Aktorki z koronki – wywiad z Izabelą Pawletko z Teatru Muzycznego w Gdyni

fot. Krzysztof Bogucki

MIEĆ SPADOCHRON


Nie boi się zmian i ostrego cięcia.
W szczególności, jeśli dotyczy to jej fryzury. Polskie Escape Room’y nie mają przed nią tajemnic. Może stać się kobietą wamp. Może też przybrać oblicze nastolatki ze złamanym sercem. Kobieta pracująca. Żadnej pracy się nie boi. Amatorka mocnych wrażeń, obdarzona dziewczęcym, aksamitnym sopranem i ciętym, śląskim językiem.

Izabela Pawletko.

Aktorka Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni w wywiadzie o życiu
i pracy w czasach zarazy.

 

 

Zmęczona po pracy?

Tak, weekendy zazwyczaj dają bardziej w kość niż reszta tygodnia. Pewnie jest to spowodowane krótszymi godzinami otwarcia, czy też większą ilością meczów, lepszą ofertą, kursami… W sumie to nie wiem, bo nie do końca się na tym znam…

Byłaś ostatnio świadkiem jakiejś dużej wygranej?

Nie mogę się posługiwać konkretnymi kwotami, ponieważ to tajemnica, ale owszem. Są ludzie, którzy znają się na rzeczy. Wiedzą, na co stawiają, czasem spekulują i ostatecznie wygrywają.

Umiesz już sama obstawiać?

Nie i raczej nie chcę. Rozmawiałam kiedyś z klientem, który robi to od lat, i mówił mi, że dla niego to jest najlepsza
i najpewniejsza inwestycja, bo żadna lokata, czy obligacje nie dadzą takiego procentu, jak postawione 200 złotych
i wygrane 320 złotych. Kiedy widzę, że ktoś przychodzi po wygraną to oczywiście, że pojawia się pokusa, żeby samemu spróbować, ale przy moich zarobkach to gra niewarta świeczki… Prawdopodobieństwo utraty pieniędzy jest zbyt wielkie.

Kiedy planowałem wywiad z Tobą, chciałem zacząć od tego, że Muzyczny w Gdyni ponownie odwołał spektakle ze względu na choroby i kwarantanny aktorów z zespołu. Było to jeszcze przed wielkim zamknięciem instytucji kultury. W tym momencie wszystkie teatry nie grają i nie zagrają, aż do końca listopada.

Skłamałbym, mówiąc, że się tego nie spodziewałam, przecież już od wiosny mówiło się o tzw. drugiej fali. Kiedy teatr wrócił do grania,  nie mieliśmy czasu na rozgrzewanie się, rozśpiewywanie, przygotowanie mentalne do powrotu na scenę po tych wielu miesiącach uśpienia i zastoju. To był od razu skok na głęboką wodę! Tak, jak najbardziej lubię!
W szczególności w moim przypadku, ponieważ okazało się, że nagle mam trzy razy więcej pracy i nowych wyzwań, niż zakładałam, ale z tyłu głowy wciąż była myśl, że jak nagle się to zaczęło, tak nagle może się skończyć.

Jesteś osobą, która zdecydowanie woli działać, niż załamywać ręce i użalać się nad sobą.

Już przy pierwszym zamknięciu nie wyobrażałam sobie, by czekać na mannę z nieba. Produktywnie wykorzystałam ten czas. Dokończyłam pracę magisterską i zaczęłam szukać pracy poza zawodem. Na dłuższą metę siedząc w domu, z kotem czy bez niego, zwariowałabym, więc tutaj rozchodziło się nie tylko o mój portfel, ale o moje zdrowie psychiczne.

fot. Krzysztof Bogucki

Ty i tak masz to szczęście, że znajdujesz się w uprzywilejowanej grupie artystów, którzy pracują na etacie.

Doceniam to teraz bardziej niż kiedykolwiek. Nie muszę się martwić o stały dochód każdego miesiąca. Natomiast praca w zakładach bukmacherskich jest dla mnie zbawienna w tym momencie, ponieważ najniższa krajowa, to niekiedy za mało.

Spora liczba Twoich koleżanek i kolegów po fachu nie ma tego komfortu. Nawet w postaci najniższej krajowej. W świetle tegorocznych wydarzeń jest to sytuacja nie do pozazdroszczenia.

Jest mi oczywiście przykro i nie zgadzam się z tym, jak ludzie kultury są traktowani w ostatnich miesiącach. Czujemy się zbędni, gorsi, pominięci. Może byłabym jeszcze bardziej zawzięta w tym temacie, gdyby nie fakt, że nieraz słyszałam o sytuacjach, kiedy komuś zaproponowano etat, a ta osoba go nie przyjmowała. Jeżeli z jakiegoś powodu rezygnuje się z poczucia bezpieczeństwa, to trzeba liczyć się z zagrożeniami.

Decydując się na tak niepewny zawód, jak aktorstwo, trzeba wziąć pod uwagę to, że kariera nie zawsze stanie otworem.

Kiedy byłam nastolatką i marzyłam, żeby zostać wokalistką, aktorką, to mama mnie pytała, czy będę miała z tego zawodu chleb. Z uporem odpowiadałam, że zrobię wszystko, żeby tak właśnie było, a wtedy słyszałam: „Zrób coś, żebyś w razie czego miała spadochron”. Ukończyłam więc technikum ekonomiczne i spytałam się mamy, czy teraz mogę robić swoje. Sama bardzo szybko poczułam, że kobietom jest trudniej w aktorskim świecie i nigdy się nie wie, kiedy przyjdzie moment, że trzeba będzie ze sceny zejść niepokonanym, jak śpiewał zespół Perfect. W trakcie nauki w Studium pojawiła się opcja zrobienia licencjatu z Zarządzania Instytucjami Artystycznymi na UG. Grzechem byłoby nie skorzystać z szansy zrobienia studiów za darmo w jeden dzień w tygodniu. Licencjat to jednak nie jest zbyt wiele jak na dzisiejsze realia, więc pojawiła się też magisterka.

Zdecydowałaś się na kierunek kompletnie oderwany od tego, co robisz na co dzień.

Oderwany, ale zgodny z moimi zainteresowaniami, może nawet pasją. Powrócę tutaj do czasów dzieciństwa, kiedy zawsze stawałam przed wyborem albo pójdę tańczyć, albo się bić. Chciałam robić jedno i drugie. Taniec wygrał, ale ta waleczność we mnie została. Stąd kierunek Bezpieczeństwo Wewnętrzne na WSAiB w Gdyni. W tym momencie posiadam tytuł magistra i nie wyobrażam sobie, jak to jest nie mieć planu B.

Myślisz poważnie o wdrażaniu w życie planu B?

W obecnych czasach muszę. Najlepszy czas w zawodzie aktorki mam właśnie teraz. Jestem młoda, sprawna, nie mam rodziny, dzieci, mogę się oddać i poświęcić roli w całości. Tymczasem siedzę w domu lub w punkcie zakładów bukmacherskich. Ta sytuacja jest frustrująca, ponieważ kompletnie nie jest zależna ode mnie.

Aktorstwo to zawód, w którym co chwilę trzeba o coś walczyć, udowadniać, że jest się w stanie zrobić coś dobrze, lepiej, najlepiej. Każdy casting, każdy spektakl to walka, która po jakimś czasie może pewnie zmęczyć… Nie jesteś chyba jeszcze na tym etapie.

Liczyłam się z tym, że to będzie wieczna walka. Mimo że nie uważam się jeszcze za osobę, która przekroczyła jakiś magiczny próg dyskwalifikujący mnie z pewnych rzeczy w tym zawodzie, to dostrzegam rosnącą konkurencję. Ja bardzo lubię walczyć, ale tylko jeśli wiem, że szanse na wygraną są rozłożone po równo. Niestety nierzadko czuje się, że już na starcie wynik jest przesądzony.

Dwadzieścia pięć procent zajętych miejsc na widowni, która zawsze była wypełniona po brzegi… Ten widok pewnie wywołuje emocje.

Kiedy przed spektaklami w październiku widziałam, ile osób siedzi na widowni, to czułam pustkę. Natomiast w momencie, kiedy jest się na scenie, to staje się nieistotne, dla ilu procent widzów grasz. Ważne, żeby samemu grać na sto procent. Były takie spektakle, kiedy ta jedna czwarta widowni dawała odzew jak stuprocentowa. Miało się wrażenie, jakby to widzowie czuli presję i robili wszystko, abyśmy my poczuli się komfortowo.

Teraz chyba bardziej niż kiedykolwiek doceniało się to, że widzowie wciąż pragnęli przychodzić do teatru, że nie bali się przyjść.

Nie mieli czego. W tej chwili powinniśmy się bać praktycznie wszystkiego: klamki w sklepie, poręczy w trolejbusie. W teatrze na dzień dobry trzeba zdezynfekować dłonie, nosić maseczkę, cztery fotele między widzami pozostają puste, w łazienkach wszystko działa automatycznie.

Tak jak już wspomniałaś, po długim zastoju wpadłaś w wir pracy. Zaczęło się od rejestracji wideo „Piotrusia Pana” w reżyserii Janusza Józefowicza.

„Piotruś Pan” to była dla mnie nowość. Nie grałam w nim wcześniej, a musiałam zastąpić koleżankę, więc praca nad nagraniami „Piotrusia…” trwała dla mnie dłużej o tydzień tzw. douczenia.

„Wiedźmin” TM Gdynia, fot. Przemysław Burda

Po tym douczeniu od razu zaczęło się następne. Tym razem do „Hairspraya”, w którym również premierowo nie grałaś.

To była bardzo spontaniczna akcja i do samego końca nie miałam pewności, że wejdę do spektaklu. Douczałam się na zapas, bo sytuacja jest niepewna i w każdej chwili ktoś może zachorować, i potrzeba będzie zastępstwa. Ostatecznie weszłam do obsady „Hairspraya” i robiłam na początku zadania trzech nieobecnych osób. W każdej choreografii tańczyłam za kogoś innego. W trakcie jednego spektaklu koleżance zdarzył się niefortunny wypadek i trzeba było ją nagle zastąpić. W przerwie między aktami założono mi jej sukienkę, dano wskazówki co mam robić i pokazano, z której kulisy wyjść. Okazało się, że ta koleżanka nie dość, że robiła swoje rzeczy, to jeszcze zastępowała inną osobę. Podsumowując, w „Hairsprayu” udało mi się zastąpić pięć nieobecnych osób i wcielić się w osiem różnych postaci i kostiumów.

W ostatnim czasie w Muzycznym miały miejsce bardzo duże roszady w obsadach spektakli. Ludzie z dnia na dzień dowiadywali się o konieczności zastępstwa.

Teatr robił wszystko, żebyśmy mogli grać. Jestem wdzięczna za to, bo każdy spektakl to dodatkowy pieniądz, ale dochodziło do rzeczy, jakie nie miałyby prawa bytu przy funkcjonowaniu teatru w normalnych czasach. Sama miałam sytuację, że zadano mi pytanie po zagranym wieczornym spektaklu, czy nauczę się na jutro do południa dwóch choreografii. Podjęłam się tego. W takich momentach w człowieku pojawia się takie przekorne myślenie: „Ja nie zrobię?”. W ten sposób dzieją się czasem cuda. Nawet ostatnio w „Wiedźminie”, w którym gram driadę Braenn, oprócz swojej roli musiałam wykonywać inne zadania aktorskie w zastępstwie za koleżanki.

Ten sezon w Muzycznym miał rozpocząć się premierą „Mistrza i Małgorzaty”. Z wiadomych przyczyn nie rozpoczęliście pracy nad tą produkcją. Za to 25 października odbyła się premiera „Księgi Dżungli”, która planowo miała odbyć się w marcu. Widziałem ostatni spektakl przedpremierowy 11 marca i pamiętam, jak reżyser Jakub Szydłowski mówił, że to być może ostatni spektakl na długo, który Wy mieliście szansę zagrać, a my obejrzeć. Jak się grało wtedy z tą świadomością?

Do mnie to nie docierało. Inspicjentka ogłosiła nam tego dnia, że ten spektakl jeszcze zagramy, a wieczorny „Hairspray” już się nie odbędzie. Zrobiłam makijaż, założyłam kostium i poszłam na scenę. Myślałam, że to jakiś żart. Ktoś się pomylił i zaraz będzie wszystko po staremu. Dwa dni później poszłam po swoje rzeczy do teatru, a tam cisza jak nigdy. To był moment, kiedy do mnie dotarło, co się dzieje.

Trudny był powrót do spektaklu, który nie miał premiery?

Pewnego razu poprosiłam przyjaciela, niezwiązanego z teatrem, żeby porozmawiał ze mną tekstami ze scenariusza i w sumie to ja jemu podpowiadałam kwestie, zanim on je poprawnie odczytał. Pamiętałam wszystko lepiej, niż sądziłam, więc premiera okazała się formalnością. Zwłaszcza że udało nam zagrać sporo przedpremierowych spektakli w marcu.

Czy „Księga…” nabrała nowych znaczeń przez te miesiące?

Jest tam postać szakala Tabaki. Mieszkańcy dżungli uważają, że ma on wściekliznę. Pada szereg tekstów typu: „Trzeba go unikać!”, „Chcesz nas zarazić swoim choróbskiem!”. Czyta się to teraz zupełnie inaczej niż w marcu. W spektaklu jest to oczywiście zabawne, szkoda, że rzeczywistość, która nas dotyka, jest już znacznie mniej wesoła.

„Księga Dżungli” TM Gdynia, fot. Przemysław Burda

Spektakl według założeń reżysera porusza współczesne problemy, z jakimi mierzy się ludzkość. W pamięci utkwił mi utwór, który wykonywałaś jako czarna pantera Bagheera. Był to swego rodzaju protest song.

Kiedy dostałam egzemplarz sztuki, byłam zaskoczona. Jakub Szydłowski w historię napisaną przez R. Kiplinga wplótł problemy, takie jak uzależnienie od wirtualnej rzeczywistości czy molestowanie nieletnich. Moja Bagheera zaprzyjaźnia się z Mowglim i robi wszystko, co w jej mocy, żeby ochronić chłopca. Cieszę się, że piosenka, którą wykonuję, wymaga interakcji z publicznością. Na słowa „kiedy obcy mnie spotyka i bezczelnie mnie dotyka” dzieci muszą odpowiedzieć „mówię nie!”. Wymaga to od nich stanowczości i zaznacza, że jest to coś złego i nie powinny bać się mówić o tym głośno.

Lubisz francuską piosenkę?

Lubię jej słuchać. Ten język jest niezwykle zmysłowy i brzmi jak miłość. W gimnazjum w ramach dodatkowych zajęć poznawałam podstawy francuskiego. Wtedy bardzo podobało mi się to charakterystyczne „r”, ale nigdy później nie miałam styczności z tym językiem. Tymczasem okazało się, że moja solowa piosenka w tegorocznym „Koncercie Sylwestrowym” jest po francusku. Ćwiczę teraz to „r”, aby jak najlepiej wybrzmiało.

Rozumiem, że próby rozpoczęły się i teraz znajdują się w zawieszeniu.

Ruszyliśmy z kopyta i nas zatrzymano. Jak na razie odbywały się tylko próby choreograficzne. Jeśli nic się nie zmieni, to w drugiej połowie listopada teatr planuje wrócić do prób.

Masz jakieś szczególne plany, aby dobrze wykorzystać ten miesiąc?

Bardzo chciałabym pojechać do domu rodzinnego, na Śląsk. Nie wiem, czy uda mi się tam zawitać w Wigilię. Mam kupiony bilet w okazyjnej cenie, ale wiadomo, że z dnia na dzień, z godziny na godzinę wszystko może się teraz zmienić… Chciałabym chociaż przez tydzień odciążyć moich rodziców i pomóc im w opiece nad dziadkami.

Mam nadzieję, że uda Ci się i wrócisz do Gdyni bezpieczna i zdrowa. Na koniec powiedz mi: wciąż kochasz, czy już przeklinasz ten zawód?

Ciągle mam w sobie pokłady (mam nadzieję, że niewyczerpalne) miłości do tego zawodu, ale trzeba być świadomym tego, że życie pisze różne scenariusze. Stąd wszystkie moje inne wykształcenia, umiejętności i otwartość na inną pracę. Nie obrażam się, że jest, jak jest, tylko podejmuję wyzwania, które stawia przede mną życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *