„Nie!” Jordana Peele’a najdziwniejszym horrorem tego sezonu?

źródło: materiały dystrybutora

Trzeci film reżysera „Uciekaj!” i „To my” pojawił się na ekranach kin w lipcu i już zdążył zebrać skrajne recenzje: od zachwytów po ogromne rozczarowania. Niewątpliwie jest to pozycja niezwykle oryginalna. „Nie” zmusza widzów do refleksji i ukazuje mroczną stronę przemysłu filmowego.

Jordan Peele to twórca, który już w 2018 roku zaintrygował widzów swoją pierwszą pełnometrażową produkcją, czyli horrorem pt. „Uciekaj!”. Został on nagrodzony Oscarem za najlepszy scenariusz oryginalny oraz dwoma nominacjami (za najlepszy film i reżyserię). Jego drugie dzieło – „To my” również nie rozczarowywało i zdobyło sporo wyróżnień na festiwalach filmowych. Reżyser szczyci się swoim własnym, unikatowym stylem, wykraczającym poza ramy klasycznego kina grozy i łączącym elementy dreszczowca z tematyką społeczną. Niektórzy krytycy okrzyknęli Peel’a królem horroru niezależnego. „Nie!” to jego pierwszy obraz o tak dużym budżecie. Twórca miał bardzo wysoko postawioną poprzeczkę, a widzowie i krytycy są podzieleni co do tego, czy sprostał oczekiwaniom.

Fabuła

Akcja filmu toczy się na odludnym ranczu w Kalifornii. Mieszkające tam rodzeństwo Haywoodów, razem ze swoim ojcem, szkoli konie do występów w filmach i reklamach. Pewnego dnia na farmie dochodzi do niezwykłych wydarzeń: przedmioty codziennego użytku nagle zaczynają spadać z nieba, a stary Haywood traci życie, trafiony monetą. Od tego momentu OJ i Emerald są zmuszeni przejąć rodzinny interes. Młodemu mężczyźnie bardzo zależy na utrzymaniu domu i farmy. Wspomagany niewielką pomocą ze strony siostry, stara się on kontynuować wynajmowanie koni Hollywoodzkim twórcom. Mimo talentu OJ-a do tresury, w odniesieniu sukcesu przeszkadza mu nieśmiałość. Wkrótce majątek topnieje, a bohater sprzedaje część ukochanych zwierząt sąsiadowi, prowadzącemu park rozrywki. Okazuje się jednak, że tajemnicza śmierć ojca, była zaledwie początkiem niewyjaśnionych zjawisk dręczących okolicznych mieszkańców. Rodzeństwo postanawia zatem wykorzystać sytuację i nakręcić wydarzenia, których są świadkami, a następnie sprzedać film i na nim zarobić. Nie wszystko jednak idzie zgodnie z ich planem, kiedy sytuacja z każdą chwilą staje się coraz bardziej niebezpieczna.

Moje wrażenia

Patrząc wyłącznie na warstwę fabularną filmu, możemy dostrzec w nim wiele nieścisłości i absurdów. Pojawiają się tam motywy pożyczone z wielkich hitów książkowych i kinowych gatunku science fiction, takich jak „Wojna światów” Stevena Spielberga. Niektóre sceny przypominają kino klasy B jak na przykład jaskrawoczerwona krew spływająca z dachu domu Haywoodów czy tajemnicze światła migające na niebie. Sam pomysł na przedstawienie historii ludzi, postanawiających nakręcić tajemnicze zjawiska, którzy narażają się przy okazji na niebezpieczeństwo, również nie jest zbyt oryginalny i powtarza się w wielu filmach grozy. W przypadku twórczości Jordana Peele’a uwagę powinniśmy jednak zwracać, nie na to, co dosłowne, lecz na metafory zawarte w dziełach twórcy. Wszystkie kiczowate elementy składają się na świetną satyrę dotyczącą samego gatunku horroru oraz branży filmowej. To właśnie na niej skupia się cała produkcja. Reżyser wyśmiewa absurdalne pragnienie bycia sławnym i ignorowanie wszelkich konsekwencji. Twórca opowiada również o komercjalizacji przemysłu filmowego i utracie znaczenia przez prawdziwą sztukę. Odwołuje się też do historii kina i nawiązuje do doświadczeń ciemnoskórych Amerykanów, co jest tematem charakterystycznym dla jego twórczości. Peele doskonale łączy te dwa wątki i według mnie stanowi to najbardziej interesującą część filmu, która skłania do refleksji.

Aktorstwo

W rolę OJ-a Haywooda wcielił się Daniel Kayluula, który już wcześniej współpracował z Jordanem Peelem przy produkcji „Uciekaj”. Aktor świetnie oddał emocje targające zdystansowanym i introwertycznym głównym bohaterem oraz jego wewnętrzną przemianę, która nastąpiła pod koniec filmu. Nie gorzej poradziła sobie Keke Palmer, odgrywając rolę Emerald – nieco irytującej, młodszej siostry OJ-a. Postaci drugoplanowe również były przekonujące i pełne życia, dzięki aktorom takim jak Brandon Perea, Michael Wincott czy Steven Yeun.

Dla kogo?

„Nie!” jest filmem bardzo nietypowym. Produkcję reklamowano jako horror, ale Jordan Peele połączył gatunki takie jak: western, science fiction, komedia i dreszczowiec. Stanowi to dość specyficzną mieszkankę i (jak widać po skrajnych recenzjach) nie wszyscy widzowie są w tym momencie na nią gotowi. Osoby, które idą do kina, spodziewając się klasycznego kina grozy, niestety z pewnością wyjdą rozczarowane. Natomiast ludzie otwarci na przełamywanie konwencji i umiejący spojrzeć na film z dystansem, mogą dostrzec w nim wiele pozytywnych stron.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

1 + szesnaście =