A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei

211533_kamienie-na-szaniec_p01_891„Kamienie na szaniec” to jedna z tych szkolnych lektur, które wspomina się nadzwyczaj miło. Historia Zośki, Rudego i Alka to bez wątpienia materiał na świetny film. I taki powstał: „Akcja po arsenałem” z 1977 r. To jednak zamierzchłe czasy. Po 37 latach za sprawą Roberta Glińskiego, legendarni już bohaterowie powracają w kolejnej ekranizacji.

Początek filmu ma miejsce w połowie historii opowiedzianej przez Aleksandra Kamińskiego w książce. Rudy (Tomasz Ziętek) i Zośka (Marcel Sabat) są już dość doświadczonymi sabotażystami, sprawnie zakłócają seanse kinowe, zrywają flagi i potrafią się bronić. To jednak dla nich za mało. Chcą być pełnoprawnymi żołnierzami. Pomaga im w tym Orsza, naczelnik Szarych Szeregów. Zapoznaje chłopców z majorem Janem Kiwerskim (Andrzej Chyra). Szkolenie oraz dalsze działania idą dobrze, do czasu aresztowania Rudego

Ale chwila, gdzie w tym wszystkim zawieruszył się Alek? Otóż, trzeci ze znanych bohaterów, grany przez Kamila Szeptyckiego, również się pojawia. Niestety, jest tylko drugoplanową postacią. W ogóle trzeba wspomnieć o tym, że reżyser przedstawia nam tutaj swoją wersję tej historii. To nie jest wierna ekranizacja, tylko film oparty na książce.

Zepchnięcie postaci na dalszy plan to jedno, druga sprawa, że posunięto się o krok dalej. U Kamińskiego, młodzi harcerze są niemal jak greccy herosi: bohaterscy, szlachetni, zorganizowani, gotowi stanąć naprzeciw wszelkim trudnościom. U Glińskiego z kolei, nabierają też ludzkich cech. Działają pod wpływem emocji, czasami chaotycznie. Zyskują w ten sposób na wiarygodności, ale zapewne nie każdemu się ta wizja spodoba.

Nie patyczkowano się z brutalnością. Egzekucje, tortury i krew są pokazane wprost. Nie ma niedomówień, sugestii. Czasami można wręcz poczuć ból osób krzywdzonych na ekranie. Jednak należy pamiętać, że wydarzenia na warszawskich ulicach i m.in. w areszcie na Szucha, tak właśnie wyglądały.

Za grę aktorską, kilku odtwórcom należy się wyróżnienie. Marcel Sabat i Tomasz Ziętek w rolach głównych spisali się bardzo dobrze. Można mieć jedynie zastrzeżenia do ich wyglądu, bo Zośka opisywany był jako bardziej kobiecy, a Rudy… no cóż, nie jest rudy, ale szybko się o tym zapomina. Nie wypada nie wspomnieć o głównym antagoniście. Wolfgang Boos, grający Rottenführera Ewalda Lange powoduje wręcz ciarki na plecach. Jeśli chodzi o najlepsze role nazistowskich zbrodniarzy, może stanąć w jednym szeregu z Hansem Landą z „Bękartów Wojny” i Amonem Goethem z „Listy Schindlera”. Reszta postaci jest tłem.

Muzyka w wykonaniu krakowskiego kompozytora Łukasza Targosza jest wybrana doskonale i dosyć odważnie.  Raz są to spokojne, wzruszające dźwięki, których można się spodziewać w polskiej produkcji, następnie ostre i bojowe gitarowe riffy. Końcowa piosenka „4:30” w wykonaniu Dawida Podsiadło jest bardzo dobrym podsumowaniem seansu.

Trzeba przyznać, że Robert Gliński trochę zaszalał. Unowocześnił i zmodyfikował historię dzielnych harcerzy. Na pewno nie uniknie krytyki ze strony niektórych środowisk: że akcji za dużo, że po co wątki miłosne, że za mało bohaterstwa, a za dużo emocji itp. Jednak film swoją rolę spełnia. Nie został nakręcony żeby zostać substytutem lektury. Ma zainteresować (szczególnie młodzież) losami legendarnych, aczkolwiek lekko przykurzonych bohaterów. Szczerze polecam go i fanom książki i tym, którzy jeszcze się z nią nie zapoznali. Jednak ci drudzy przed seansem: do biblioteki! Odmaszerować!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *