Gdyby „Miłość w Zakopanem” była filmem – recenzja „Poskromienie Złośnicy”

fot. materiały dystrybutora

Zamiast skupiać się w scenariuszu na poskramianiu kobiet, powinno się poskramiać dystrybutorów przed wypuszczaniem na rynek takich produkcji, bo nikt nie prosił, ani nikt nie potrzebował.

„Poskromienie Złośnicy” to nowość na platformie streamingowej Netflix, która swoją premierę miała 13 kwietnia. Kategoria: polska komedia romantyczna i niestety, ale to mówi już wszystko, czego możemy się spodziewać – mieszanka utartych schematów i stereotypów z kiczem w roli głównej oraz pięknym, Bogu ducha winnym Zakopanem w tle tego nieszczęścia.

DRAMAT, DRAMAT W ZAKOPANEM…

Na początku, niczym z sitcomu lat 90., przedstawia się nam Nowy Jork, a w nim Kasię – naukowczynię, podjeżdżającą taksówką do laboratorium, w którym pracuje wraz ze swoim partnerem. Chce mu zrobić niespodziankę. Jednak gdy zjawia się na miejscu, sama niespodzianie zastaje go w jednoznacznej sytuacji z inną kobietą. Wściekła ciska w partnera szklanymi próbówkami niczym w tarczę lotkami. Na szczęście jakieś trzy minuty wcześniej ochrona wezwała policję i ta idealnie, w chwili kiedy pomysł na tę część fabuły się skończył, przyjechała na miejsce, skuła tytułową złośnicę kajdankami i wyprowadziła z budynku.

Zrozpaczona kobieta wraca ze Stanów do Polski, a konkretniej do „gorszego od piekła” Zakopanego, w najmniej odpowiednim, dla jej brata Jędrusia, momencie. On chciał ubić, jak mu się zdaje, niezły interes na sprzedaży działki. Jednak problem w tym, że Kasia jest jej współwłaścicielem. A ona nie chce i nie zgadza się na jej sprzedaż. Do przekonania jej i zmiany zdania Jędruś zatrudnia kandydata, który tak jak bogaty dziedzic Petruchio z Szekspirowskiego pierwowzoru, zdobędzie serce jego siostry i tym samym poskromi ją i jej stanowczy sprzeciw wobec pozbycia się gruntu. Tym zaklinaczem na zlecenie zostaje Patryk – syn warszawskiej bizneswoman, która chcę tę działkę kupić.

 

 

TATRZAŃSKA LAWINA STEREOTYPÓW

W tym filmie wyszło tyle, co nic. Fabuła zawiła niczym pasma górskie ciągnie za sobą masę pytań, na które wraz z kolejnymi minutami filmu widz wcale nie otrzymuje odpowiedzi. Za te scenariuszowe pętle odpowiada duet: Hanna Węsierska i Wojciech Saramowicz.  To oni sprawiają, że po raz kolejny już w historii kinematografii wygrywa stereotyp kobiety, która bez mężczyzny u boku może być tylko zimnym, wydzierającym się na wszystko i wszystkich pogromem. Której jednak powoli uginają się kolana od tych jakże czułych, końskich zalotów, ze strony Patryka. Zaczynając od sztampowych tekstów, jak ze strony onanapewnonatopoleci.pl. Poprzez skrzętne napinanie wszystkich możliwych mięśni w ciele (oczywiście bez koszulki). Na rąbaniu drewna, łataniu dachu i wymianie kranu w kuchni, bo to przecież męska robota, kończąc.

Stereotypowo poprowadzono nie tylko wątek romantyczny. Bo to, co góralskie w tym filmie, kończy się na robieniu bimbru, przebieraniu się za misia z Krupówek i rzucaniu na prawo i lewo „krucafiksami”. Gwara czasami wychodzi lepiej, a czasami wcale. Elżbieta Starkoś w roli ciężarnej góralki Jagody brzmi najbardziej autentycznie ze wszystkich. A to pewnie dlatego, że sama z gór pochodzi. Gdyby większość zakopiańskich bohaterów dobierano na tej podstawie może chociaż to, sprawiłoby, że seans nie byłby dwugodzinnym lawirowaniem po schematach ujętych niczym kabaretowe skecze.

Nie tylko w fabule rozgrywa się dramat. Muzyka w tym filmie jest jedną, wielką, niekompatybilną z obrazem pomyłką. Przez co, niezależnie jak bardzo by się chciało, nie da się brać tej produkcji na poważnie. Utwory sprawiają, że raz robi się mrocznie jak w scenach Hitchcoka albo poważnie niczym u Bonda, a w innych, jak w kolejnym odcinku koziołka Matołka i nie wiadomo już czego się spodziewać. Czy ktoś tu zaraz kogoś zamorduje, czy może pogalopuje dalej w poszukiwaniu Pacanowa? Muzyczną deską ratunku są momenty prawdziwych pieśni góralskich, które w połączeniu z malowniczymi, górskimi krajobrazami mogłyby same stworzyć osobny film i nikt by na tym nie stracił.

CZEGO SCENARIUSZ NIE MA, TEGO AKTOR NIE DOGRA

Do sztampowej i jednoszablonowej fabuły idealnie pasuje większość obsady na czele z głównymi bohaterami. Magdalena Lamparska w roli Kasi jest mało przekonująca. Widać, że Lamparska próbuje jak może, ale z tak napisanej postaci trudno wycisnąć wiele. Nie można się z nią utożsamić, bo jej działania nie mają określonej stałej. Zmieniają się jak w kalejdoskopie, a dla widza, przez braki fabularne, są one zupełnie niezrozumiałe. Patryk grany przez Mikołaja Roznerskiego ma w tym filmie jedną twarz. Równie niezrozumiałą. Ale za to bardziej drażniącą, bo to ona ciągnie szablonowość, na której zbudowana jest cała produkcja. Nieogarnięty życiowo mężczyzna z wybujałym ego, który podejmuje wyzwanie oswojenia „złośliwej”, bo nieśliniącej się do niego i jego motocyklu od początku, głównej bohaterki. Jego postać dużo się w scenach uśmiecha i na tych uśmiechach powinna poprzestać, bo jak już się odezwie, to nawet malownicze tło nie jest w stanie odciągnąć uwagi od głupoty, którą w tę postać wpisano. Asesorem i Rejentem „Poskromienia Złośnicy” są rodowici górale przedsiębiorcy, czyli Jędruś i Wacuś (Piotr Cywrus i Tomasz Sapczyk). Ich ciągłe sprzeczki i kłótnie, które łagodzi związek syna jednego z córką drugiego, miały dystansować i rozbawiać, ale na nieszczęście tylko dopasowują się do standardu prezentowanego widzowi na ekranie. I tutaj nawet Sławomir narzekający na muzykę discopolo czy pojawiający się na kilka nic niewnoszących sekund Adam Małysz nie pomogą.

„Poskromienie Złośnicy” to kolejna, nowoczesna adaptacja Szekspirowskiej tragikomedii. Ja bym odjęła komedii i rzeczywiście, wtedy opisujemy, czym ten film jest. Ta produkcja to gra schematów w berka. Stereotyp goni stereotyp, kozioł głównego bohatera, a widz kolejne wątki, by i tak nie otrzymać żadnego sensownego końca. A szkoda. Bo ta polska produkcja stworzona przez studio Orient-film przy współpracy z Netflixem mogła być ciekawą historią. Promującą przy tym piękny, południowy region, który z lepszym pomysłem na fabułę, mógłby nie być jedynym powodem do dumy, na międzynarodowej platformie. Najwidoczniej jednak nie wszystko, co rzeczywiście złe, da się poskromić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *