ja nie mogę pozwolić żeby, żeby Martin odebrał mi wszystko. Ja mogę go zniszczyć, Sophii, Sophii”. Rola, którą Frederich stara się odegrać – króla samozwańca, wzbudza w innych bohaterach politowanie. Od początku traktują oni Brucmanna jako „niepasujący element”. Przypominają mu o jego pochodzeniu, nazwisku, które nie zezwala na prowadzenie fabryki ni na poślubienie ukochanej.

Największą zbrodnie popełnia jednak na samym sobie. “Zmierzch Bogów”, to opowieść o potędze manipulacyjnej systemu. Frederich wzbudza litość naiwną postawą. Przekonany o swojej wyższości mylnie twierdzi, że kieruje zachowaniem innych. Tym czasem, on sam ulega presji otoczenia. Odczuwa budzące się w nim żądze, odkrywa przyjemność płynącą z możliwości ich spełniania. Bruckmann  wpasowuje się w szekspirowski uniwersalizm i spełnia określony schemat: ma do czynienia z przepowiednią przyszłości, morderstwem, niegodziwą towarzyszką życia, próbą zepchnięcia winy na kogoś innego, chorobą psychiczną i śmiercią. Idealnie dostosowuje się do poczynań rodziny von Essenebeck, gdzie nad zdrowym rozsądkiem i zachowaniem motywowanym chęcią czynienia dobra górują emocje i nieokiełznane namiętności. Wraz ze swoją kochanką, jakby opętani snują własne wyobrażenie przyszłości, w ich oczach szkli się ekscytacja, fanatyzm. Wielokrotnie dochodzi pomiędzy bohaterami do aktu fizycznego zaspokojenia. Nie wiadomo jednak co bardziej ich podnieca. Własna seksualność, czy też wachlarz możliwości wpisanych w pojęcie „władcy”- Friedericha von Essenbecka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *