„Aktor jest jak samochodowy akumulator” – wywiad z Dorotą Kolak

Dorota Kolak wywiadJedna z najlepszych polskich aktorek, od ponad 30 lat wierna scenom Teatru Wybrzeże, pedagog przyszłych młodych aktorów. Pełna twórczej pasji, humoru i życiowej mądrości. W rozmowie z portalem CDN opowiada o swoim spojrzeniu na teatr, swojej aktorskiej rodzinie i o tym, na co wśród wielu zadań brakuje jej czasu.

Jakie są pani pierwsze wspomnienia jako młodej aktorki, także te z początków w Teatrze Wybrzeże?

Sytuacja była trudna, bo usiłowaliśmy z mężem (Igorem Michalskim – przyp. red.) dostać się do Teatru Wybrzeże dwukrotnie i nie udawało nam się to ani za dyrektora Hebanowskiego, ani za dyrektora Prusa. Dopiero taką kontrowersyjną decyzję jako dyrektor podjął ojciec Igora, czyli Stanisław Michalski. Razem z Krzysiem Babickim podjął to ryzyko, nie bojąc się krytyki, że zaangażował rodzinę. Pamiętam, że gdy przyszłam do teatru, to oglądałam wielkich aktorów. Mówię tu o Halinie Winiarskiej, Staszku Michalskim, Halinie Słojewskiej, Jurku Łapińskim i Joasi Bogackiej. Wtedy poczułam, że jestem w dobrym teatrze, w którym trzeba się naprawdę sprężać, żeby coś zrobić. Obejrzałam wtedy mnóstwo znakomitych spektakli i zaczęłam uczyć w studium przy teatrze. Poza tym, to były trudne czasy, najpierw okres Solidarności, później transformacji. Ludzie mieli w teatrze różne poglądy, większość sympatyzowała z opozycją. I zadziwiało mnie to, że pomimo tych wszystkich różnic, wtedy ludzie umieli ze sobą rozmawiać. Potrafili bawić się razem na bankietach i pracować w normalnych stosunkach i to było dla mnie istotne. Panowała tu zawsze atmosfera koleżeńskości, która nie była polukrowana, nie spijaliśmy sobie z dziubków, to była po prostu dobra, koleżeńska grupowa praca.

Spełniły się w tej pracy pani studenckie marzenia? Bo jak wiadomo te przed studiami różnią się od tych po skończeniu uczelni.

Myślę, że w pewnym sensie tak. Wyobrażałam sobie że teatr to wspólna, codzienna, ciężka, szara praca, niezbyt efektowna, bez czerwonych dywanów. To wpojono mi w szkole w Krakowie i myślę, że tutaj właśnie tak było. To była sensowna, ciekawa robota. Zaraz po szkole zaczynałam w Kaliszu, poszłam za moją panią profesor na tak zwaną prowincję i tam też robiliśmy fajny teatr, dużo w nim grałam. Bo młodym aktorom o to chodzi, pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Nie da się tego zawodu inaczej nauczyć, ani z książek, ani z podpatrywania kina, tylko z praktyki. Teatr jest właśnie takim miejscem, powiedziałabym, „warsztatowym”. Tu się pracuje codziennie od 10 do 14 i wieczorem nad rzemiosłem. To jest trening ciała, głosu, emocji i to są podstawowe elementy tego zawodu. I wprawdzie można żyć bez teatru, ale tak jak sportowiec bez treningu wiotczeje, tak aktor, który wybrał lub był zmuszony do obcowania tylko z kamerą, to w jakimś sensie emocjonalnie i rzemieślniczo wiotczeje.

A młodym aktorom było łatwiej kiedyś czy teraz?

Z jednej strony nam było łatwiej, byliśmy w teatrach witani z otwartymi ramionami. Dyrektorzy jeździli na nasze dyplomy, nas nie było aż tak wielu, bo i nie było tylu szkół i studiów aktorskich. Z drugiej strony w tym momencie jest nadprodukcja młodych aktorów i oni muszą naprawdę ciężko pracować i ostro walczyć.

Jak traktują panią dzisiaj młodzi aktorzy z którymi pani pracuje? Czują respekt przed aktorką tej klasy?

Mam nadzieję, że ten respekt nie jest respektem niemówienia prawdy albo zatajania wzajemnych potrzeb. Czuję rodzaj szacunku i to jest bardzo miłe. Nie chcę, by czuli dystans, który nie pozwalałby nam rozmawiać. Mam nadzieję, że nie kryją przede mną swoich obaw i potrzeb, ale, że jesteśmy w dialogu, jak przystało na partnerstwo sceniczne.

Dorota Kolak wywiadJest też pani pedagogiem. Jaka jest pani dla studentów? Surowa, dążąca do perfekcji, czy wyrozumiała, prowadząca studentów za rączkę?

Myślę, że jedno i drugie. Po tylu latach uczenia doszłam do wniosku, że uprawianie tego zawodu w potwornym stresie jest pozbawione sensu. Aktor zestresowany, bojący się reżysera nie jest w stanie wyartykułować wielu rzeczy. Staram się więc być otwarta i ich rozumieć. Ale to nie zmienia faktu, że jak widzę lenia, to się wkurzam. Szkoda na niego mojego czasu. Tym bardziej, że ucząc, daję z siebie mnóstwo energii. Często po zajęciach na Akademii Muzycznej jestem wykończona, a mam wieczorem spektakl, więc modlę się o odrobinę energii i Redbulla, żeby znaleźć jeszcze siłę. Bo jeśli się uczy z pełnym oddaniem, to jest to bardzo wyczerpujące. Jestem więc różna, stosuję i kij i marchewkę, ale jak mówił kiedyś mój pedagog, talentu nikogo nie nauczę.

Pan Mirosław Baka wspomniał, że to dzięki pani „na miękko” wszedł w realia Teatru Wybrzeże. I obserwując waszą parę na scenie można odnieść wrażenie, że nadajecie na podobnych falach. Jak się pani z nim pracuje? Czy to, że się lubicie rzeczywiście pomaga wam w pracy?

Faktycznie tak się złożyło, że spotkaliśmy się już przy jego pierwszej roli w Teatrze Wybrzeże, ale potem nie grywaliśmy często razem. Ja grałam w parze głównie z Jackiem Mikołajczakiem, a on z Ewą Kasprzyk. Teraz nastał taki czas, że znowu się spotykamy. Jesteśmy starsi, mam nadzieję mądrzejsi, umiemy więcej, mamy dla siebie wiele życzliwości i szacunku. Tak po ludzku się lubimy. Ja jego z jego wadami, on mnie z moimi. Jesteśmy tolerancyjni, umiemy się z siebie śmiać. I też to czuję, że rzeczywiście jesteśmy zgranym duetem. Nie zawsze jednak partnera na planie filmowym czy w teatrze się wybiera i nie zawsze się go uwielbia, ale grać razem trzeba, nie ma rady. Natomiast większa frajda i „jazda” jest wtedy, kiedy się lubimy. Kiedy wiem, że mój partner jest wyczulony na mój każdy niuans interpretacyjny i wyczuwa mnie. No, to wtedy jest zabawa.

Jaki teatr jest pani najbliższy, w którym lubi grać i go oglądać?

Moje pokolenie wychowało się na teatrze słowa. Nie miałam jeszcze kontaktu z ultranowoczesnymi reżyserami i nie wiem, czy bym sobie poradziła, kwestia jest otwarta. Jeśli taki reżyser wiedziałby precyzyjnie, czego ode mnie chce, to dalibyśmy radę. Natomiast czego bym nie zniosła? Bezmyślności, którą niestety często widzę w tych realizacjach. To są jakieś puste formy, które aktor wypełnia i mam wrażenie, że czasem też nie wie „czym” wypełnia. Mogę tylko powiedzieć, czy coś mnie ciekawi, czy jakiś człowiek mnie intryguje i czy mam ochotę obejrzeć spektakl do końca.

A jak się pani patrzy na pierwsze poważne kroki córki (Katarzyny Michalskiej – przyp. red.) na scenie?

Z jednej strony nie ukrywam, że ogarnia mnie rodzaj wzruszenia, takiego, które czuje matka, kiedy widzi, że jej dziecko się realizuje w tym, co kocha. A z drugiej mnie wkurza, bo są rzeczy, które mi się nie podobają. Może dlatego, że zagrałabym je inaczej. Z pewnością wynika to z innego uprawiania aktorstwa. Czy się dogadujemy na płaszczyźnie zawodowej? Tak, często o naszym graniu dyskutujemy.

Dochodzą do pani głosy porównywania Kasi do pani?

Tak i myślę, że nie jest jej z tym ani przyjemnie ani lekko. To, że wybrała pracę w Teatrze Wybrzeże to szczęście, ale wzięła też na siebie „garb” aktorskiej rodziny. Poza tym, jesteśmy do siebie podobne, mamy te same geny, podobny głos, ekspresję. Porównań się nie uniknie i nie mam tego za złe, ale jeśli ktoś mówi czy pisze, że Kasia gra podobnie do mnie, to chciałabym, żeby się puknął w głowę. Bo jak ma niby grać, w końcu jest moim dzieckiem.

Dorota Kolak wywiadJest pani aktorką spełnioną? Marzą się pani jeszcze jakieś konkretne role?

Miałam to szczęście, że mój zawód się ode mnie nie odwrócił. Z jednej strony ciężko na to pracowałam, ale z drugiej miałam właśnie szczęście. Nigdy nie musiałam marzyć o rolach, one same przychodziły. Są na pewno takie role, które chciałabym jeszcze zagrać, ale na przykład jestem na nie za stara, albo jestem kobietą, a chciałabym zagrać mężczyznę. Szczerze powiedziawszy, problem polega na tym, że pula ról męskich jest dużo większa niż damskich. Na dodatek te najciekawsze są przypisane do wieku. Człowiek się starzeje i pula się kurczy. Zawsze podaję przykład „Poskromienia złośnicy”, gdzie jest długa lista męskich ról, a z kobiet jest tylko Katarzyna, Bianka i statystka Dorota, która występuje w ostatnim akcie i chyba nawet nic nie mówi.

Z poprzednich sezonów w Teatrze Wybrzeże można zapamiętać kilka dużych pani ról. W tym jednak pani nie było. Czy to wynika z zapracowania?

Wiele rzeczy się na to złożyło. Po pierwsze, byłam rzeczywiście zajęta kinem. Po drugie, nie chcę powiedzieć bezczelnie, ale mnie już nie wszystkie role interesują. Po trzecie, zawiesiliśmy prace nad „Kto się boi Virginii Woolf”, między innymi z powodu sprawy z prawami autorskimi, więc ta rola spadła. Natomiast teraz przygotowuję się z Adamem Nalepą do „Marii Stuart” Schillera, której premiera jest przewidziana na przyszły sezon.

Jak w ogóle pani godzi czas pomiędzy teatrem, kinem, serialami a uczelnią? Znajduje pani jeszcze czas dla siebie?

Jestem bardzo dorosłą kobietą, mam dorosłe dziecko, nie muszę się już nim zajmować. Ciężko jest młodym aktorkom, które mają młodsze dzieci. To rzeczywiście gimnastyka. Ale kiedy jest się już wolnym człowiekiem, takim jak ja, to jest czas na własną realizację, na własne wybory. Ja lubię być zajęta. Czasami mówię, że my aktorzy jesteśmy jak samochodowe akumulatory. Im więcej pracujemy, tym mamy więcej energii. A jak się nas odłączy od prądu, od pracy, to kapcaniejemy. I myślę, że jestem tego żywym przykładem.

Jakie są więc pani plany na najbliższą przyszłość, oczywiście oprócz przyszłego sezonu w Teatrze Wybrzeże?

Mam nadzieję, że dojdzie do skutku „Virginia Woolf”. Poza tym, pod koniec maja zaczynam zdjęcia na Helu do nowego serialu kryminalnego. Dodatkowo, mam jeszcze jeden bardzo ambitny plan. Chciałabym uporać się z moją pracą habilitacyjną. Mam już ją napisaną, wszystkie papiery, dokumenty. I bardzo by mi na tym zależało, żeby udało mi się to zrobić jeszcze w tym roku. Tylko żeby znaleźć czas…

fot. Michał Szlaga

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *