Diabelski Pamiętnik #11: Ból zębów, ale też istnienia

Patrząc na grę Manchesteru United można się tylko pocieszać...

Fot. https://www.instagram.com/manchesterunited/p/C4IIc83MjU_/?img_index=4 / autor:instagram.com/manchesterunited

Manchester United powoli żegna się z marzeniami o Lidze Mistrzów. Porażka w derbach z City oddaliła Czerwone Diabły od marzeń o Champions League. Nie osłodziło tego zwycięstwo z Evertonem, a ewentualna wygrana w FA Cup z Liverpoolem będzie cudem. Już za tydzień może się okazać, że drużynie z Old Trafford pozostanie odliczanie do wakacji. Czy Diabelski Pamiętnik wytrzyma takie pokłady beznadziei?

Ostrzeżenie: Niniejsza rubryka jest przeznaczona dla osób o mocnych nerwach. Jeżeli nie chcesz doświadczać stanu totalnej beznadziei, zawodu i irytacji, unikaj tego i reszty artykułów z tej serii. Ich czytanie grozi nabyciem silnych tendencji masochistycznych.

Niebiesko mi

Witaj, drogi Pamiętniczku! Znów spotykamy się w nienajlepszych okolicznościach przyrody. Jeszcze niedawno nad Old Trafford wisiały ciemne chmury, a teraz panuje tam prawdziwy huragan. Erik Ten Hag, pomimo usilnych starań, nieuchronnie zbliża się do końca swojej przygody w United. Holender zalicza typowe bingo szkoleniowca na wychodnym. Oddala się od rzeczywistości, pudruje brutalną prawdę i uparcie trwa przy rozwiązaniach, które nie działają.

Były trener Ajaxu w koncertowy sposób zawalił pojedynek z Pepem Guardiolą. Na Etihad, zgodnie z oczekiwaniami, triumfowała lepsza ekipa. Szkoda, bo wcale nie musiało tak być. Czerwone Diabły rozegrały naprawdę koncertowe 15 minut. Można powiedzieć, że wszystko by się udało, gdyby mecz piłki nożnej nie trwał 6 kwadransów. Ale niestety trwa. Po bramce Marcusa Rashforda i kolejnych dwóch niewykorzystanych przez Anglika szansach, United przestało istnieć. To cud, że André Onana nie musiał wyjmować piłki z siatki przed przerwą.

Potem było już tylko gorzej. Środek pola równie dobrze mógł być polem namiotowym dla graczy w niebieskich koszulkach. Naprawdę niewiele brakło, by Kevin De Bruyne wyciągnął kiełbaski, a Rodri rozpalił ognisko. Na dłuższą metę taki obraz spotkania nie mógł się skończyć niczym innym niż karą dla opieszałego United. Dwie bramki Phila Fodena zapewniły Obywatelom wygraną, a trafienie Erlinga Haalanda było już tylko prezentem od wycofujących się z placu boju Diabłów. Przynajmniej można pocieszać się, że na tym się skończyło.

Odklejka

Kiedy pisałem zapowiedź derbów, wplatając w nią ostatnie resztki nadziei, myślałem, że jestem niepoprawnym marzycielem. Przyznam jednak, drogi Pamiętniczku, że moja odklejka to nic przy tym, co wyprawia Ten Hag. Holender na konferencji po przegranych derbach stwierdził, że naprawdę niewiele brakowało. Chociaż nigdy nie oglądałem meczu piłkarskiego z perspektywy ławki trenerskiej, to chyba w tym przypadku oglądaliśmy zupełnie inne spotkanie. I z czystym sumieniem stwierdzam, że słowa szkoleniowca są pozbawione jakiegokolwiek znamienia prawdy.

Patrząc na wóz z węglem nazwany dla niepoznaki “Casemiro” i popisy formacji ofensywnej, łatwo było zapomnieć, że ma się do czynienia z zespołem Premier League. Nie chodzi tylko o różnicę umiejętności, bo ta nie jest niczym nowym. Bardziej rzucał się w oczy poziom zaangażowania po obu stronach. Gdyby United wykazało choć ułamek woli walki prezentowanej przez gospodarzy, byliby dzisiaj w czołowej czwórce ligowej tabeli. Tymczasem po wielu latach przebudowy i niezliczonych zmianach szkoleniowców, ta drużyna wciąż nie potrafi wykonać połowy udanego skoku pressingowego. Z czym do ludzi?

Różnica pomiędzy mistrzami, a ich sąsiadami z czerwonej części Manchesteru polega na tym, że ci pierwsi zwyczajnie są lepsi pod każdym możliwym względem. Wstyd to przyznać, ale moja ukochana drużyna, wbrew słowom Erika Ten Haga, nie gra w tej samej lidze. To była już druga weryfikacja stanu rzeczy w tym sezonie. Trzeciej raczej nie będzie, bo grając tak jak w derbach, Diabły nie mają czego szukać w pucharowym starciu z maszyną Jürgena Kloppa. W niedzielę kibice United po raz kolejny wyleją gorzkie łzy.

Łabędzi śpiew

Żeby całkiem nie zepsuć atmosfery wokół klubu, Czerwone Diabły wróciły do Teatru Marzeń, by pokonać Everton. Niestety, zamiast poprawić humory fanom, to zwycięstwo tylko udowodniło, że te rozgrywki powoli zmierzają do gorzkiego finału. Oba strzały, które znalazły drogę do bramki Jordana Pickforda, zostały oddane z 11. metra. Gdyby nie przeboje Alejandro Garnacho, to nie mielibyśmy o czym mówić, Pamiętniczku. Argentyńczyk jest w tym momencie jedynym charakternym graczem na Old Trafford, wyłączając tych z zespołów przyjezdnych.

Smutno patrzeć na to, jak kopie się po czole Bruno Fernandes, a Scott McTominay mierzy się z własnymi ograniczeniami. Dość powiedzieć, że jednym z najważniejszych zawodników United jest obecnie Jonny Evans. Staruszek przyjechał potrenować na tydzień, a Ten Hag opiera na nim swoją koncepcję gry w obronie. Irlandczyk z Północy jest ostatnim, który pamięta rządy sir Alexa Fergusona i wciąż potrafi grać tak, jakby za chwilę miał spodziewać się “suszarki” w szatni. Przy obecnej kadrze jawi się wręcz jako żywy duch Roya Keana. To wiele mówi o postawie drużyny i jej nastawieniu.

Wygrana z Evertonem to łabędzi śpiew marzeń moich ulubieńców w tym sezonie. Pozwala utrzymać złudne nadzieje na to, że wreszcie uda się zniwelować stratę do czołowej czwórki. Złudne, ponieważ pogoń za czołówką trwa właściwie od początku rozgrywek. Nic nie wskazuje na to, że akurat to jedno zwycięstwo, z rywalem walczącym o utrzymanie, pozwoli cieszyć się choćby z 5. miejsca na finiszu. Wyczyny podopiecznych Erika Ten Haga skończą się najpewniej wyjazdami do Kazachstanu w czwartki.

Stylu brak

W 60. minucie starcia z przyjezdnymi z Merseyside skończyła się gra United. Wszyscy stanęli w miejscu i czekali na to, aż mecz się skończy. Od tego momentu to Everton wyglądał na zespół z wyższej półki i raz za razem straszył pod bramką Onany. To wymowne, że po strzeleniu 2 bramek z rzutów karnych, Bruno Fernandes i spółka uznali, że ich robota została wykonana. Tym razem udało się upilnować wyniku, ale trzeba pamiętać o tym, ile razy Manchester tracił prowadzenie wraz z kontrolą nad meczem.

Wyobraź sobie, drogi Pamiętniczku, że Czerwone Diabły w bieżącej kampanii już 7 razy traciły punkty, kiedy wychodziły na prowadzenie. Słabo świadczy to o umiejętności wyciągania wniosków przez sztab szkoleniowy. Cofanie się przy skromnej zaliczce to gra w rosyjską ruletkę. Może dałoby się tego uniknąć, ale do tego potrzebny jest styl. A tego na Old Trafford poszukują od prawie roku. Po 101 meczach pracy Erika Ten Haga wciąż nie widać jego ręki ani wytycznych.

Marzy mi się, by zobaczyć swoich ulubieńców w intensywnym pressingu, grających z polotem i zdecydowaniem. Wygląda jednak na to, że znów wychodzę na marzyciela. Przy całym składzie personalnym, na który składają się przecież postacie nietuzinkowe i utytułowane, gra United obfituje w błędy, nieporozumienia i niedociągnięcia. Cały pomysł opiera się tylko i wyłącznie na przebłyskach Garnacho czy Kobbiego Mainoo, a to przecież żółtodzioby! Czy to wina trenera? W całości na pewno nie, ale bądź co bądź to na nim spoczywa ciężar wtłoczenia swojej wizji do głów podopiecznych.

Lato decyzji

Przed sir Jimem Ratcliffem pracowite lato, pełne ważnych decyzji do podjęcia. Nie chcę być w skórze trenera, piłkarzy i sztabu, jeśli ten sezon zakończy się porażką. Posada szkoleniowca to jedno, ale w obliczu obsadzenia pozycji dyrektorów sportowych przez nowe twarze szykuje się prawdziwy exodus graczy z Old Trafford. Ba, samo Old Trafford może nie doczekać nowej ery! W najbliższych miesiącach ma bowiem dojść do decyzji o jego przebudowie lub zastąpieniu nowym obiektem.

Grupa INEOS z pewnością będzie chciała zapełnić nowy (albo odnowiony) stadion. Facjaty, na których grubymi literami wypisano “Porażka”, średnio się do tego nadają. Nowa polityka transferowa ma wyznaczyć nowe standardy w United i pomóc dogonić City, Liverpool czy Arsenal. Niestety, inaczej niż w koszykówce, futbol nie przewiduje czegoś takiego, jak draft. Przebudowa Czerwonych Diabłów (kolejna w ciągu przeszło dekady) odbędzie się więc w raczej bolesny sposób.

Bruno, Marcus, Harry Maguire i inni napisali swoje historie w Teatrze Marzeń, ale ich czas powoli dobiega końca. Twarze nieudanego projektu będą zastępowane nowymi. Taka jest cena postępu sportowego. Zrozumieli to na Anfield, Etihad i Emirates. A skoro tam łzy przerodziły się w triumfalne uśmiechy, to znaczy, że jest to właściwa ścieżka. W United muszą zrozumieć, że grają o swoją przyszłość. Może wtedy “magicznie” się obudzą, pokazując, że nie chcą skończyć tak, jak Jesse Lingard – na peryferiach wielkiej piłki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dziewiętnaście − 16 =