Ostatnia Prosta NBA: Konferencja Zachodnia

Zachód jest mocny!

Fot. https://www.instagram.com/p/CofNzRguqlX/ – autor: instagram.com/barbwiretape

Zachód NBA przypomina klimatem Mortal Kombat. Każdy jest głodny wygrywania, nawet ci, którym nie idzie zbyt dobrze. Nad Pacyfikiem rywalizacja trwa w najlepsze, a stawką jest pokazanie, kto tak naprawdę jest najlepszy. Prawie wszystkie zespoły mają tu w składach wielkie nazwiska. Te gwiazdy mają ogromne ambicje, by udowodnić swoją wyższość. Wciąż nie sposób przewidzieć, jak ułoży się tabela w tej konferencji, a przecież zostało niewiele ponad miesiąc do Playoffów!

Zapowiedzi przedsezonowe Dywizji:

Pacyficzna

Północno-Zachodnia

Południowo-Zachodnia

15. San Antonio Spurs (Bilans: 13-49)

Chociaż można było spodziewać się więcej po Spurs w kampanii 2023/2024, to trzeba przyznać, że nie są rozczarowaniem. Młoda, nieopierzona drużyna robiła wszystko, by przynajmniej stanowić wyzwanie dla silniejszych. W pewnych momentach było o nich głośno, szczególnie za sprawą Victora Wembanyamy. Francuz zalicza świetny debiutancki sezon i powoli staje się jasnym, że wygra statuetkę Rookie Of The Year. San Antonio znalazło świetnego następcę Tima Duncana. Albo kogoś jeszcze lepszego. Zachód NBA dawno nie widział takiego wybryku natury.

Ten sezon Ostróg mógł być znacznie lepszy, ale na drodze stanęły ograniczenia reszty graczy. Jeremy Sochan nie poradził sobie ostatecznie w roli rozgrywającego, a Keldon Johnson to druga opcja z co najwyżej średniej półki. W dodatku początkowo mieli wiele problemów ze znalezieniem wspólnego języka ze swoją gwiazdą. W rezultacie byli krytykowani za utrudnianie gry Victorowi. Mimo tego warto ich pochwalić, a szczególnie Polaka, który na nominalnej pozycji zaczyna brylować na boisku. Postseason osiągną już niedługo.

14. Portland Trail Blazers (Bilans: 17-44)

Mieli być słabi, więc są. Blazers wcale nie zależy na wygrywaniu, zatem zdobywają doświadczenie. Wszystko szłoby zgodnie z planem, gdyby nie fakt, że ich największa nadzieja – Scoot Henderson, zawodzi na całej linii. Teraz co prawda leczy kontuzję, ale przed przerwą i tak był zaledwie cieniem samego siebie. Jego średnie z tego sezonu to zaledwie 12,9 PPG i 4,7 APG. Jego ubiegłoroczne pojedynki z Victorem Wembanyamą w meczach pokazowych robiły wrażenie. Obecnie wydaje się, że wybranie go z 2. numerem w drafcie było błędem.

W obliczu kiepskiego sezonu debiutanta, ciężar prowadzenia Portland wziął na siebie Anfernee Simons. Do spółki z Jeramim Grantem i Malcolmem Brogdonem sprawiają, że po oddaniu Damiana Lillarda w Oregonie nie zgasło światło. Nie ma jednak przypadku w tak niskim miejscu w tabeli. Zachód jest pełen silnych drużyn, a trzymając w ogródku takie zwiędłe kwiatki, jak Deandre Ayton, trzeba się liczyć z tym, że inni wgniotą cię w ziemię. Niezależnie od wszystkich minusów, ich sytuacja jest dużo lepsza niż w przypadku Wizards czy Pistons, bo Blazers mają sporo talentu.

13. Memphis Grizzlies (Bilans: 22-41)

Jedynym momentem nadziei na uratowanie bieżącej kampanii Grizzlies był powrót Ja Moranta. Rozgrywający przez pół miesiąca ciągnął Memphis w górę, by doznać kontuzji i więcej nie wrócić. W tamtym okresie zaliczali bilans 6-3 i wydawało się, że wracają na dobre tory, ale to była tylko iluzja. Problemy zdrowotne mocno dały się we znaki Miśkom. W zeszłym sezonie byli na 2. miejscu w konferencji, a Morant chwalił się, że Zachód mu leży. Obecnie nikt nie marzy już nawet o Play-In. Los bywa przewrotny.

Z powodu urazów większą część rozgrywek stracili także Desmond Bane, Marcus Smart i Luke Kennard. Ani jednego meczu nie rozegrał też Brandon Clarke. Nic dziwnego, że Grizzlies szorują po dnie tabeli, skoro nie mieli nawet kiedy złapać rytmu. Coach Jenkins nie mógł załatać wszystkich dziur, jakie się pojawiły. Teraz w Memphis chcą już tylko doczekać do lata, by w spokoju przygotować się do następnego sezonu. Jeżeli kiepskie wyniki się powtórzą, czeka ich przebudowa.

12. Houston Rockets (Bilans: 27-25)

Do pewnego momentu wydawało się, że mogą wyrzucić z Play-In kogoś z pary Lakers/Warriors. Sprowadzenie Freda VanVleeta i Dillona Brooksa okazało się strzałem w dziesiątkę. Kiedy jednak przyszły kontuzje, Rockets nie mogli nic zrobić. Sam Alperen Sengun, choć bardzo się starał, nie był w stanie pociągnąć drużyny do wystarczającej ilości zwycięstw. Mimo tego, Houston nie ma się czego wstydzić. Pokazali przebłyski potencjału i w przyszłości mogą być solidnym zespołem.

Jeśli ktoś zasługuje na szczególne docenienie w największym mieście Teksasu, to Ime Udoka. Odchodził z Celtics w atmosferze skandalu po doprowadzeniu Bostonu do Finałów, ale Rockets dali mu szansę. Odpłacił się ciężką pracą i wprowadził trochę porządku do zespołu, który w ostatnich latach słynął z chaosu. Udało mu się odmienić postrzeganie Houston i to zaledwie na przestrzeni jednego sezonu. Z biegiem czasu może się okazać, że stworzy tu projekt obfitujący w sukcesy. Zachód powinien zacząć się obawiać.

11. Utah Jazz (Bilans: 28-35)

Patrząc na poczynania Jazz, można mieć silne poczucie déjà vu. Rok temu też weszli w sezon z przytupem i długo utrzymywali się na pozycjach dających Play-In. Wtedy, podobnie jak teraz, zabrakło im pary na finiszu i skończyli rozgrywki z niczym. To sytuacja o tyle dziwna, że zazwyczaj zespoły w przebudowie starają się zdobyć wysokie wybory w drafcie. Utah z kolei stawia na doraźne łatanie dziur. Danny’ego Ainge’a stać na więcej i można być pewnym, że latem GM spróbuje nieco zmienić sposób działania.

Dobrym określeniem na skład Jazz byłby termin “wyrzutki”. Trzon drużyny stanowią gracze odrzuceni przez inne zespoły. Najlepszy z nich jest oczywiście Lauri Markkanen, który prędzej czy później odejdzie walczyć o wyższe cele. Oprócz niego w Salt Lake City rezydują takie postacie jak Jordan Clarkson, Collin Sexton i John Collins. Za dobrzy na tankowanie, za słabi, by regularnie wygrywać. Zachód jest piekielnie mocny, więc Utah musi w końcu wejść w twardy reset. W NBA nie można wiecznie tkwić w rozkroku.

10. Los Angeles Lakers (Bilans: 34-30)

Lakers po tych rozgrywkach dostaną setki, jeśli nie tysiące pozwów o to, że nadwyrężają zdrowie psychiczne fanów. Idą przez bieżące rozgrywki niczym roller coaster. Raz wydaje się, że już za chwilę LeBron James powalczy o 5. tytuł, by po chwili Crypto.com Arena rozbrzmiewała głuchą ciszą. Król jest już na tyle wiekowy, że trudno mu udźwignąć samotnie ciężar odpowiedzialności za wyniki. Wiele wskazuje na to, że największym momentem chwały Jeziorowców w tej kampanii będzie świętowanie 40 000 punktów Jamesa.

W teorii powinni spokojnie podbijać Zachód i skończyć na pozycjach dających przewagę parkietu w Playoffach. W praktyce nie jest to takie łatwe. Anthony Davis, D’Angelo Russell i Austin Reaves zaliczają wahania formy, które nie pozwalają Lakers myśleć o sukcesach. Osobną historię pisze też Darvin Ham, dokonując wyborów taktycznych bez większego uzasadnienia w logice. Wszystko to składa się na 10. miejsce w tabeli i prawdopodobną batalię w Play-In. Jeśli ktoś mógłby robić profesurę z robienia sobie pod górkę, to właśnie drużyna z Miasta Aniołów.

9. Golden State Warriors (Bilans: 33-28)

Podobną sinusoidą raczą w bieżącej kampanii swoich kibiców Warriors. Kiedy już wydaje się, że wskakują na wyższe obroty i zaczną gromić wszystkich rywali, przychodzą takie klęski, jak ta z Bostonem. Porażka różnicą 52 punktów jest namacalnym dowodem na wyczerpanie mistrzowskiej formuły Steve’a Kerra. Wykonawcy woli trenera młodsi nie będą, za to z każdym tygodniem kreują coraz więcej problemów. Znamienna była informacja o tym, że po sezonie jedynym nietykalnym w zespole ma być Stephen Curry.

Co zadziwia, to kulejąca atmosfera wokół tak utytułowanego i zgranego dotąd zespołu. Draymond Green zdążył już złapać kilka zawieszeń za niesportowe zachowania, a Klay Thompson nosi się z zamiarem poszukania sporych pieniędzy w wolnej agenturze. Jeśli dodać do tego starzejącego się Chrisa Paula i zawodzącego Andrew Wigginsa, przestają zaskakiwać słabsze wyniki. W ostatnich tygodniach Warriors odbili się od dna, ale to może ich dużo kosztować. Zbliża się koniec tej wielkiej dynastii.

8. Dallas Mavericks (Bilans: 34-28)

Od początku było wiadomo, że nie utrzymają się na szczycie tabeli po fantastycznym starcie. Obniżyli loty, ale wciąż dzielnie trzymają dystans do czołówki. Luka Doncić zaciekle walczy o zmazanie plamy po fatalnej wtopie z zeszłego roku. Stracone Playoffy podziałały motywująco na Słoweńca. Prawie 35 punktów na mecz robi ogromne wrażenie i każe poważnie przyglądać się jego wyczynom podczas postseason. Oby nie przypłacił tego jakimś urazem.

Nieco w cieniu Doncicia pozostaje Kyrie Irving, ale to mu chyba nie przeszkadza. Wciąż potrafi czarować z piłką, a nierzadko zdarza mu się przejmować inicjatywę, gdy kolegom na boisku brak inspiracji. Największą bolączką Mavericks pozostaje niezmiennie obrona, aczkolwiek nie jest to nowość. Zachód to wymagający teren, więc większość match-upów będzie opierała się na umiejętnościach indywidualnych. Tegoroczne Playoffy mogą obfitować w rekordową ilość pojedynków 1 na 1, co będzie sprzyjało Dallas i ich gwiazdom.

7. Sacramento Kings (Bilans: 35-26)

To już drugi sezon z rzędu, gdzie Kings zachwycają wszystkich swoją grą. Drużyna Mike’a Browna znów awansuje do Playoffów, a pomimo tego, że zajmują obecnie 7. miejsce, trudno wyobrazić ich sobie w Play-In. Mają 6. najłatwiejszy terminarz na Zachodzie, więc powinni przesunąć się w górę o kilka pozycji, tym bardziej, że ich sąsiedzi z tabeli muszą liczyć się z trudniejszym rozkładem gier. Niezależnie od kalibru przeciwników, Sacramento zasługuje na kolejny udział w postseason. Po prostu grają atrakcyjny i skuteczny basket.

Wesołej ferajnie ze stolicy Californii przewodzi, zgodnie z oczekiwaniami, De’Aaron Fox. Jako jedyny z drużyny notuje ponad 20 punktów na mecz, pokazując, że pominięcie go przy wyborach do Meczu Gwiazd było błędem. Taką samą motywację ma zresztą Domantas Sabonis, który świetnie radzi sobie w podkoszowych starciach i nie straszne mu są wielkoludy pokroju Anthony’ego Davisa. Przy korzystnej drabince mogą namieszać w walce o najwyższe cele. Mike Brown stworzył potwora.

6. Phoenix Suns (Bilans: 36-26)

Nie może się zgrać trio liderów Phoenix. Kevin Durant, Devin Booker i Bradley Beal rozegrali wspólnie mniej niż 35% meczów w bieżącej kampanii. Zbyt często któryś z tej trójki pauzuje, by mogli się dotrzeć. Odbija się to na sytuacji Suns w tabeli. Marne 6. miejsce to wynik znacznie poniżej oczekiwań. Gdyby rozgrywki kończyły się teraz, ekipę z Arizony czekałoby starcie z Denver Nuggets. W dodatku nie byliby w nim faworytem. Na ich szczęście do rozstrzygnięć został jeszcze miesiąc.

Coach Vogel będzie musiał się nieźle natrudzić, by scalić układankę talentów w zespół, który przynajmniej postraszy Zachód. Same gwiazdy do tego nie wystarczą, ale od czego są Eric Gordon czy Jusuf Nurkić? W postseason rotacja będzie okrojona do 8-9 nazwisk, co choć trochę pozwoli ukryć dosyć wąską kadrę Suns. Kluczowy problem tkwi w utrzymaniu liderów we względnym zdrowiu. Jeśli to się uda, szansa na uniknięcie przedwczesnych wakacji wzrośnie drastycznie.

5. New Orleans Pelicans (Bilans: 37-25)

W Nowym Orleanie nie mogą skarżyć się na wąski skład. Aż 6 graczy notuje 11,5 punktów na mecz lub więcej. Prym w tej statystyce wiedzie oczywiście Zion Williamson (22 PPG), ale blisko niego są też CJ McCollum i Brandon Ingram. Czy są na poziomie contendera? Póki co wciąż brakuje im czegoś, co kazałoby na nich patrzeć w ten sposób. Mimo to będą bardzo niewygodnym przeciwnikiem w Playoffach. Mają swoje atuty w obronie i ataku, a z takimi zespołami zawsze trudno się gra.

Niewątpliwie najbardziej cieszy Pelicans dobry okres Ziona. Po niemrawym wejściu w sezon, skrzydłowy odzyskał pewność siebie, a ostatnio nawet powiedział, że w przypadku wyboru na All-Stara weźmie udział w Konkursie Wsadów. Ta drużyna potrzebowała stabilnej postaci w centrum zainteresowania. Dotychczas byli uważani za stado bez przywódcy. Williamson ma wszystko, by zostać gwiazdą największego kalibru, ale do tej pory zawodził. Tegoroczne Playoffy mogą być dla niego przełomem.

4. Los Angeles Clippers (Bilans: 40-21)

To byłaby piękna historia, gdyby ubodzy krewni Lakers uczcili ostatni sezon współdzielenia hali tytułem mistrzowskim. Z pewnością taki akcent byłby wymarzonym scenariuszem dla Steve’a Ballmera, który robi wszystko, by zbudować markę Clippers. Lata pompowania pieniędzy mogą zwrócić się już w tym postseason. Po transferze Jamesa Hardena stało się jasne, że to może być ten moment. Droga nie będzie łatwa, bo Zachód jak zawsze jest napakowany talentem, ale zawsze musi być ten pierwszy raz.

Każdy rywal Clippers musi liczyć się z tym, że nie pokryje wszystkich z czwórki: Harden, Russell Westbrook, Paul George i Kawhi Leonard. Wszyscy ci gracze są świetni z piłką i mogą wymieniać się odpowiedzialnością w zależności od potrzeby. Razem tworzą potężną hydrę i sprawiają masę problemów defensorom. Problemem będzie oczywiście zdrowie, bo do tej pory absencji spowodowanych kontuzjami było bardzo mało. Zdrowi z pewnością będą contenderem do tytułu.

3. Denver Nuggets (Bilans: 42-20)

Czy panujący mistrzowie zdążą z formą na Playoffy? Na razie zawsze, gdy się rozpędzają, coś ich hamuje. Drobne urazy, gorsza forma niektórych graczy, czy po prostu świetne spotkania w wykonaniu rywali. Na nieszczęście potencjalnych przeciwników, Playoffy rządzą się swoimi prawami. W serii do 4 zwycięstw mogą być nie do zatrzymania. Tym, co martwi Nuggets, nie jest Zachód, ale rosnąca potęga nad Atlantykiem, czyli Celtics. To w Bostonie upatrują największej przeszkody w powtórzeniu ubiegłorocznego wyczynu.

Nikola Jokić rozgrywa kolejny sezon na poziomie bliskim triple double i nikogo to nie dziwi. Serb przyzwyczaił do tego, że nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Nie można też zapomnieć o Jamalu Murrayu i Aaronie Gordonie. Obaj uzupełniają się ze swoim centrem, a szeroki garnitur graczy zadaniowych czyni z Denver niemal kompletną drużynę. W postseason bez większych problemów powinni dojść do Finału Konferencji. Potem będą decydowały detele. Niezależnie od wszystkiego, Nuggets będą mieli najlepszego zawodnika po swojej stronie w jakiejkolwiek serii. To ważny atut w kontekście ich szans na mistrzostwo.

2. Minnesota Timberwolves (Bilans: 43-19)

Druga najlepsza obrona ligi od początku sezonu zaskakuje wszystkich. Minnesota wreszcie choć trochę rozgrzała się koszykówką. Tak dużych szans na zdobycie tytułu NBA nie było w tym mieście od czasów Kevina Garnetta, czyli od przeszło 2 dekad! Jak się okazuje, wystarczyło wypracowanie schematów i odpowiedni podział ról na boisku. Chris Finch może się pochwalić, że to pod jego wodzą Timberwolves przeszli drogę od pośmiewiska do pretendenta. Ta drużyna wbija w parkiet kolejnych rywali. Zdominowali Zachód intensywnością.

Przez lata niepowodzeń stało się jasnym, że Karl-Anthony Towns to nie materiał na lidera. Wybór w drafcie Anthony’ego Edwardsa ściągnął presję z barków skrzydłowego i to młodzianin firmuje swoją twarzą ten projekt. Jego determinacja i pewność siebie wpływają na pozostałych. Nawet łagodny Rudy Gobert wygląda, jakby był wyciągnięty żywcem z lat 90! Co najważniejsze, na Minnesotę patrzy się z przyjemnością. Ich nastawienie na parkiecie może być głównym czynnikiem ewentualnego sukcesu w postseason.

1. Oklahoma City Thunder (Bilans: 43-19)

Trudno powiedzieć, jak dosżło do tego, że tak młoda drużyna lideruje swojej konferencji na miesiąc przed Playoffami. Jeszcze wczoraj oddawali Russella Westbrooka, zaczynając przebudowę, a teraz przymierzają się do walki o tytuł. Mówimy o zespole z 2. najniższą średnią wieku w całej NBA! Najstarszym z liderów Thunder pozostaje Shai Gilgeous-Alexander, a przecież on ma na karku ledwie 25 lat. Oklahoma od zawsze stawiała na mądre zarządzanie i teraz zbiera tego słodkie owoce.

Shai to największy, ale nie jedyny z diamentów tego zespołu. Znakomity debiutancki sezon rozgrywa Chet Holmgren, coraz lepiej radzi sobie z piłką Josh Giddey, a Jalen Williams i Lu Dort potrafią się pokazać po obu stronach parkietu. Wszechstronność OKC to ich wielki atut i powinni zrobić z niego spory użytek w postseason. Doświadczenie, a raczej jego brak, może stanowić ich problem. Zachód jest pełen starych wyjadaczy, którzy nie przegapią okazji, by pokazać młodzieży miejsce w szeregu. Nie wolno jednak skreślać Thunder. Wykorzystają każdy moment słabości i lekceważenia. Byłoby zabawnie, gdyby to oni usadzili weteranów, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sześć + szesnaście =