Kilka nieporadnych słów o telewizyjnych wpadkach

Fot. Ben Collins, unsplash.com

Potyczki językowe, uśmiercenie żyjących osób, przekleństwa, wywrotki, trudni rozmówcy, wygłupy w eterze, czy walka z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi. Witam w dziennikarskim koglu-moglu, tu „[…] słoń zagra na fujarce, Pinokio nam zaśpiewa, zatańczą wkoło drzewa. Tu wszystko jest możliwe […]”. Możecie skoczyć po popcorn, chipsy, kawior, lampkę lub, jak kto woli butelkę wina. Rozsiądźcie się wygodnie i zaczynamy przegląd crème de la crème telewizyjnych wpadek.

„Upierdolony stół” – to się wypika

Wybrane osobniki postanowiły zadbać o swoją pozycję i przetrwanie w telewizyjnej dżungli w dość brutalny sposób. Ich motto brzmi: no rules. Nazywam ten gatunek „niedożywionymi wampirami”, z pewnością ich znacie i spotkaliście. Cechuje ich chytrość, ponadprzeciętna zazdrość, a nawet inteligencja, brak ambicji i pomysłu na siebie, męczennictwo, przypisywanie sobie sukcesów koleżanki/kolegi i obwinianie innych. Z dramatami są za pan brat, a ich ego nie pomieści nawet Stadion Narodowy w Warszawie. Co poniektóre dość dobrze przysposobiły sobie umiejętność kamuflażu i mogą być bliżej, niż wam się wydaje. Przebiegły gatunek! A przy najbliższej okazji podstawią nogę i pokażą środkowy palec.

Kończąc ten fabularny opis albo popis. Zmierzam do wpadki Kamila Durczoka i jego wymiany zdań z wydawcą Arturem Rurarzem, zwanym „Rurkiem”. Dziennikarz okazał swoje niezadowolenie, ponieważ stół był „upierdolony”. Łącząc ze sobą kropki, możemy dojść do konkluzji: „no przecież ktoś musiał nagrać ten materiał i go opublikować”. Nagle cztery miliony widzów zobaczyło telewizję od kuchni. Może reakcja Durczoka była nad wyraz i został pokazany od nieszczególnie dobrej strony, ale ktoś podłożył mu świnie i działał na niekorzyść firmy. W następnym wydaniu Faktów dziennikarz nawiązał do swojej wpadki: „Jutro Fakty przy czyściuteńkim stole”.

Przygody wujka Prokopa i cioci Wellman

Nie wierzę w mit o miłości idealnej i znalezieniu drugiej połówki brzoskwini (bądź jabłka, pomarańczy), która została rozrzucona po świecie. Podobno dwie dusze szukają siebie, a kiedy się znajdą, tworzą jedność. Ta wizja ocieka romantyzmem i może być niezłym tekstem na podryw: „myślisz, że jesteś moją połówką brzoskwini?”. Wybaczcie, ale dopiero po zapisaniu ciarki cringu przeszły po moim ciele. Proszę, nie mówcie tak do przyszłej partnerki – chyba, że macie zamiar ją rozbawić. Do tego dodajmy zakończenie: „I żyli długo i szczęśliwie…”, a statkiem miłości dopłynęli na bezludną wyspę, na której codziennie oglądali wschody i zachody słońca, aż po kres swojego życia. W oktagonie statystyki rozwodowe dałyby niezłego lewego sierpowego słodko pierdzącym historiom. Sorry, bliżej mi do bohaterów ze Shreka niż ze Śpiącej królewny z 1959 r.

Natomiast wierzę w stworzenie duetu prawie idealnego w programie telewizyjnym. Mowa o najpopularniejszej parze prowadzących Dzień Dobry TVN: Dorocie Wellman i Marcinie Prokopie. Łączy ich nie tylko praca, ale również przyjaźń i znakomite poczucie humoru, które nie raz i nie dwa ratowało prezenterów z wpadek na żywo. A skoro już przy nich jesteśmy, to kto pamięta roztargane w kroku spodnie Marcina Prokopa? Poradzili sobie śpiewająco, a wujek Prokop pozamiatał puentą: „Z Nowym Rokiem, z nowym krokiem”. Innym razem prowadzący przejęzyczył się i powiedział „piczka” zamiast „pizza”. Zdarzyło mu się również spóźnić do studia i wbiegł w czapce, a ciocia Wellman zsunęła czapkę na oczy i powiedziała: „Zgaś światło, synku!”. Biję od nich taka autentyczność!

„Zając ssie kota”, a 48-latka kradnie zabawki

Znacie ten stan, w którym musicie zachować powagę, ale wiecie, że zaraz eksplodujecie? Resztką sił próbujecie uciszyć wydobywający się śmiech, ale on postanawia zapanować nad wami. Wystarczy jedno zdanie, jeden grymas i po ptokach. Beata Tadla i Marta Klos przekonały się o tym na wizji w TVN24. Pierwsza prezenterka nie była w stanie poprowadzić porannego serwisu. W papierowym wydaniu gazety jej kolega – Jakub Porada – przeczytał tytuł „Zając ssie kota” i nazwisko weterynarz „Wydra”. Połączenie jednego i drugiego rozbawiło prowadzących, w tym Beatę Tadlę, aż do łez.

Wyobraźcie sobie sklep z zabawkami: lalkami, misiami, samochodami, planszówkami, klockami. Dodajcie do tego tę miłą ekspedientkę – niech nazywa się Basia i ma 48-lat, która zawsze pomoże i doradzi, co wybrać na urodziny 7-letniego Krzysia. Pomogła też wam, jesteście zadowoleni z zakupów i wracacie do domu. W międzyczasie pani Basia już kończy pracę i kradnie zabawki ze sklepu. Chomikuje je w mieszkaniu, a następnie sprzedaje na aukcji. Może pani Basia jest współczesnym Robin Hoodem albo pomocnikiem Świętego Mikołaja?

Nie kradnijcie zabawek, bo jako przestępstwo grozi karą pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat. Poza tym trochę wstyd, jeśli osadzone zapytają: za co siedzicie? I przyznacie się, że za kradzież zabawek. Abstrahując od tego wątku, teraz spróbujcie przeczytać serwis, ciągle mając ten obraz przed oczami. I tutaj Houston, mamy problem! Prowadzącą Martę Klos pokonały zabawki.

Olga Samsonowicz z TVN24 i Anna Stelmach z gazety CDN /fot. Eden Król

Mleko się rozlało

Przyznajmy sami przed sobą, że nie lubimy być na językach w kontekście niechlubnych wystąpień. W szczególności takich, które mogą mieć duży wpływ na naszą reputację. Jak sobie radzić z wpadką po emisji? Co zrobić? Z tym pytaniem przyjechałam do Warszawy na IX Krajową Konferencję OFMA, więcej o wydarzeniu dowiecie się w wywiadzie z Bartłomiejem Chlabiczem. Postawiłam sobie jeden cel: porozmawiać z Olgą Samsonowicz z TVN24, która prowadziła warsztaty o reporterstwie telewizyjnym „Szyny były złe i podwozie też było złe”.

Zebrałam z podłogi resztki odwagi i podeszłam do Olgi Samsonowicz. Jeśli uczyć się to od doświadczonych dziennikarzy.

Jeżeli jest to wpadka z gatunku takich przykrych dla nas, bo za chwilę stajemy się viralem i zrobiliśmy coś nieodpowiedniego. Nie wiedzieliśmy, że jesteśmy na antenie. Użyliśmy wulgaryzmu, co też się zdarza. Przecież, praca przed kamerą wiąże się ze stresem. Jedyne, co możemy zrobić, to tak naprawdę przeprosić przy najbliższej okazji, czyli kiedy jesteśmy na antenie jeszcze tego samego dnia. Nie udajemy, że sytuacja nie miała miejsca, ale też bez przesady. Świat się nie zawalił. Świat się nie skończył, dlatego że ja, czy pani popełniła jakiś błąd na antenie. Gorsza sytuacja jest wtedy, kiedy podamy np. nieprawdziwą informację. Byłam kiedyś świadkiem, akurat to nie była moja wpadka, chociaż też mam mnóstwo ich na koncie, że ktoś uśmiercił pewną znaną osobę. Zupełna pomyłka, ta osoba źle zrozumiała to, co usłyszała w słuchawce od swojego wydawcy. To już jest poważny temat i wtedy pamiętajmy o tym, że zawsze pracujemy dla wybranej redakcji. Poza naszymi przeprosinami mamy takie wsparcie instytucjonalne i trzeba z niego korzystać. Dopóki nie robimy komuś krzywdy naszą wpadką to świat się nie zawalił i zawsze z tego wstaniemy. Chociaż zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach jest o wiele trudniej, niż 10 lat temu, bo mamy media społecznościowe. Wchodzimy na Tiktoka, na Instagrama i nagle widzimy siebie. Pamiętajmy o tym, że każdy ma taką żywotność max tydzień, po tygodniu ktoś inny, mówiąc brutalnie popełni wpadkę i w ten sposób świat trochę o nas zapomniał.

Udawana powaga

Nie jestem Alfą i Omegą polskiego dziennikarstwa. Określiłabym siebie jako debiutantkę, która zaczyna raczkować, a czasami w akcie odwagi uda mi się wstać i przez chwilę utrzymać. Potem zaliczam klasyczną glebę, raz na miękkiej, a inny razem twardej powierzchni – auć. Chwilę sobie poleżę, otrę kolana i łokcie, w międzyczasie jeszcze rzucę soczystym mięsem, żeby móc dziarsko wstać. Ten, kto nie był chociaż raz w podobnej sytuacji, niech pierwszy rzuci kamieniem, ewentualnie śnieżką.

Moralna strona nakazuje mi podzielić się moją potyczką, którą zaliczyłam w trakcie warsztatów dziennikarskich. W końcu okładamy się po równo. Miałam jedno, proste zadanie do wykonania: zostałam pogodynką na ok. 2 minuty. Uściślając, prezentowałam pogodę w woj. pomorskim. Po prostu banał! Ale, czy na pewno?

Dodatkowe oko, które pojawiło się przede mną, spowodowało, że moje gesty wykonywane ręką nie współgrały z wypowiadanymi słowami. Nagle Gdańsk znalazł się w Słupsku, a Człuchów w Kwidzynie. Kreatywność pchnęłam mnie do stworzenia własnej mapy woj. pomorskiego. Kolega zapowiadający newsy zakrywał twarz i walczył ze sobą, ale słyszałam jego rechot. W reżyserce już płakali ze śmiechu, a ja nadal pewna siebie brnęłam z tematem. Pełna powaga na mojej twarzy, z kolei wewnątrz podobna reakcja jak w reżyserce. Prowadzący zajęcia robił wszystko, żeby zachować poker face. Bezcenny widok.

Taka ze mnie pogodynka jak z koziej dupy trąba. Nie zamierzam nią zostać. Chociaż tyle mogę zrobić dla was. Nie musicie mi dziękować – sama sobie podziękuję. A za brak taktu nie zamierzam przepraszać, radzę wypuścić powietrze z płuc i poluzować krawat.

Na zakończenie przywołam ostatnie przedśmiertne słowa Beethovena: „Komedia skończona”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *