Ania Rusowicz opanowała Atlantic hipisowską energią

Atmosfera godna woodstockowych koncertów z 1969 roku i temperatura jak w najcieplejszym dniu lata. Ania Rusowicz przywiozła do Gdyni z okazji Dnia Kobiet całe mnóstwo hipisowskiej energii. A klub Atlantic na chwilę przeniósł się do innego wymiaru.

Każdy, kto ma słabość do retro klimatu, big-bitu i psychodelicznego rocka, powinien pojawić się w niedzielny wieczór w Atlanticu. Ten, kto nie był, ma czego żałować. Muzyczny wehikuł czasu przeniósł zebranych w świat wysmakowanych dźwięków, jedności i przyjaźni. Czy można wyobrazić sobie lepszy prezent na 8 marca? Chyba nie.

Cały zespół, w stylizacjach wprost z epoki pojawił się chwilę po 19.00, by dać niesamowicie energetyczny, niemal dwugodzinny występ. Ania od samego początku oczarowała wszystkich nie tylko głosem, ale i talentem do nawiązywania bliskiego kontaktu z publicznością. Tańczyła, skakała i śpiewała jak muzyczna szamanka. Choć klub był przygotowany na „siedzący koncert”, to fani nie dali się utrzymać na krzesłach. Wydawało się, że czekają tylko na znak ze sceny, by poderwać się, bujać i śpiewać razem z zespołem.

_TG_9634Z debiutującej w rockowo-bigbitowej stylistyce Ani, przypominającej mocno mamę, Adę, nie ma już praktycznie śladu. Teraz to dojrzała, mocno osadzona w nurcie artystka, która doskonale wie, jaki kształt ma mieć jej muzyka. Jest z jednej strony wciąż melodyjna, ale z drugiej drapieżna, hipnotyzująca. Ponadto, Ania jest na scenie bardzo autentyczna, każdy wokalny popis czy taniec jest naturalny, wykonywany z prawdziwą lekkością, co uwiarygadnia jej hipisowską naturę.

Publikę rozgrzewała takimi piosenkami, jak „Tango Śmierci” czy „Anioły”, które rozsiewały powoli psychodeliczny klimat, a później pokazywały rockowy pazur. Były też chwile wytchnienia, przy takich piosenkach jak np.  „Mantra” i „Rzeka Pamięci”. Nie zabrakło i powrotu do bardziej tanecznej pierwszej płyty, „Mój Big-Bit”, więc ze sceny popłynęły zadziorne muzycznie „Przyjdź” i „Stróże świateł”, a także dobrze znane starszej części publiczności „Nie pukaj do moich drzwi” i „Za daleko mieszkasz miły”. Przez cały koncert Ania pokazywała swoje wokalne możliwości – silne partie i delikatne wibrato, ale dopiero w niespodziance – „Whole Lotta Love” Led Zeppelin – ujawniła pełną krasę swojego głosu. Takiej wersji tego utworu Zeppelini z pewnością by się nie powstydzili. Koncert zakończył bis, złożony z hipisowskiego niemal hymnu, „Somebody To Love” Jefferson Airplane i najbardziej emocjonalna z „Genesis” piosenka – „Co z tego mam”.

Można się doszukiwać porównań brzmienia zespołu, bo trudno wyobrazić sobie chociażby psychodeliczny rock bez kultowych organów Hammonda. Ale na tym że są, podobieństwa z innymi kapelami się kończą. Bo partie klawiszowe Łukasza Jakubowicza co raz zaskakiwały pomysłowością. Z kolei Ritchie Palczewski zachwycał solówkami i rasowymi rockowymi riffami. Do tego wszystkiego rockandrollową maszynę napędzał za bębnami z godną podziwu energią i wyczuciem big-bitowego pulsu Hubert Gasiul. I trzeba przyznać, że razem z Michałem Burzymowskim tworzą znakomitą sekcję rytmiczną.

Trudno powiedzieć, kto bawił się tego wieczora lepiej – wypełniająca po brzegi klub publika czy zespół, ale widać było, że każdy jest w szampańskim humorze. – Ja, jako naczelna hipiska kraju mam prośbę. Chciałabym, żebyśmy w obliczu tego, co się dzieje na świecie, robili karabiny z naszych serc – mówiła Ania. I nie można było oprzeć się wrażeniu, że we wczorajszej atmosferze miłości, przyjaźni i muzyki byłoby to możliwe.

Pełna galeria zdjęć znajduje się tutaj.

Fot. Tomasz Gałązka

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *