Od marzenia do sukcesu – wywiad z ARTurem Moonem

fot. Paul Lazniak (zdjęcie od ARTura Moona)

„Daj sobie czas na doświadczenie. Nie szukaj na zewnątrz, ale w sobie” – tą namiastką wywiadu, chciałabym zaprosić was na rozmowę z pianistą koncertowym, kompozytorem, improwizatorem i wizjonerem ARTurem Moonem. Występował na światowych scenach muzycznych: USA, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Grecji, Szwajcarii, Malcie, Indonezji, Filipinach i wielu innych krajach. Porozmawialiśmy szczerze o pięknych, ale i tych trudnych momentach w życiu i show-biznesie. W wywiadzie dowiecie się m.in.: Jak wyglądały początki ARTura Moona? Co się dzieje z artystą, kiedy schodzi ze sceny? Dlaczego powrót do korzeni jest ważny? Czy hejt dotknął mojego rozmówcę?

Kiedy stawiałeś swoje pierwsze kroki muzyczne? Jak odkryłeś swoją pasję do pianina?

Zaczęło się od tradycji rodzinnych. W moim domu była pasja do muzyki. Kolędowaliśmy we wspólnym ognisku domowym. Śpiewaliśmy zawsze z okazji świąt i celebrowaliśmy wspólnie chwile. Pierwszy raz zagrałem na fortepianie w wieku 4 lat. W tym okresie pierwszy raz dotknąłem pianina i zacząłem paluszkiem grać jakąś kolędę. Siostra grała na flecie, brat na skrzypcach. Tata grał amatorsko, zawsze chciał być organistą. To było jego wielkie marzenie, ale nigdy nie miał okazji go zrealizować, bo nie miał edukacji. Większość rodziny po stronie mamy, ja i moje rodzeństwo ukończyliśmy pierwszy stopień muzyczny w Wejherowie. Taki nasz obowiązek rodzinny po babci. Tylko ja poszedłem dalej i udało mi się przejść przez kolejny szczebel. Ukończyłem 2 stopień w Gdańsku i rozwijałem swoją drogę muzyczną.

Jak to się stało, że chłopak z Wejherowa zaczął występować na światowych scenach?

Zaczęło się od marzeń młodego chłopaka. Podam przykład, zacznijmy od Stanów Zjednoczonych, do których wyjechałem w 2016 r. Kiedy byłem dzieckiem, oglądałem stację telewizyjną Disney Chanel i leciał film „High School Musical”. Nigdy tego nie mówiłem w mediach, ale Tobie powiem. Patrzyłem i myślałem sobie: „Boże, jak oni wspaniale śpiewają na scenie. Chciałbym też być w takim college’u”. Następnie pojawił się ktoś ze Stanów Zjednoczonych i zaproponował koncert w Polonii amerykańskiej. Zgodziłem się, ale byłem za młody, by zrozumieć, gdzie on mnie zaprosił. Powiedział, że zagram w sali koncertowej. Byłem podekscytowany. Ten wyjazd był jednocześnie moją pierwszą podróżą zagraniczną. Znalazłem się na podobnej scenie jak w „High School Musical”, to również była część college’u. Zacząłem śpiewać i potraktowali mnie jak wokalistę, grałem z big-bandem. Mogę stwierdzić, że to kwestia moich marzeń, myśli i ich manifestacji. Tak samo było z Los Angeles i innymi miejscami. Zacząłem  wyszukiwać konkursy, ogłoszenia i aplikowałem. Mój tata również mnie wspierał i sponsorował te wyjazdy, bez tego nic by nie wyszło. Trzeba mieć ogromny fundusz, żeby wyedukować dziecko i pozwolić mu jeździć. Wsparcie od rodziców było bardzo ważne.

Jak odbierana jest Twoja twórczość muzyczna w innych krajach?

Bardzo lubię jeździć po świecie, podróżować. My w naszej kulturze nie doceniamy swoich ludzi. Mamy taki kompleks narodowy. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi rozmowa w języku angielskim. Nie mówię idealnie po angielsku, ponieważ zawsze byłem najgorszy z tego przedmiotu. Jednak czuję swobodę na scenie. Kiedy rozmawiam w tym języku, czuję flow. Publiczność zagraniczna odbiera mnie jako coś egzotycznego. W Polsce jesteśmy Polakami i traktujemy siebie jak Polaków, ale za granicą jest inaczej. Pianista przyjeżdża z Europy, z Polski. Polska jest krajem Fryderyka Chopina i to już jest klasa sama w sobie. Do Polski przyjeżdżają Chińczycy, żeby się uczyć gry na fortepianie. W Polsce mamy najbardziej prestiżowe uczelnie w kontekście pianistyki na świecie. Czuję się wyróżniony pod tym względem. Wykraczam poza Chopina, więc określiłbym siebie jako obywatela świata. Dlatego, jestem również Moonem i nie chcę do końca zdradzać, że pochodzę z Polski. Czuję się dobrze na świecie. Moja muzyka odbierana jest bardzo pozytywnie, bo ludzie wszędzie na świecie są tacy sami, chociaż różni nas kultura, historia. Każdy ma te same potrzeby. Muzyka fortepianowa jest potrzebą duszy. Odnoszę wrażenie, że to, co oferuję, trafia do serca.

Gdzie planujesz jeszcze wystąpić?

Marzę o Chinach i to są moje plany. Wylatuję do Paryża i będę rozmawiał o tych Chinach. Jestem teraz w Polsce i mam taki okres pracy z korzeniami. Odszedł mój tata ok. półtora roku temu. Musiałem wrócić z Warszawy do domu rodzinnego, co dało mi nową perspektywę. Czas covidowy również zmienił dużo rzeczy. Miałem zaplanowaną trasę. Latałem po całym świecie i też występowałem w Polsce, ale COVID pokrzyżował mi plany. Świat się zmienił i dostosował do warunków covidowych i pocovidowych. Dużo rzeczy uległo transformacji w tym: cele, marzenia. Doszło do przyśpieszenia moich celów. Od dziecka chciałem robić duże show na wielką skalę i zawsze coś nie zagrywało z powodu problemów kulturowych. Pianista klasyczny musiał mieć układy, poparcie, a w tej chwili to się inaczej odbywa. Ludzie łakną kultury. Można samemu robić koncerty, gdziekolwiek się chce. Świat koncertów wygląda inaczej niż przed pandemią. W tym roku chciałbym zacząć grać na salach koncertowych godnych pianistyki w Polsce. W takich miejscach, gdzie zbierają się ludzie, którzy traktują muzykę poważnie. Grałem w różnych miejscach w kraju, niekoniecznie były to filharmonie. Założyłem sobie dosyć górnolotne założenie od 2023 r. Założenie jest takie, żebym grał na salach powyżej 300, 400 osób. Chcę robić te imprezy już na wielką skalę, ponieważ wcześniej nie miałem takiej możliwości. Jeżeli chodzi o Polskę, to stawiam na dobre sale, świetne filharmonie. Na świecie tak jak mówiłem, chciałbym wystąpić: w Chinach, na stadionach, teatrach, teatrach chińskich, japońskich salach koncertowych, Carnegie Hall w Nowym Jorku, Walt Disney Concert Hall, Hollywood. Mojemu sercu bliskie jest Hollywood i muzyka filmowa. Chciałbym napisać muzykę do filmu długometrażowego. Pisałem do mniejszych filmów współpracujących z Hollywood. Pragnę wszystkiego, co jest ikoniczne. Chcę stać się ikoną i grać w ikonicznych miejscach.

fot. plakat Patryk Marcinkowski (plakat od ARTura Moona)

Słuchając Ciebie, pomyślałam: „Mężczyzna z głową pełną marzeń i odwagą do ich realizacji”. Sądzę, że Polska Filharmonia Bałtycka im. Fryderyka Chopina w Gdańsku będzie wystarczająco godnym miejscem do podzielenia się talentem, umiejętnościami muzycznymi i efektem ciężkiej pracy. Czego może spodziewać się uczestnik „Koncertu w ciemności”?

„Koncert w ciemności” w poprzednich formach nie był realizowany na taką skalę, jaką realizuję w Filharmonii Bałtyckiej. To mój pierwszy raz, kiedy zrobię show dla tylu ludzi i w takim układzie. Zdecydowałem się wyłączyć ¼ sali, czyli płytę koncertową, na której zazwyczaj są ludzie. W tym miejscu postawię instrumenty. Podchodzę inaczej do układu sali, która jest ułożona w półokręgu greckim. Tym posunięciem chciałbym uhonorować  konstruktora tej sali. Chciałbym, żeby każdy odebrał dobrze akustycznie mój koncert. Zamierzam połączyć się z całą salą, a nie tylko z pierwszym rzędem. Filharmonia Bałtycka to jest moje marzenie od dziecka. Kiedy chodziłem do szkoły muzycznej, to zawsze widziałem te plakaty największych gwiazd czy muzyków, którzy tam grali. To moja potrzeba zagrania tam i spełnienia marzenia. Poza tym miejsce jest świetnie położone, budynek na wyspie, otoczony wodą. W Gdańsku są moje korzenie, ponieważ tam się uczyłem. Miałem „Koncert w ciemności” u mnie Wejherowie, ale już 8 lat nie grałem w Gdańsku. Pierwszy raz zagram „Koncert w ciemności” w Gdańsku na taką skalę. Ten koncert ma duże znaczenie dla mnie ze względów historycznych, energetycznych, terenowych, geograficznych. To inicjuje zupełnie nową historię w mojej karierze. Tam jest ok. 800-900 miejsc. Grałem na masowych imprezach dla 2000 ludzi, ale nigdy nie tworzyłem sam imprezy masowej. Nigdy nie tworzyłem od a do z.

Co czujesz, kiedy wracasz do korzeni, na Pomorze i możesz zagrać właśnie w Gdańsku?

Na początku byłem wkurzony, że trzeba się cofnąć. Wróciłem do domu, opiekowałem się chwilę tatą. Potem trasa koncertowa. Miałem takie piękne pożegnanie z tatą, piękny moment. Należy mieć korzenie i rodziców w sercu, którzy mnie wspierają. Elton John i inni wielcy artyści nie mieli wsparcia od ojca. Konsekwencje jego braku mogą ciągnąć się za kimś całe życie. Dlatego cieszę, że mam wsparcie od korzeni. To jest wspaniałe, gdy prezydent Wejherowa mnie kojarzy i docenia moją działalność, że jestem widoczny. Miło otrzymać support od ludzi. W Wejherowie mam społeczność, która jest dumna ze mnie i promocji miasta. Wejherowo jest pięknym miejscem. Kiedy jeżdżę po świecie, pokazuję, skąd jestem. Teren pomorski jest cudowny. Na początku czułem odrzucenie, że musiałem wrócić. Odebrałem powrót jako cofanie się, ale stało się inaczej. Polska i Pomorze były krokiem do przodu. Nie trzeba uciekać, warto się zastanowić i pojednać z miejscem. Dopiero kiedy się tak zrobi, dzieją się cuda. Po powrocie tutaj, po odejściu taty, spełniłem marzenie o wyjeździe do Los Angeles, Indii, Meksyku. TVN przyjechało do mnie do domu! Kiedyś ktoś mi powiedział: „Zobaczysz, że TVN czy inne stacje do ciebie przyjdą”.

Wspomniałeś, że jesteś organizatorem „Koncertu w ciemności” w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej. Jak wyglądają Twoje przygotowania do tego wydarzenia muzycznego?

Przygotowania powinny zacząć się rok temu, ale impulsem był jeden koncert. Znajomej z muzycznego świata: Beaty Śnieg, który prowadzi Chór Music Everywhere i znany projekt, koncert: „Karuzela gna”. Byłem na wspomnianym koncercie i zobaczyłem siebie. Grali na całej scenie i pomyślałem: „Tam na środku zagram”. Ta intencja powstała dopiero w styczniu br., a zaczęła się klarować w lutym. Zdecydowałem się, poszedłem do Filharmonii Bałtyckiej i zapytałem, czy mógłbym zagrać. Wszystko na wariackich papierach. Powinienem zacząć to planować o wiele wcześniej i dłużej. Formę tego specjalnego „Koncertu w ciemności” stworzyłem dosłownie w jedną noc. Mam nową formę specjalnie dla Gdańska, która jest gotowa. Trudne są przygotowania, trzeba zrobić światła, zadbać o media (udzielenie wywiadów), sprawy techniczne. Ogromne wyzwanie. Całym mój miesiąc od lutego to przygotowania. Żyję tym koncertem. To nie ma nic wspólnego z ćwiczeniem i graniem na fortepianie. Masa ludzi jest zaangażowana. Jestem solistą, ale trzeba zorganizować wiele innych spraw. Ludzi, którzy mi sprzyjają i pomagają w czynnościach około koncertowych. Dziwię się, że wziąłem się za to sam, ponieważ te działania są odważne. Takie rzeczy robią całe sztaby ludzi. Na moich barkach mam więcej odpowiedzialności niż bycia artystą w przypadku tego koncertu. Jestem organizatorem „Koncertu w ciemności” w Filharmonii Bałtyckiej. Chcę to zrobić dla Gdańska, póki jestem w Polsce.

Dzień koncertu, przyjechałeś na miejsce. Zaraz wejdziesz na scenę i co czujesz w takim momencie?

Wchodzę w pewnego rodzaju trans. „Koncert w ciemności” jest świadomym wywołaniem weny. To przeciwstawienie się ideologii świata. Kiedy studiowałem, to nie istniało coś takiego jak wena. Dlatego nie skończyłem studiów. Zarzucano mi, że czegoś takiego nie ma. Moje zainteresowania medytacją, relaksacją  sprowadzają się do tego.  Kiedy wchodzę, czuję taki stan flow, bycie w teraźniejszości, wszystko z zewnątrz mam wyłączone i jestem skoncentrowany na dźwięku. Łączę się z publicznością, z ich potrzebami, które nie są widoczne. „Koncerty w ciemności” są wynikiem publiczności, która przychodzi. Zaznaczę, że są to moje koncerty w ciemności, ponieważ to ja zainicjowałem i zacząłem je propagować w Polsce. Potem użyto, skopiowano te koncerty i ktoś inny zaczął je robić. Jako lider tego nurtu pojawiłem się i zacząłem to robić w Warszawie. Nie chodzi o to, żeby grać w ciemności. Chodzi o coś głębszego, ale osoby, które mnie kopiują, nie rozumieją tej formuły. Oni chcą coś szybko uzyskać. Ważna jest głębsza warstwa, o której też na koncercie mówię. Mam na myśli: lęk, strach, walkę ze sobą, swoją ciemnością, transformację swojego cienia, zmierzenie się z traumami. Nazwałby to ceremonią. Ludzie przychodzą, zatracają się, są ze mną i tworzymy razem koncert, wspólne doświadczenie. Przychodzą, płaczą i dzieje się magia. Osoby, które nie wierzą, że może być pięknie i w istnienie energii człowieka to zapraszam na koncert. Niektóre koncerty są ciężkie, ponieważ nie wiem, co gram, jestem w transie. Nie boję się o tym mówić, wystarczy zagłębić się w hinduizm. Pozwalam ludziom usiąść i wyłączyć się na chwilę. „Koncert w ciemności” jest zmierzeniem się ze sobą w tych czasach.

Skoro już powiedziałeś o przeżyciach, doznaniach, których możemy doświadczyć w trakcie koncertu, czy mógłbyś podzielić się takim szczególnym wspomnieniem dla Ciebie, może wzruszającym?

Kobieta przyszła do mnie z płaczem, teraz też przyjedzie. Powiedziała, że zmieniłem jej życie. Stała się moją super fanką. Potem gdy się poznaliśmy, to opowiedziała mi swoją historię życiową. Dostała takiego impetu, energii, inspiracji do zmiany swojego życia. Nawet jeżeli jest taka jedna osoba z tysiąca, to warto coś takiego zrobić. Mam bardzo dużo hejterów, bo jestem kontrowersyjną wizerunkowo postacią. Hejt też wynika z tego, co mówię, ludzie nie wierzą. Wiem, że sieje dobro, czasami pojawiam się na drodze kogoś i wnoszę dużą wartość.

Za co jesteś jeszcze hejtowany?

Nie ukończyłem studiów. Wypowiadam się o tym oficjalnie w mediach. Nasza edukacja bardzo krzywdzi osoby, które wybiegają od pewnych ram. Nie dałem się zamknąć w tych ramach. Profesorzy często to robią, ale nie obrażając ich, bo miałem wspaniałego profesora od fortepianu pana profesora Waldemara Wojtala i jest bardzo światłym człowiekiem. Miałem wspaniałą nauczycielkę, która dała mi możliwości. Spotkałem również takie osoby na swojej drodze, które podcinały mi skrzydła. Kiedyś Ula Dudziak powiedziała mi, że „Artur nie zwracaj uwagi na krytyków muzycznych, to są często niespełnieni ludzie”. Dostałem taką informację w wieku 18 lat i zacząłem poznawać świat. Otrzymałem dziwną recenzję od Borysa Kossakowskiego, z trójmiasto.pl. Ta krytyka spowodowała, że zszedłem ze sceny. To był mój koncert „Chillout Impression”, na którym pojawiło się 500 ludzi. To było coś niesamowitego! Nie miałem żadnych finansów, wszystko sam robiłem. Ta krytyka tak mnie dotknęła, że po prostu odpuściłem. Nie byłem przygotowany na ten hejt. Dostaje opinie, że mam niewyparzony język, że nie powinienem się odnosić tak do władz, ludzi w określony sposób. Krytykują mój sposób ubierania się, bo lubię płaszcze królewskie. W takim wizerunku nadaję chwili, koncertowi charakter wzniesiony. Mogę zanurzać się w dźwiękach. Mój ubiór to tylko strona zewnętrzna, ale najważniejsze jest, to co w środku. Ludzie oceniają koncert przez pryzmat zewnętrzności, ale to nie jest relatywne. Te zabiegi są połączone, ponieważ grałem dla rodziny królewskiej w Tajlandii. Dostaję komentarze typu: „założył firankę”. Słyszę, czytam, że mam niewyparzoną gębę, a mówię w zgodzie ze sobą, ze swoją intuicją. Tak, jestem odważny w swoich wypowiedziach. Czuję, że najważniejsza jest prawda.

Gdybyś mógł określić jednym słowem „Koncert w ciemności” to jakiego użyłbyś sformułowania?

Doświadczenie.

Dlaczego?

Wychodzę na scenę i każdy ma inne doświadczenie. Każdy też inaczej przeżyje koncert, będzie miał inną reakcję. Jedna osoba powie: „No fajny, fajnie grał”, a druga osoba powie: „Zmieniłeś mi życie”. Trzecia osoba wyrazi to w zdaniu: „Jakaś tam muzyka”. Ile ludzi, tyle opinii i o gustach się nie dyskutuje. Doświadczenie jest szerokopasmowe, to nie jest koncert, tylko doświadczenie. Doświadczenie: energetyczne, sceniczne, siebie, swojego umysłu. Myślę, że dopiero druga warstwa wyjaśni się na koncercie. Poza tym lubię show, ale to nie jest show na zewnątrz. Nie są ważne światła, duże elementy – chociaż będą i uwielbiam te efekty, Hollywood. Show zewnętrzne jest okay, ale ważniejsze jest show wewnętrzne. Wejście w głąb. Nie interesuje mnie powierzchowność, wizerunek. Wyłączam światło, żeby wyłączyć myślenie o tym, co zewnętrzne. Kiedy mam już kontakt z publicznością, to mówię, żeby ludzie się przelecieli z dźwiękiem. Dźwięk jest wibracją i chcę, aby przepłynął i publiczność oddała mi kontrolę na chwilę.

Twój pseudonim artystyczny to ARTur Moon. Domyśliłam się, że pierwszy człon pisany wielkim literami nawiązuje do sztuki a drugi do księżyca i koncertu w ciemności. Czy są może jeszcze inne powody, dla których używasz pseudonimu artystycznego? 

Ludzie nie wiedzieli, jak wypowiadać moje realne nazwisko. Muzycy klasyczni wyrażają się w swoich realnych imionach lub przypominających realne tak jak Lesław Możdżer. Problem był taki, że nazywali mnie: Sajczowski, Sajkowski, Swarowski. Stwierdziłem, że nie mogę być Sychowski, bo nazwisko jest zbyt polskie i ograniczające. Nazwisko musi budować pewnego rodzaju markę i powinno być związane z moją inspiracją. Wiadomo, że lubię grać w nocy. Koncerty w ciemności zaczęły być na topie, szczególnie w Warszawie. Ludzie zaczęli mówić Mr. Moon. Lubię być taki mistyczny. Ten człon ART  oznaczało: „Your art”, „Twoja sztuka”. Na początku miałem ARTur Sychowski, czyli robię sztukę dla ludzi. Nie dla siebie. Nie jest ważne adorowanie mnie, ale przeżycie publiczności. Moon, czyli nawiązanie do kosmosu, moich inspiracji wszechświatem. Moon stało się marką. Druga historia również nawiązuje do tego, że Lady Gaga czy Elton John musieli stworzyć alter ego, pewnego rodzaju iluzję postaci. Moje działania też są iluzją pewnej postaci, ale są zgodne z moją wizją, jestem autentyczny w sobie. Tworzę personę.

Kto jest Twoim guru muzycznym?

Nie mam guru muzycznego, ponieważ gdybym się inspirował kimś, to byłbym kalką tej osoby. Staram się wchodzić w wizjonerstwo – coś, co przoduje. Wszystkie moje projekty, które dotychczas robiłem burzą schemat. Koncerty klasyczne w ambasadach polskich grałem na zasadzie klasycznej, ale na moich aranżacjach. Grałem też koncert na leżakach w klubie B90. Ten klub jest mocno elektroniczny i zrobiłem w nim muzykę relaksacyjną. Zburzyłem ten koncept. Zrobiłem mantry i połączyłem z  elektronicznymi brzmieniami. „Koncert w ciemności” jest czymś też innowacyjnym na rynku. Przylecieli z Chin do mnie, do Australii i zaproponowali trasę u nich. Każdy może zrobić koncert w  ciemności, ale nikt nie podrobi mnie jako markę. Jeżeli ktoś kopiuje moje pomysły, to znaczy, że staję się już wizjonerem. Zarzucano mi, dlaczego określam się wizjonerem. Tworzę pomysły, a następnie ktoś je kopiuje. Przoduje w pewnych nurtach.

Powiedziałeś wcześniej, że chciałbyś grać na największych scenach, stadionach, teatrach i m.in. w Chinach. Czy ARTur Moon ma jeszcze inne marzenie muzyczne?

Gram i grałem również takie elitarne koncerty dla rodzin królewskich, które są odnogą mojej działalności. Zmieniam również to w mojej głowie, bo gram dla elity, ale nie chodzi tylko o elitę świata. Uważam, że ktokolwiek przyjdzie na mój koncert, staje się elitą dla mnie. Talent, który otrzymałem został określony za niebywały i zdarzający się bardzo rzadko. Nie mogę zmarnować talentu, powinienem dać wartość światu, ludziom. Mogę mieć wpływ na opinie społeczne jako osoba wpływowa w Hollywood. Ludzie mówią, że mam parcie na szkło, ale to jest tylko moje narzędzie. Chcę dodać swoje pięć groszy do procesu zmiany świata. Chciałbym, żeby moja muzyka dawała ludziom na całym świecie pewnego rodzaju następne wartości. Chciałbym, aby czuli się wzruszeni i doznawali transformacji. Grałem koncerty dla ludzi, którzy leżeli na podłodze i to były wybrane osoby. Chciałbym grać zarówno imprezy masowe, jak i te zamknięte, indywidualne. W przyszłości chciałbym założyć własny ośrodek na terenie Pomorza. Nawet wybrałem miejsce. Ten instytut byłby dla ludzi, którzy potrzebowaliby relaksu, odpoczynku. Grałbym dla nich. Życzę sobie tego, żebym był kiedyś bardzo rozpoznawalny. Moja misja zawsze zawiera coś dla innych. To jest tak, że np. miałem 30000 ludzi na stadionie w Pekinie. Po skończeniu miałem pustkę w sercu. Zszedłem ze sceny i nikogo już nie było.

W jaki sposób radzisz sobie z tą pustką w sercu?

Pamiętam, kiedy skończyłem występ w B90. Nie poradziłem sobie z pustką. Stałem na środku ulicy Elektryków i rozpłakałem się, bo byłem sam. Wszyscy odjechali. Byłem tak roztrzęsiony, że nie wiedziałem, czy zamówić taksówkę. Nie wiedziałem, co mam robić. To był za szybki, spektakularny sukces w młodym wieku. Nie występowałem przez parę lat w Warszawie i nie wiedziałem, co mam zrobić. Problem był w mojej niegotowości na krytykę, na świat. Teraz już mam tę gotowość. Nie radziłem sobie. Oklaskiwało mnie 500, 1000 czy 2000 osób. Następnie schodziłem ze sceny i byłem sam. Ta pustka, która powstaje często prowadziła artystów do uzależnienia. Byli rozchwiani tą pustką. Sądzę, że Hollywood nie jest mi dane na ten moment. Byłem tam i widziałem, co się dzieje. Nie zamierzam na razie tam wracać, chociaż współpracuje z nimi wirtualnie. Boję się, że mógłbym wpaść w jakieś uzależnienie. To o czym opowiedziałem jest cenną, którą płacę za bycie w show-biznesie. Traktuje tę pustkę trochę inaczej niż parę lat temu. Daję ludziom wartość, a oni mi ją zwracają i staram się w ten sposób myśleć. Razem tworzymy i wtedy mogę wyjść szczęśliwy.

Co chciałbyś przekazać temu młodemu człowiekowi?

Daj sobie czas na doświadczenie. Nie szukaj na zewnątrz, ale w sobie. Nie ulegaj pokusom świata zewnętrznego, bo wszystko wokół jest iluzją. Miej misję w swoim życiu. Misję, która daje wartość światu.

Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

jeden + cztery =