Black Panther, czyli film z pazurem!

Już przed premierą najnowszy film ze stajni Marvela budził sensację, która po premierze jeszcze się nasila. Padają głosy, że to najodważniejszy film studia do tej pory i jest absolutną rewolucją gatunku. Czy rzeczywiście otrzymaliśmy obiecany „pazur”?

Skąd ta rewolucja? Jest to pierwszy film o superbohaterach, gdzie pierwsze skrzypce gra czarnoskóry protagonista, czyli T’Challa (Chadwick Boseman). Po śmierci ojca, T’Challa zostaje nie tylko królem, ukrytego przed światem królestwa Wakandy, ale i jej zamaskowanym obrońcą – tytułową Czarną Panterą. Oczywiście, jak każdy superbohater, T’Challa również nie musi stawać do walki samotnie, ponieważ ma wsparcie. W jego przypadku jest to młodsza siostra Shuri (Letitia Wright), wybranka serca Nakia (Lupita Nyong’o) i generał królewskiej straży Okoye (Danai Gurira). Takie wsparcie może być bardzo przydatne, kiedy trzeba się zmierzyć nie z jednym antagonistą, ale z dwoma. Są nimi tajemniczy obcy Eriki Killmonger (Michael B. Jordan) oraz złodziej i morderca nieuchwytny przez dekady Ulysses Klaue (Andy Serkis).

Film nie jest reżyserskim debiutem Ryana Cooglera, który był tu także scenarzystą. Twórca genialnie odnalazł się w swojej roli. Nie jest to pierwszy film Marvela nawiązujący do politycznej sytuacji na świecie, jednak „Black Panther” wielu widzów uznało już za swoisty symbol. Te odważne frazy i odniesienia wplecione są w klasyczną walkę o władzę, w sposób, któremu nie można nic zarzucić. Mówiąc o filmie Cooglera należy wspomnieć, że wprowadził niezależne, silne, dobrze zarysowane postaci kobiece, które są oparciem dla męskiego protagonisty. Będąc już przy temacie bohaterów muszę wspomnieć, że na szczególną uwagę zasługują niektóre postaci drugoplanowe, które wybijają się na tle pozostałych. Mowa tutaj o Shuri (Letitia Wright), Everett’cie Ross (Martin Freeman) i oczywiście Ulyssesie Klaue (Andy Serkis), gdzie aktor udowodnił, że potrafi wykreować ikoniczną postać na każdy sposób.

W tej kategorii filmowej nie mogło zabraknąć zjawiskowych scen walki, wybuchów i całej sensacyjnej otoczki. Wypadło to bardzo dobrze, biorąc pod uwagę, że nie są one podstawą filmu, ale ekspresyjnym dodatkiem. Dodatkowo, Coogler zasłużył na gratulacje za finezyjne połączenie plemiennych zwyczajów Wakandy z jej rewolucyjną technologią, udowadniające, że te dwie wartości, wcale nie muszą się wykluczać.  Będąc przy dodatkach należy wspomnieć, że jak zwykle w filmach od Marvel Studios nie zabrakło subtelnych oraz bardziej dosadnych nawiązań do świata komiksów, na których opiera się produkcja. Oczywiście nie mogło się także obejść bez tradycyjnej już kilkusekundowej sceny z udziałem Stana Lee, co jak zwykle wywołuje uśmiech widzów.

Jak przy każdej tego typu produkcji ważnym elementem są kostiumy i tutaj żadnych zaskoczeń, bo Marvel Studios, jak zwykle pokazało klasę. Zarówno stroje superbohaterskie, jak i tradycyjne ubiory plemion afrykańskich są przyjemne dla oka. Podobnie, jak sceneria, czyli wybudowane niesamowite plany i abstrakcyjne krajobrazy, połączone z magią CGI.

Całości dopełnia bardzo dobrze dobrany soundtrack. Jest to cechą charakterystyczną filmów Marvela. Za muzykę odpowiadał Kendrick Lamar, co jeszcze bardziej podkreśla społeczny i polityczny przekaz produkcji Cooglera.

Zachęcam do obejrzenia filmu, który jest nie tylko obowiązkową pozycją dla fanów gatunku, ale także generalnie dobrą produkcją wartą swojego czasu. I mała wskazówka! Pamiętajcie, że filmy Marvel Studios nie kończą się z początkiem napisów, więc polecam zostanie na miejscu aż do zgaśnięcia ekranu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *