Wszyscy mają motyw

The_KillingZdarła paznokcie do krwi, próbując wydostać się z bagażnika tonącego samochodu. Tragiczna śmierć – zwłaszcza dla dziewczyny, która parę godzin wcześniej marzyła o złapaniu oddechu gdzieś w Kalifornii. Rosie Larsen była zwykłą siedemnastolatką z przedmieść Seattle. Kto i dlaczego ją zamordował? Nawet jeśli się domyślacie – jesteście najpewniej w błędzie.

„The Killing” („Dochodzenie”) to kolejny serial kryminalny, którego motorem napędowym są dwa pytania: „kto?” i „dlaczego?”. Mamy dwoje nieustępliwych policjantów – żółtodzioba i starą wygę – ich przełożonego, który jest wrzodem na dupie, oraz sprawę, w której zacierające się z każdym dniem poszlaki zastępują inne, nowe. Swoje trzy grosze do śmierci niewinnej dziewczyny dorzucają nie tylko ukrywane problemy rodzinne, ale także mafia, a nawet lokalni politycy. Grunt pod intrygę stworzono więc we wzorowy, ale sztampowy sposób. Co w takim razie sprawia, że warto obejrzeć „The Killing”, a nie któryś z setek innych crime drama? To, że poznawana przez widza historia płynie dokładnie w poprzek fabularnych kolein.

Na korzyść serialu wyprodukowanego przez telewizję AMC przemawia z pewnością jego skandynawski rodowód. Pierwowzorem amerykańskiego „The Killing” był duński „Forbrydelsen” (w wolnym tłumaczeniu – zbrodnia), którego scenariusz wyszedł spod ręki pisarza Sørena Sveistrupa. Trup nie tylko na pierwszej stronie, ale nawet w nazwisku, musiał zagwarantować dobrą historię. Ekipa zatrudniona przez AMC (a wśród reżyserów kolejnych odcinków przewinęła się m.in. Agnieszka Holland) na swoje potrzeby zaadaptowała tylko kluczowe postacie i niektóre wątki. Tym sposobem powstała mieszanka skandynawskiego pesymizmu społecznego i żywej, amerykańskiej (ale niezbyt hollywoodzkiej) narracji. W „The Killing” mamy zarówno szkielety wychodzące z szaf szanowanych obywateli, tak charakterystyczne dla pisarzy z mroźnej północy, jak i dynamiczny montaż oraz wyrazistych bohaterów.

Parę głównych skrzypiec grają detektywi Sarah Linden (Mireille Enos) oraz Stephen Holder (Joel Kinnaman). Ona – lada dzień opuszczająca wraz synem tonące w strugach deszczu Seattle, żeby zacząć nowe życie w innym mieście. On – mocny w gębie wychowanek ulicy, przeniesiony z narkotykowego do wydziału zabójstw. Ona – obsesyjnie skupiona na sprawie, zawsze z zaciętą miną, równie nieodłączną jak jeden z jej grubych, szaroburych swetrów. On – wyluzowany, ze szlugiem w ręku, kapturem na głowie i dobrocią skrywaną w sercu. Razem wzięci stanowią definicję szorstkiej przyjaźni. Oraz jedną z głównych podpór serialu. To nie „CSI” – tu nie ma miejsca na sztucznych krawaciarzy w aviatorach firmy Ray Ban. Zamiast słonecznego Miami czy Las Vegas jest słota Seattle. Zamiast numerów rejestracyjnych odczytanych w laboratorium z odbicia widocznego na zdjęciu śrubki – brudna robota w terenie.

Największy szacunek należy się jednak scenarzystom. Równolegle z rozwojem śledztwa poznajemy rodzinę Larsenów, starającą uporać się ze śmiercią Rosie, oraz przebieg kampanii wyborczej Darrena Richmonda (Billy Campbell). Czy to kandydat na stanowisko burmistrza zamordował siedemnastolatkę? „The Killing” potrafi potraktować widza wraz z jego kolejnymi przypuszczeniami jak para chińskich pingpongistów piłeczkę. Przez dwa sezony twórcy z wyczuciem wyciągają kolejne fakty z życiorysów postaci drugoplanowych. W rezultacie są zawsze o trzy kroki przed widzem. Ten, nawet jeśli wyczuwa, że zabójcą jest ktoś inny, musi przyznać, że poszlaki rzeczywiście się zgadzają. Odruchowo zaczyna więc szukać motywu. I nagle okazuje się, że wiele zwyczajnych osób z sąsiedztwa, nie mówiąc już o tych z pierwszych stron gazet, ma coś do ukrycia. Jakiś motyw, który nie powstrzymałby ich przed posłaniem niewinnej dziewczyny na dno jeziora.

Gdyby miesiąc wcześniej ktoś powiedziałby mi, że wciągnie mnie serial kryminalny z rudą, wiecznie skwaszoną policjantką w roli głównej i pejzażami bardziej dżdżystymi niż to, co widać ostatnio za oknem, kazałbym mu – jak Holder – zmienić dilera. Tymczasem tę ponurą produkcję AMC, nad którą krąży bardzo dyskretnie duch kultowego „Twin Peaks”, naprawdę można polubić. Nawet pomimo zakończenia z jedną bzdurą podyktowaną budowaniem dramatyzmu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *