Radość jeździ na czterech kółkach

Marta Szaraczyńska jest sparaliżowana od urodzenia. W ciągu swojego 23-letniego życia przeszła czternaście operacji. Mimo wszystko realizuje swoje pasje, kocha ludzi, a wszystkim przeciwnościom stawia czoła z właściwym sobie optymizmem.

Z Martą spotykam się w jednej ze znanych restauracji. Kiedy wchodzimy do środka, od progu wita nas uśmiechnięty kelner. Oboje zaczynają śmiać się i żartować jak starzy znajomi. Marta wypytuje o pozostałą część obsługi. Wyraźnie zna tutaj wszystkich, a oni doskonale pamiętają ją. Kelner prowadzi nas do stolika i od razu zabiera krzesło, aby stała klientka mogła podjechać jak najbliżej. Na moje zdziwione spojrzenie, Marta odpowiada, że często tu bywa czekając na dodatkowy angielski. Szybko przekonuję się, że wszystkich ludzi traktuje równie serdecznie jak kelnera.


Rozszczep, operacje i schodołaz

Urodziła się z rozszczepem kręgosłupa. Pierwszą operację przeszła trzy godziny po narodzinach. Kolejną po tygodniu. Tuż po wyjściu ze szpitala, Marta trafiła do rodziny zastępczej – swoich dziadków. Od początku rozmowy zaznacza, że to ich nazywa rodzicami. O biologicznych nie chce rozmawiać wcale. Na co dzień Marta mieszka z rodzicami na jednym z gdańskich blokowisk. Trzecie piętro bez windy daje się we znaki. Przez większość jej życia to rodzice znosili ją na dół i wciągali pod górę. Dziewczyna wiedziała, że to dla osób w ich wieku, w dodatku mocno schorowanych, duże obciążenie. Dlatego kiedy tylko stała się pełnoletnia zaczęła ubiegać się o mieszkanie. Walka z papierologią ciągnęła się w nieskończoność i nie przynosiła rezultatów. Któregoś razu Marta wybrała się do Urzędu Miejskiego, aby spróbować przyśpieszyć żmudny proces. Kiedy usłyszała, że na mieszkanie poczeka jeszcze około pięciu lat, rozpłakała się. Jedyne co jej pozostało to napisać prośbę o przyśpieszenie i oczekiwanie na odpowiedź w rodzinnym domu. Na szczęście kilka miesięcy temu Marta dostała schodołaz. Jest to urządzenie, które umożliwia wjazd i zjazd wózka po schodach. Mimo wszystko marzy o własnym kącie, najlepiej w budynku z windą i dostosowanym do jej potrzeb. Chciałaby mieszkać w Brzeźnie. Bo to blisko morza i ukochanego chłopaka – Kajetana.


Cześć, jestem Marta i jeżdżę na wózku

fot. Bartek Serkowski

fot. Bartek Serkowski

Z Kajetanem poznali się na czacie. On zagaił pierwszy. – W tamtym okresie często rozmawiałam z ludźmi w internecie – mówi Marta. – Miałam taką zasadę, że w ciągu kilku pierwszych minut rozmowy, mówiłam wprost „jestem niepełnosprawna, jeżdżę na wózku”. Na wszelki wypadek, gdyby, a nuż coś miało z tej znajomości wyjść – wspomina. Większość tych kontaktów nie miała ciągu dalszego, ale z Kajetanem było inaczej. Rozmawiali z przerwami blisko cztery lata, aż w końcu się spotkali. Potem drugi raz, a po niecałych dwóch tygodniach zostali parą. – Dzięki niemu wiele rzeczy robiłam pierwszy raz: byłam na kuligu, wyjechałam na majówkę, poprowadziłam samochód. On mnie wspiera i popycha, abym się rozwijała – opowiada Marta. Jednak sielanka nie trwała długo. Po niespełna roku, dziewczyna trafiła do szpitala. Konieczna była operacja. Ta miała być czternastą w życiu 23-latki. Lekarze od początku nie ukrywali: pacjentka może nie przeżyć. – Wiem, że to dziwne, ale jadąc na sale operacyjną w ogóle nie martwiłam się o siebie. Myślałam tylko o tym, żeby w razie najgorszego, Kajetan i moi rodzice nie cierpieli – wyznaje Marta.


Marta, pomożesz?

Marta 5Marta stara się żyć aktywnie. Zapisała się do szkoły grafiki komputerowej, bo zawsze ją do tego ciągnęło. Szlifuje też angielski w jednej z gdańskich szkół, gdzie potrafi pojawiać się niemal codziennie. Niedawno zapisała się na kurs prawa jazdy. – Kiedy pierwszy raz wsiadłam za kółko, poczułam się…jak bóg. W domu śmiejemy się, że to dziedziczne, bo tata był zawodowym kierowcą. Chyba muszę mieć to we krwi! – śmieje się Marta. Poza własnym rozwojem, dziewczyna działa też na rzecz Kadry Aktywnej Rehabilitacji (far.org.pl), która pomaga ludziom po urazach kręgosłupa, zarówno tych naturalnych, jak i nabytych np. po nieudanym skoku do wody. Uczą życia od podstaw dorosłych i dzieci. Pokazują jak siadać pod prysznicem żeby utrzymać równowagę czy jak się sprawnie ubrać. – Kiedyś zabierało mi to nawet trzy godziny, dzisiaj zakładam na siebie wszystko w przeciągu dziesięciu minut – chwali się Marta, która kiedyś sama jeździła na obozy dla osób niepełnosprawnych. Dzisiaj to ona uczy innych. Jedną z jej podopiecznych była 10-letnia wyjątkowo nieśmiała Wiktoria. Marta cierpliwie tłumaczyła, pokazywała i korygowała błędy. Obóz trwał co prawda tylko tydzień, ale dzięki niemu dziewczynka nauczyła się między innymi przesiadać z wózka na łóżko i odwrotnie, a także ubierać od pasa w dół. Dzisiaj mała Wiktoria jest na tyle dynamiczna, że należy do dziecięcej drużyny cheerleaderek. Jednocześnie Marta odbywała sześciomiesięczny staż w jednej z sopockich szkół jako grafik. Trafiła do niej dzięki projektowi współfinansowanemu przez Unię Europejską. Panie pracujące tam z miejsca ją pokochały. Częściowo pewnie za bijące od niej ciepło i energię, ale częściowo też za ogromną pomoc z jej strony. – Tam czułam się naprawdę potrzebna. Cały czas słyszałam „Marta, pomożesz?”, ,,Marta, przyniesiesz?” i lubiłam to – mówi. Bardzo chciała zostać w tej szkole, jednak etatów brak, a umowa unijna dobiegła końca. Kiedy Marta odchodziła, wszystkie pracownice miały łzy w oczach. Dostała od nich tyle prezentów, że musiała zabierać je na kilka tur.


Bez walki z chorobą, nie byłabym sobą


Marta 2Teraz Marta stara się o nowy wózek. Stary ma już ponad pięć lat. – Sterowany dźwignią odpada. Nie chce się rozleniwić i stracić kondycji – mówi z uśmiechem. Jako dowód pokazuje umięśnione ramię – na rękę rozłożyłaby pewnie niejednego faceta. Nigdy nie próbowała, ale tylko dlatego, że nie chciałaby żadnego zawstydzać. W końcu, jak sama mówi, kocha ludzi, zwierzęta i całe swoje życie. Ale najbardziej kocha rodziców i to mamę uważa za najwspanialszą kobietę na świecie. – Nie ma rzeczy, którą mogłabym jej dać, aby wyrazić moją wdzięczność – mówi z powagą Marta. A okazywać wdzięczność bardzo lubi. W słowach, czynach, prezentach. W domu często dostaje żartobliwe bury za niepotrzebne, zdaniem rodziców i Kajetana, podarunki. – Nic na to nie poradzę, ja po prostu lubię dawać. Nie myślę o wydanych pieniądzach, tylko cieszę się chwilą – śmieje się Marta. Na pytanie czy cieszyłaby się nią bardziej gdyby mogła chodzić, odpowiada bez wahania: nie. – Nie chciałabym chodzić, bo wtedy nie byłabym sobą – tłumaczy Marta. – Podążałabym pewnie za trendami, a moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. To choroba mnie ukształtowała. Sprawiła, że to charakter, a nie cielesność, jest moim największym atutem – mówi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *