Anomaladie: Chorzy na worzy

             Thao otworzył obolałe oczy. Mimo to wciąż widział ciemność. Szorstki materiał dusznego worka blokował mu wszelką wizję. Ręce krępowała grupa lina, a zad spoczywał na krześle. Sądząc po sposobie w jaki skrzypiało był to metalowy składak. Najgorszy rodzaj, zdecydowanie niegodny jego zmęczonych spaczonych lekką nadwagą pośladków. 

             – Który śmiałek śmiał mnie porwać! – Usłyszał dziewczęcy wrzask, zdolny momentalnie zagłuszyć wszelkie krześlane odgłosy. – Pokaż no się tchórzu, ale najpierw zapal światło! Zobaczysz wtedy komuś nadepnął na odcisk!

             Thao nie miał pojęcia kim był rzeczony śmiałek czy też tchórz, ale wiedział jedno – ta laska była jakaś nietentego. 

             – Zamknij mordę! – odwarknął. – Bez okularów widzę że światło prześwituje przez worek? Jesteś ślepa czy co?

             – To się nazywa dramatyzm ty… Zaraz zaraz, kim ty w ogóle jesteś? To ty mnie pojmałeś? Jeśli tak, szykuj się na śmierć!

             Choć wrzaski babska z naprzeciwka kłuły go po uszach, raczej daleko im było do czegokolwiek zdolnego go zabić. A jako że zaczynał powoli mieć dość tej całej tajemnicy, postanowił wyrwać się stąd, dokądkolwiek go wpakowano. Lina była bowiem gruba, ale nie dość gruba by oprzeć się jego wiernej duchowej katanie. Wystarczyło ledwie zamachnąć ręką, a niewidzialny oręż natychmiast pojawiał się w…

             – Cholera – mruknął, zorientowawszy się że przez linę właśnie, nie sposób się poruszyć. A że ciężkie czasy wymagały, ciężkich metod… – Ej ty, babo w worku!

             – Dla ciebie PANI babo w worku! Poza tym ja mam imię, wiesz?

             – Na imię ci Gotka, prawda? – odezwał się nagle nieco niższy głos z nieco dziwnym akcentem. Brzmiał aż przerażająco spokojnie. – A ty jesteś Saigon. Miło mi was poznać. Moje imię to…

             – To ty mnie uprowadziłeś! – Krzesło dziewczyny aż podskoczyło. – I nie jestem żadna Gotka tylko Mag… Nie ważne jak mi na imię! Rozwiązuj te święcone liny i stawaj do walki!

             – Twierdzisz że Gotką się nie nazywasz – Zamyślił się nieco zmieszany. – A zatem plakietka na twej bluzce kłamie. Ja nie skłamię natomiast, oznajmiając z przykrością że nie zdołam spełnić twojego życzenia. Przywiązane do krzesła kończyny uniemożliwiają mi stanie, a siła mych mięśni nie jest na tyle rozwinięta by rozerwać ciążące na nich liny. Co jednak powiesz na pojedynek spojrzeń? 

             Święcone liny, pomyślał Thao. Nie był to sprzęt na który mógł pozwolić sobie pierwszy lepszy porywacz, a już na pewno nie do związywania jakiejś walniętej szajbuski. Wszystko wskazywało więc na to że albo miał do czynienia z kimś bardzo ostrożnym, albo wiedzącym o tej całej Gotce więcej niż on. No i dochodził jeszcze ten drugi typek. Widział jakąś plakietkę, a więc nie miał wora na głowie. 

             – Wierz mi że nie chciałbyś spojrzeć mi w oczy, mój drogi – Dziewczyna zaśmiała się szyderczo. – Wygranie takiego starcia byłoby dla ciebie dość, hmmmm, TWARDYM orzechem do zgryzienia.

             – Twój ton jest przepełniony pewnością siebie. Podoba mi się. 

             Głośne kaszlnięcie Thao zagrzmiało w całym pomieszczeniu. Miał absolutną pewność że po czymś takim zwrócił na siebie uwagę.

             – Nie chcę wam gołąbeczki przerywać, ale przypominam że nadal nie wiemy gdzie jesteśmy. Możecie na moment przestać…

             – Ja wiem gdzie jesteśmy – przerwał mu chłopak o dziwnym akcencie. – To sala lekcyjna przeznaczona do nauki historii. W szkole imienia Mikołaja Kopernika na osiem trzy zero jeden N Harlem Avenue. 

             – Że co? – odezwali się jednocześnie Thao i dziewczyna. 

             Dopiero teraz zaczął sobie wszystko przypominać. Był późny wieczór, a on właśnie kończył zmianę. Wychodził z restauracji dziadka wyrzucić śmieci. Ledwo chwycił za klapę od śmietnika, a poczuł lekkie ukłucie w barku. Nim zdążył zareagować, nogi kompletnie mu zgalaretowiały. Upadłby na chodnik, ale ktoś go złapał. Ostatnim co pamiętał była sylwetka jakiegoś brodacza unoszącego dłoń. Cholernie dziwna sprawa. 

             – Aweniu aweniu, ale gdzie konkretnie? – zaniepokojony głos dziewczyny wyrwał go z kontemplacji. Gdy nie darła się jak opętana brzmiała zupełnie inaczej. 

             – Znajdujemy się w Niles w amerykańskim stanie Illinois. Jest godzina dwudziesta trzecia osiemnaście, a temperatura powietrza to dwanaście stopni Celsjusza. Pogoda jest raczej pochmurna. 

             – Śmiesz żartować? – Głos dziewczyny zadrżał przeraźliwie. – Chcesz mi wmówić że ktoś porwał mnie aż do Stanów? Przecież ja nawet nigdy w Wawie nie byłam…

             – Masz absolutną rację Mag. W WAWie występowały wyłącznie członkinie zespołu Mamamoo. Jeśli więc nie jesteś Hwasą, Solar, Moonbyul czy Wheein, nie miałaś prawa pojawić się w tym mini albumie. Chyba że jako pisarz tekstów, producent albo…

             – O czym ty do mnie mówisz człowieku? I nie nazywam się Mag!

             – Rozumiem Gotko.

             Dziewczyna próbowała złapać się za twarz, lecz lina na nadgarstkach prędko ją powstrzymała. Sama zaś, zaczęła powstrzymywać pierwsze łzy.

             No i Thao zrobiło się trochę głupio. Oczywiście nie na tyle by próbować ją pocieszyć, bo sam zaczął poważnie rozważyć czy darcie japy o pomoc nie byłoby dobrym pomysłem. Stany Zjednoczone nie oznaczały nic dobrego. Wątpił czy da się przelecieć Pacyfik w mniej niż dziesięć minut, o pogmatwaniu czasu lokalnego nie wspominając. Najpierw ta święcona lina, a teraz jeszcze to… Zorientował się już że jego towarzysze niedoli raczej nie są normalnymi dzieciakami. W szczególności ten chłopak który zaczynał go powoli martwić. 

             – Te, kolego mądralo – burknął do akcenciaka. – Też masz taką plakietkę jak my? 

             – Tak. 

             – A co na niej napisane?

             – Mental. To również nie jest moje prawdziwe imię, ale brzmi fajnie. 

             – Debil brzmiałby za to adekwatniej. Gadaj jak ściągnąłeś worek ze łba. 

             Chłopak nie odpowiedział. Sądząc po głośnym “hmmmmmm” ciągnącym się z jego ust, poważnie się nad czymś głowił. 

             – Wybacz Saigonie, ale to informacja zastrzeżona. Nie mogę ci tego zdradzić.

             – No chyba masz rację… – Westchnął Thao. – Musisz. 

             Swoboda nadgarstka okazała się wystarczająca by przywołać niewidzialnego saia. Jednym zwinnym ruchem wystrzelił go raptem kilka centymetrów od ducha tego całego Mentala. Thao momentalnie usłyszał głośny trzask i przygotował w dłoni kolejny pocisk. Krzesło z pewnością się wywróciło, lecz nie miał pewności czy nie pękło. 

             – Nawet nie myśl żeby dygać! – ostrzegł chłopaka. – Następny wyląduje w twojej dupie! A że widzę tylko ducha nie gwarantuje że nie zahaczy o okolice!  

             – Ale tam są moje organy rozrodcze…

             – Zaraz będą rozdarte jeśli mi nie powiesz jak zdjąłeś ten zasrany wór!

             Mental znów zamilkł. Tym razem nawet bez krótkiego “hmm”. Thao miał wrażenie jakby jego duch zmieniał kolor w okolicach głowy. Z naturalnego żółtego przeradzał się w subtelny odcień błękitu. 

             – Otóż wibrowałem – odparł po chwili przewrócony chłopak. Brzmiał niemniej spokojnie co wcześniej. – Wibrowałem karkiem dość mocno by sam zleciał. 

             Thao już miał zapytać że o czym on w ogóle pierniczy, ale odpuścił sobie. Miał nadzieję że ojciec zaraz obudzi go pstryczkiem w ucho i pośle do kuchni kroić warzywa. Jeszcze nigdy tak nie tęsknił za obierkami marchwi. 

             – Czy teraz ja mógłbym zadać ci pytanie, Saigonie? – Uprzejmy głos Mentala wciągnął go z powrotem do dziwacznego koszmaru. 

             – Dawaj – westchnął. – Co mi szkodzi. 

             – Dlaczego nie wystrzeliłeś swojego nożyka w linę na moich rękach? Patrząc na twą celność mogę stwierdzić że bez wątpienia zdołałbyś w nią trafić. Stał za tym działaniem zawiły plan o którym nie mam pojęcia czy zwyczajnie dałeś się ponieść emocjom?

             – To… – Thao sam nabrał ochoty złapać się za twarz. – To dobre pytanie stary. Może po prostu debilizm jest zaraźliwy.

             Wtem, chłopaki usłyszeli krzesło raz po raz zderzające się z podłogą. Każdemu tąpnięciu towarzyszyło głośne dyszenie i pociągnięcia nosem. 

             – Już ja ci pokażę zarazę – syknęła, hopsając na krześle w ich stronę. Jej głos był jakby niższy i dużo bardziej szorstki. – Powiedz mi panie Mentol…

             – Mental. Piszę się to M. E. N. T. A…

             – Jak zwał! Czym ten gbur w ciebie rzucił?

             – Ten gbur gówno widzi, ale wszystko słyszy…

             Właściwie, Thao widział dużo więcej niż sądził. Zerkając na duszę dziewczyny, o mało sam nie wywrócił się na swym krześle. Była potwornie wypłowiała i pełna dziur, niby zepsuty szwajcarski ser. Wiedział już przynajmniej dlaczego akurat ją związano święconym sznurem. Chociaż z drugiej strony wciąż nie potrafił uwierzyć jak można doprowadzić swoją wewnętrzną esencję do takiego stanu.

             – Słyszy czy nie słyszy – ciągnęła dziewczyna – nie zamierzam siedzieć tu ani chwili dłużej. Jeśli faktycznie masz takiego dobrego cela, traf mnie w serce. Na pewno będzie ci łatwiej niż w 

             I nagle spleśniała dusza przestała być najbardziej niepokojącą rzeczą w tej wariatce.

             – Że co proszę? – jęknął zirytowany. – Ja wiem że jest kiepsko i w ogóle, ale samobójstwo to chyba ostateczność, nie sądzisz?

             – Jakie znowu… Słuchaj no jełopie! – ryknęła wściekle. – Gdyby to ode mnie zależało rozkazałabym naszemu upadłemu mądrali żeby mi pomógł. Ale popatrz no…

             – Nie popatrzy – wtrącił wspomniany upadły mądrala. – Cały czas ma worek na głowie.

             – To przenośnia jest! Leżysz ty na glebie jełopie numer dwa?

             – Owszem.

             – Możesz wstać?

             Oboje workogłowi usłyszeli stukanie powalonego krzesła. Brzmiało to jakby miotał się tam drewniany pstrąg. 

             – Nie, nie mogę. 

             – No widzisz kochany… – ponownie zwróciła się do Thao. – Zachciało ci się zgrywać kozaka zabijake to teraz proszę dźwignąć konsekwencje. Czegokolwiek nie miętosisz tam w rękach, moje serducho czeka!

             Ciężko było stwierdzić kim naprawdę jest. Ponownie spoglądając na jej duszę, Thao zauważył że tam gdzie znajduje się serce wyryta jest największa z zapyziałych dziur. Mieniła się szkarłatnymi iskrami, przywodząc na myśl silniki wojskowych samolotów. 

             – Widzę jak kręcisz dłonią, Saigonie – przemówił nagle Mental. – Tak samo robiłeś to nim mnie wywróciłeś. Czy rozważasz spełnienie jej prośby?

             – Właśnie “Saigonie” – dodała Gotka nieco zniecierpliwiona. – Strzelasz czy nie? Bo zaczyna mi już dupa drętwieć. 

             A więc coś ich jednak łączyło. Brzmiała na dość pewną siebie, a i dziwaczność jej duszy dawała mu pewną nadzieję. Zaczął więc kręcić nadgarstkiem jeszcze szybciej. 

             – Psst… – Mental szepnął do niego zauważywszy nasilający się ruch. – Zastanów się nad tym Saigonie. Przebicie aorty gwarantuje szybką, lecz wyjątkowo bolesną śmierć. Rozumiem że Gotka jest denerwująca, głośna i zadufana w sobie…

             – Hola hola, panie wibrator! Ja tu wszystko słyszę!

             Mental odchrząknął. 

             – Rozumiem że Gotka może wydawać się denerwująca, głośna i zadufana w sobie, ale to nie powód by ją uśmiercać. Jeśli jednak nie masz zamiaru myśleć o niej, pomyśl o sobie. Czy byłbyś w stanie znieść poczucie winy, Saigonie?

             Thao milczał.  Zastanawiał się tak jak polecił mu Mental. I wiedział co robić.

             – To zależy o jakich obrażeniach mówimy – odparł po chwili z nonszalancją w głosie. – Nie znam się na organach wewnętrznych na tyle by znać poziom zagrożenia.

             – Serce to centralny narząd układu krwionośnego strunowców, stawonogów, pazurnic, mięczaków i ramienionogów. Zbudowany jest z tkanki mięśniowej poprzecznie prążkowanej typu sercowego. Zazwyczaj narząd ten otoczony jest osierdziem… 

             Nim zdołał dokończyć zdanie, niewidzialny sai świsnął w powietrzu. Thao wystrzelił go prosto w paszczę iskrzącej się dziury. Nie spudłował. 

             – Auć… – jęknęła Gotka. – Dobry strzał… 

             – Saigonie! – Mental podniósł głos po raz pierwszy. Był wściekły i rozedrgany. Krzesło na którym leżał znów zaczęło klekotać. – To było nierozsądne i pochopne! Jestem zmuszony zadzwonić na pogotowie!

             – Zaraz zaraz… To ty przez ten cały czas miałeś przy sobie telefon! 

             – Nie miałem, pochopniku. To ja jestem telefonem. 

             Thao żałował że nie ma duchowej pały którą mógłby palnąć sobie w łeb. O czymkolwiek bredził Mental, dusza w okolicach jego głowy rozpromieniała błękitem. I pewnie zastanawiałby się nad tym dłużej gdyby nie to co ujrzał spoglądając na duszę Gotki. 

             Zaczęła skręcać się i zwijać jak klucha surowego ciasta. Dziury się zlepiały, lecz za moment powstawały nowe. Jedyną która pozostała niezmienna była ta największa. Ta w której wciąż wisiał jego wierny sai. Szkarłatne iskry zaczęły oblepiać go ze wszystkich stron, dopóki nie zaczął pękać. Jak się jednak prędko okazało, świat duchowy nie był nawet w połowie tak dziwny jak świat fizyczny. 

             – No nareszcie – Mroźny szept przeszył mu uszy na wylot. Towarzyszył mu odgłos pękających lin. – Jestem woooooolnaaaaaaa!

             Nie miał ani trzeciego saia, ani pojęcia co się dzieje, ale był prawie pewien że za moment zyska mokre majtki. Coś szumiało w powietrzu i zgrzytało zębami. Zdawało się pędzić od kąta do kąta niczym jakieś zdziczałe zwierze.

             Wtem, poczuł jak pętające go liny pękają. To wirujące coś rozcięło je jednym zabójczo szybkim uderzeniem. Mimo strachu natychmiast wstał na nogi, ściągnął worek ze łba i wywołał katanę. Nim się obejrzał stał w zwartej pozycji bojowej z ostrzem wyciągniętym do przodu. Już nic nie przysłaniało mu oczy. Patrzał tylko na to świat fizyczny. A obraz tego świata ten wprawił go w niemałe drgawki. Gdyby jego broń była równie namacalna co smukła istota stojąca przed nim, natychmiast by go upuścił. 

             To coś przypominało chorobliwie chudą kobietę, praktycznie szarego trupa. Miała na sobie obwisły biały materiał zwisający za patykowate nogi. Jej długie połyskujące szpony sięgały kolan, a jeszcze dłuższe włosy przypominały źdźbła złotego żyta. Choć pomarszczone ślepia miała kompletnie zatrzaśnięte, zdawała się spoglądać wprost na Thao. 

             – No i wszystko jasne… – wysyczał mroźny głos. – Rozumiem że charakterkiem nadrabiasz wzrost? 

             Młody szermierz kompletnie zamarł. To było za dużo nawet jak dla niego.

             – I właśnie tak maż na mój widok reagować… – Stwór uśmiechnął się szeroko ukazując szereg równych białych kłów. – Nie pogardziłabym pokłonem i jakimś hojnym darem, no ale od czegoś trzeba zacząć. O! Co powiesz na, “Dziękuję łaskawa pani”?

             – Dziękuję łaskawa pani – odezwał się Mental wstając z podłogi.

             Thao odwrócił głowę. Straszna pani również spojrzała w jego kierunku. Choć z nieco innych powodów, zupełnie nie tak go sobie wyobrażali. Był wysokim, szczupłym ciemnoskórym młodzieńcem ubranym w ciemno zielony golf. Tym co jednak najbardziej przykuwało w nim uwagę, oczywiście poza niezmiennie spokojną twarzą, była para czarnych oczu z błękitnymi źrenicami.

             Nie miały w sobie nic z szamana, a jednak Thao miał wrażenie jakby tym razem to on świdrował jego duszę. 

             – To ty jesteś murzynem? – wyrwała nagle bestia, po czym natychmiast zaczęła wymachiwać rękami. – To znaczy… Jesteś Afrykanem? 

             – Południowym “Afrykanem”, jeśli miałbym być dokładny. A ty jak rozumiem jesteś demonem przywołanym z Piekła?

             Thao nigdy nie sądził że gdy padnie słowo demon, opuści swoją broń. A tu proszę, świat zadziwił go po raz kolejny.

             – Chyba sobie kpisz! – oburzyła się bestia kładąc chuderlawe łapska na kościste biodra. – Myślisz że w Piekle mają takie sztuki? Myślisz że taki okaz można wygrać w barowe karty? Nie rozśmieszaj mnie chłopie… 

             – Wiele słów które przed chwilą usłyszałem nie mają dla mnie sensu w konfiguracji w jakiej je umieściłaś. Czy możesz wypowiedzieć się tak abym potrafił zrozumieć co masz na myśli?

             – Święte słowa – burknął Thao schylając się po wbity w oparcie sai. Wiedział doskonale że z odzyskaniem drugiego nie będzie tak łatwo.

             – Chodzi o to że tę dorosłą południcę dostałam w prezencie – wyjaśniła wskazując srebrzystym szponem na własne ciało. – Dziadek dał mi ją na dziesiąte urodziny. I nie z żadnego Piekła, tylko prosto z Edenu. Tamtejszych podróbek nawet by w tych swoich rękawiczkach nie tknął.

             – Zrozumiałem. – Mental rozłożył triumfalnie dłonie. – Świetnie wyszła ci ta wypowiedź. Była to wypowiedź na medal. Srebrny medal. 

             Thao o mało nie parsknął śmiechem. Prędko przypomniał sobie jednak o szybkich jak wiatr szponach. Chcąc przekonać się czy jego domysły są poprawne, znów odpalił duchową wizję. Nie pomylił się – drugi sai tkwił dokładnie w tej samej zaiskrzonej dziurze w którą go wrzucił. No i wszystko stało się jasne. No, przynajmniej większość, przynajmniej dla niego. 

             – Słuchaj no ty… – Bestia zacisnęła zęby stawiając niesłyszalne kroki ku chłopakowi. – A w ogóle jak już o mowie mowa, skąd ty tak dobrze mówisz po polsku?

             – Że po jakiemu niby? – Thao aż oderwał wzrok od zasuszonej piersi południcy. 

             – Popieram zdziwienie kolegi Saigona. I jestem zawiedziony faktem że znów mówisz o kwestiach których nie pojmuję. Gorzej, nie pojmujemy.

             – O to to to! – zakrzyknęła potworzyca wskazując szponem na ciemne usta rozmówcy. – Gadasz jak słownik, a teraz palisz głupa że nie rozumiesz? Masz mnie za idiotkę?

             – Hmmmm… – Złapał się za brodę, po czym spojrzał bestii prosto w zamknięte szare powieki. – To podchwytliwe pytanie. 

             – Żadne podchwytliwe, brachu – wtrącił się Thao, po czym głęboko westchnął. – Od kiedy się ocknąłem mówię do was po swojemu, a nie w żadnym polskim. Powiedz lepiej w jakim języku sam nas słyszysz. 

             – W Xhosa. 

             – Słucham?

             – Xhosa to aglutynacyjny język tonalny z rodziny bantu. Posługuje się nim około osiemnaście procent populacji południowoafrykańskiej. Jest on w pewnym stopniu wzajemnie zrozumiały z językiem zulu, zwłaszcza z zulu używanym w…

             – Drogi kolego – przerwał mu Thao kręcąc głową. – Czy my ci wyglądamy na obywateli którejkolwiek Afryki? 

             Mental zmrużył nieco oczy i zmierzył ich wzrokiem. Miał przed sobą skośnookiego chłopaka o półtorej głowy niższego niż on. Miał okrągłe okulary, okrągłą twarz o lekkim zaroście i niemniej zaokrąglony kształt ciała. Szary podkoszulek tylko to uwydatniał. Pod czarnymi jak smoła włosami widniała czerwona opaska z jakimś żółtym napisem.

             – Heo con – wyszeptał. – Prosiaczek po wietnamsku. 

             – Nie inaczej, kolego – westchnął Thao przybierając sztuczny uśmiech. – Dom najlepszego Bun cha w całym dystrykcie Minato! 

             I tak jak na Thao nie musiał patrzeć zbyt długo, gdy spojrzał na bestię zdawać by się mogło jakby jej obraz kompletnie go sparaliżował. 

             – No błagam – jęknęła bezradnie, po czym stuknęła szponem swej piersi. 

             Thao ujrzał jak jego sai upada na podłogę. Dusza znów zaczęła zmieniać formę, lecz tym razem był w stanie zauważyć co dzieje się wówczas z ciałem. 

             Potworzyca zaczęła się gwałtownie kurczyć i nabierać barw. Szpony prędko przekształciły się w drobne ludzkie dłonie, a biała szmata w czarną sukienkę z gorsetem i purpurowym kołnierzykiem. Nogi stały się krótsze i mniej kościste. Włosy przestały przypominać żyto, na rzecz czarnej grzywki o krwisto bordowych końcówkach. Zasuszona zębiasta twarz natomiast, przybrała postać smukłej dziewczęcej twarzy o czerwonych oczach i wyraźnych ciemnych kreskach.

             Dopiero bladość jej gładkiej skóry rozwiała wszelkie wątpliwości.

             – Już niech wam będę tą całą Gotką – przemówiła bladolica. – Ale Gotką z Gliwic. To takie miasto na Śląsku jeśli trzeba wam wiedzieć. 

             – Na czym? – zdziwił się Thao po czym zerknął z przerażeniem na Mentala. I słusznie.

             – Śląsk to kraina historyczna położona w Europie Środkowej, na terenie Polski, Czech i Niemiec. Od piętnastego do szesnastego wieku zaczęto wyróżniać podział…

             – A jak już o podziale mowa – warknęła Gotka. – Czy ktoś prosił żebyś podzielił się z nami tą informacją?

             – Otóż nie. Uznałem że niektórzy mogą nie wiedzieć…

             – To źle uznałeś – Zmrużyła gniewnie oczy. – Jak już masz strugać wszechwiedzącego robota powiedz coś czego nie wiem. Na przykład kto mnie tu wsadził z wami jełopami.

             – Hmmmmm…

             Podczas gdy Mental dumał nad sensowną odpowiedzią, Thao podniósł saia spod nóg Gotki i zbliżył się do okna. Jedno spojrzenie wystarczyło by pojąć że ten ciemny mądrala nie kłamał. Widział przez nie bowiem szkolny parking oraz domy z ogródkami, które za cholerę nie przywodziły na myśl żarówiastych sklepików centralnego Tokyo. Angielskie napisy na klasowych ścianach oraz wielka mapa Stanów Zjednoczonych tylko to potwierdzały. Tak jak przewidział, drzwi do sali były zamknięte. Znajdowali się co prawda na parterze, jednak rozbijanie okna w przybytku edukacyjnym obcego kraju raczej nie było jego wymarzonym powodem by trafić za kratki. 

             – Na to pytanie nie niestety również nie znam odpowiedzi – odezwał się w końcu Mental. –  Domyślam się natomiast co może być powodem naszego wzajemnego zrozumienia językowego. 

             – No dobrze – Dziewczyna przewróciła czerwonymi oczyma. – Niech będzie i tyle. 

             – Otóż problem tkwi w naszych uszach. Namierzyłem niewielkie urządzenie zaczepione tuż przy mojej błonie bębenkowej. Nie sposób się z nim połączyć, a kiedy próbowałem z nim porozmawiać, mówiło bardzo dziwnym szyfrem. Nie znalazłem o nim żadnych informacji w internecie, lecz śmiem sądzić że w waszych kanałach słuchowych znajdują się podobne urządzenia nadające na podobnych falach. 

             – Zaraz zaraz – Thao odszedł od okna lekko zmieszany. – Czyli nie dość że mnie uśpili, porwali i związali to jeszcze zachipowali? 

             – Kontekst tego w jaki sposób się tu znalazłeś wciąż jest mi obcy, ale ostatnia część zdaje się być trafnym spostrzeżeniem. 

             Młody wietnamczyk zamilkł. Zaczął poważnie rozważać czy nie zaryzykować i nie przebić go saiem. Nie znał się na technologii, ale był absolutnie pewien że w tych czasach lepiej jej nie bagatelizować. Kto wie czy przy uszkodzeniu tego tajemniczego chipa nie prąd nie usmażyłby mu mózgu. Wolał więc podejść do sprawy na chłodno i przekonać się czy typ który wydaje się znać temat nieco lepiej od niego, zdoła się czegoś dowiedzieć. 

             – Mówisz że porozumiewa się pewnym kodem, tak? – zapytał zbliżając się do biurka nauczyciela. Na jego szczęście szuflady były otwarte. – A może dałbyś radę go zapisać?

             – Jak najbardziej, Saigonie – Mental ruszył żwawym krokiem ku rozmówcy. – Lecz nie po ciemku. 

             Błękitne oczy afrykańczyka momentalnie rozbłysnęły białym światłem. Były jak dwójka przeciwmgłowych reflektorów samochodu. Snopy zatrzymały się na ledwo co wyciągniętej z szuflady kartce. Co się zaś tyczy ślepi Thao, te rozwarły się szerzej niż przypuszczał że to możliwe. Bez słowa podał długopis Mentalowi, który z miejsca zaczął nim coś bazgrać. 

             W tym samym czasie, Gotka również wyjrzała za okno. 

             – Wy chyba sobie ze mnie jajcujecie! – krzyknęła na stojących nad kartką chłopaków. – Wywieźli nas na inny kontynent, a wy się zamierzacie bawić w Rejewskiego?

             Mental już chciał otworzyć usta, lecz Thao położył mu dłoń na ramieniu.

             – Pisz – rzekł krótko, po czym zmierzył Gotkę wzrokiem. – A ty przydaj się na coś i sprawdź czy nie ma tu nigdzie kamer. Jeśli ktoś nas nagrywa albo obserwuje…

             Mental kaszlnął znacząco. Mimo to nie przestał rozpisywać słyszanego kodu. 

             – No mów że o co chodzi – burknął Thao. – Tylko bez naukowych definicji. 

             – Sprawdziłem już wszystkie sygnały w klasie i jestem pewien że nie ma tu żadnych innych urządzeń nagrywających. Chyba że te zmyślne chipy posiadają tego typu funkcję. Wnętrze ucha jest jednak miejscem o wyjątkowo kiepskim zasięgu obrazu, zatem śmiem twierdzić że…

             – To śmiej pisać dalej – przerwał Thao nie odrywając oczu od Gotki. – A ty możesz… No nie wiem w sumie. Demony potrafią czytać w myślach, co nie? To poszperaj za kimś kto tłamsi w nim chęć do międzynarodowych porwań nieletnich. 

             – Po pierwsze – odparła oburzona – byle imp nie wedrze się tak po prostu do przytomnego umysłu śmiertelnika. Tak się składa że mam w swej kolekcji okaz zdolny “poszperać” w zwojach świadomości, ale twierdzenie że wszystkie demony stoją na tym poziomie jest co najmniej rasistowskie. 

             – No no – Mental pokręcił głową. – Rasizm to nic dobrego, Saigonie. 

             – Kolega wie o czym mówię. A jeśli chodzi o po drugie…   

             Jej palec wskazujący zaczął wydłużać się, chudnąć i przybierać brązowy kolor. W raptem kilka sekund przypominał giętką gałązkę wierzby.

             – Doceniam wasze urocze starania, ale nie będę czekać aż wyciągnięcie mnie z opresji cni rycerze. Jeśli tak bardzo martwicie się o wory mięcha które nazywacie ciałami, droga wolna, podążajcie drogą frajerstwa. Pozwólcie jednak że ja przestanę się certolić w tym tańcu. 

              Skierowała gałęziasty palec do ucha, po czym zaczęła wkładać go coraz głębiej. Pewna siebie mina nie znikała jej z twarzy. 

             – Widzicie, siuśmajty? Jeszcze nie wybuchłam. Faktycznie czuję tam jakiś metalowy klocuszek, ale za cholerę nie mogę go…

             – NIE TYKAJ TEGO TŁUMACZA! WIESZ ILE TO KOSZTOWAŁO?!

             Jakiś przerażony głos wyrwał się ze stojącej przy ścianie szafy z mapami. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, a spomiędzy nich wyłoniła się tajemnicza sylwetka. 

             – Mental… – Thao instynktownie przywołał katanę. Czuł jak serce podskoczyło mu pod samo gardło, a w ustach jakby zaschło. 

             Reflektory prędko spoczęły na jegomościu z szafy. Był starym, łysym brodaczem ubranym w rybacką kamizelkę. Choć jeszcze przed chwilą wydał z siebie przepełniony grozą okrzyk, jego kanciasta twarz nie okazywała krzty emocji. Para czarnych oczu zdawała się wpatrywać w nicość. Starzec stał na środku sali kompletnie nieruchomo. 

             – To znaczy… – Zasapany głos wypłynął się z lekko uchylonych ust. Brzmiał jakby przemawiał nim ktoś o co najmniej pół wieku młodszy. A gdy tylko złapał oddech, przemówił iście teatralnym tonem. – Nie tykaj swego ucha niewiasto, gdyż nie wiesz co czynisz! 

             Wyciągnął dłonie w górę w proroczym stylu.

             Wspomniana niewiasta natychmiast przywróciła palec do ludzkiej postaci. Podobnie jak reszta zdziwionych kompanów czuła jak przerażenie powoli przeradza się w zwykłą dezorientację. Podłe uczucie którego miała już po przebite kolczykiem dziurki w nosie.

             – Kim pan do ciężkiej cholery jest? – zapytała z tłumioną przez zaciśnięte zęby furią. 

             – Do najcięższej spośród choler! – dodał Mental wstając z nad biurka i przybierając pozycję bokserską. Stojący obok Thao mógłby przysiąc że po raz pierwszy widział by marszczył brwii.

             Starzec uśmiechnął się złowieszczo, po czym opuścił dłonie. Zaczął powoli kroczyć naprzód, strzykając przy tym kostkami. 

             – Niektórzy zwą mnie Arcypodróżnikiem – oznajmił niezmiennie otwartymi ustami. Głęboki głos bił po uszach uprowadzonych niczym kościelny dzwon. Każdy ciężki krok brodacza czynił go coraz potężniejszym. – Inni mówią na mnie Wszechbytujący czy Mistrz Czasoprzestrzeni. Ale ja, niezmiennie od niezliczonych mileniów, jestem prostu Conector. Wy zaś, moje małe międzynarodowe zarazki, jesteście moimi przeciwnikami. 

             Nim ktokolwiek zdążył przyswoić sobie słowa starca, ten zacisnął pięści i uniósł je do góry. 

             – A teraz stawajcie do walki! Wszystkie chwyty dozwolone!

             – Ja już stoję! – odparł Mental stojąc.

             – A ja już walczę! – Gotka rzuciła się na dziada szponami południcy. Jej oczy płonęły mordem i żądzą krwii. Nim jednak sięgnęła celu, ten zniknął jej z oczu pozwalając dziewczynie wpierniczyć się w szafę z mapami. 

             Thao nawet nie mrugnął, a Conector wyrósł tuż przed nim. Instynkt przetrwania kazał mu z miejsca ciąć go kataną, lecz strach okazał się silniejszy. Gdy tylko ujrzał jego nieruchomą twarz od razu aktywował wizję dusz. Prędko tego czynu pożałował. 

             – A ja… – wydukał do stojącego obok Mentala, równie sparaliżowanego strachem. – Ja już się chyba poddałem.

             Chciał wierzyć że mu się przywidziało, ale wiedział że jego wada wzroku obejmuje tylko te ludzkie oczy. Kimkolwiek czy czymkolwiek był ten cały Conector, Thao nie widział w nim żadnej duszy.

             Zobaczył natomiast pędzącą pięść Mentala który z kolei nie widział w tym problemu. 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *