„Kill Bill: The Whole Bloody Affair” – czy warto spędzić 5 godzin w kinie?
7 min przeczytania
Grafika: Eden Król/Plakat: Monolith Films
Kinomaniacy, a w szczególności fani Quentina Tarantino, z pewnością uśmiechnęli się na wiadomość, że kultowego Kill Billa będziemy mogli zobaczyć na dużych ekranach. A to nie koniec – zamiast dwóch filmów (Kill Bill vol. 1 i vol. 2), jak to było dotychczas, dostaliśmy jedną, prawie 5-godzinną wersję. Czym różni się ona od swoich poprzedniczek i czy warto się na nią wybrać?
Kill Bill: The Whole Bloody Affair to historia o pewnej pannie młodej (Uma Thurman), która niemal umarła przed weselnym kobiercem. Jej śmierci pragnął były kompan, czyli tytułowy Bill (David Carradine), oraz jego gang – Pluton Śmiercionośnych Żmij. Co gorsza, kiedy Panna Młoda dostała kulkę w głowę, leżąc na kaplicznej posadzce, była również ciężarna.
Hołd dla sztuk walki
Wbrew pozorom i oczekiwaniom przeciwników, Pannie Młodej (której prawdziwe imię i nazwisko poznajemy dopiero w drugiej części) udało się przeżyć. Przez 4 lata leży w śpiączce w szpitalu. Kiedy w końcu się przebudza, bierze sobie za cel zabicie Billa, do czego zresztą nawiązuje

tytuł filmu.
Bardzo ważnym faktem jest też to, że Panna Młoda sama była kiedyś członkinią Plutonu Śmiercionośnych Żmij. I to czyni z niej nie lada przeciwniczkę. Świetnie radzi sobie z bronią białą – w szczególności z kataną (japońska broń sieczna). Kill Bill był inspirowany właśnie kinem samurajskim i filmami o sztukach walki z lat 70. Szczególną inspiracją był tutaj reżyser Chang Chech, nazywany również „ojcem chrzestnym kina Hong Kongu”.
Ale sztuki walki to nie jedyny wschodnioazjatycki wątek w filmie. Naprawdę jest tego sporo. Poczynając od tego, że Panna Młoda w pierwszej części filmu walczy z samą Yakuzą, a kończąc na wstawce anime, która przybliża nam przeszłość jednej z członkiń gangu – O-Ren Ishii. W tej roli wystąpiła Lucy Liu. Pozwoliło jej to zdobyć nagrodę MTV za „najlepszy czarny charakter”.
Sama sekwencja anime, w mojej opinii, bardzo dodaje do całej produkcji. Przyciąga uwagę, bo jest czymś niespodziewanym, a zarazem bardzo dynamicznym. To ważne choćby ze względu na to, że w początkowej wersji filmu tej wstawki w ogóle nie było.
My baby shot me down…
W ten sposób pierwsza część filmu skupiona jest głównie wokół wątku Yakuzy i zemście na wspomnianej O-Ren Ishii. W drugiej części Panna Młoda rozprawia się z resztą gangu. Widz dostaje również pełen obraz sytuacji, w której doszło do strzelaniny. W końcu poznajemy imię i nazwisko głównej bohaterki oraz relację, jaka łączyła ją z Billem.

Warto też wspomnieć o niesamowitej muzyce, która odgrywa w filmie ważną rolę. To właśnie z Kill Billa znamy kilka kultowych już teraz dźwięków, chociażby Twisted Nerve, znane też pod nazwą Kill Bill Whistle Song. Innym przykładem jest powszechnie znany teraz pod nazwą „rizz sound effect” dźwięk, pojawiający się podczas przedstawiania członków Yakuzy.
I oczywiście, szczególnie zapadające w pamięć, Bang Bang – My Baby Shot Me Down w wykonaniu Nancy Sinatry. Skradło moje serce do tego stopnia, że w drodze powrotnej z kina leciało na zapętleniu, aż do zgaszenia silnika.
Ultraprzemoc i tandeta?
Jeśli nie jesteście fanami przemocy, to Kill Bill nie jest pozycją dla was. Już sam segment anime jest bardzo brutalny i pełen krwi. Było to z resztą w pełni zamierzone i miało oddawać hołd ultraprzemocy anime ukazanej w japońskim filmie: Golgo 13: The Professional.
Jednak przemocy w tym filmie nie można nazwać poważną, czy traumatyzującą. Sceny z tryskającą krwią są dość tandetne i absurdalne, tworzone nie przy pomocy technologii komputerowej, a gaśnic i prezerwatyw. Pomimo tej tandety, nie powiedziałabym, że oglądanie tego było żenujące; wręcz przeciwnie. Idealnie pasowało do całej narracji – balansującej na granicy komedii i powagi. Bo jak możemy

brać na poważnie kobietę, która przed chwilą prawie została zgwałcona, kiedy siłą umysłu próbuje wyrwać swoje palce u stóp z zaniku mięśni (zobrazowane oczywiście przybliżeniem na wspomniane stopy).
Absurdów zatem nie brakuje, tak samo jak wszelkich smaczków i easter eggów. Tutaj należy obowiązkowo wspomnieć o scenie po napisach, która również została dodana do filmu całkiem niedawno, bo dopiero przy stworzeniu omawianej tutaj wersji The Whole Bloody Affair. O jej istnieniu dowiadujemy się już na początku seansu, kiedy na ekranie kinowym wyświetlana jest plansza z informacjami. A to dlatego, że scena trwa dobre kilka minut. I to kilka minut stało się powodem wypływu negatywnych komentarzy na Filmwebie.
Zagubiony rozdział
Po napisach zobaczymy bowiem bonusową scenę, dotyczącą wątku niejakiej Yuki. Fragment jest określany jako „zagubiony rozdział”, osadzony w grze Fortnite. Animacja została stworzona wspólnie przez Tarantino, Epic Games oraz studio The Third Floor.
Zobaczymy tam kultowe (jeśli można je tak nazwać) postacie z gry, jak np. Peely, Skull Trooper czy Jonesy. Sama scena jest jeszcze głośniejsza i bardziej dynamiczna niż cały film. I oczywiście o wiele bardziej kolorowa. Jak się jednak okazało, nie tak bardzo kolorowe stały się opinie użytkowników Filmweba po seansie:
Rada dla każdego. Nie zostawajcie na scenę po napisach jeśli darzycie film miłością, sentymentem, czy szacunkiem. Nie róbcie sobie tego. Normalnie film 10/10, ale po tej scenie czuję jakby ktoś mi napluł na twarz.
[…] sceny po napisach z FORTNITE naprawdę nie były konieczne …
[…] To co jednak dzieje się w ,,Scenie po napisach”, tej, o której widz jest informowany już na samym początku, żeby tylko wzniecić jego ciekawość, jest gargantuicznym pokazem totalnego braku szacunku do kogokolwiek i chyba najbardziej żenującą rzeczą jaką można było w kinach zobaczyć od lat […]
Czy tak mocne słowa naprawdę są zasłużone? Rzeczywiście, można być zniesmaczonym faktem, że po dobrym filmie czeka nas „reklama skórek do Fortnite’a”. Jednak osobiście nie miałam takich odczuć. Owszem, scena nie zaparła mi tchu w piersiach, ale lekko się uśmiechnęłam, kiedy ukazała się po trwających, jak mogłoby się wydawać, wieczność, napisach.

Czy warto?
Wracając do pytania z tytułu – czy warto? Mogłabym enigmatycznie powiedzieć: to zależy. Ale powiem jedynie, że jeśli macie szansę, to obejrzyjcie tę produkcję. Nawet jeśli mielibyście ją potem zhejtować. Zresztą jestem przekonana, że po takim seansie, każdy byłby w stanie wymienić chociaż jedną rzecz, która naprawdę mu się spodobała. Choćby to była sama Uma Thurman.
