Świat Miłki nie jest ani poukładany, ani w jednym kluczu – wywiad z operatorem Michałem Czaplińskim

Michał Czapliński (z prawej)
fot. Ania Brykała

W tym tygodniu prezentujemy Wam kolejny wywiad z członkami ekipy filmowej, realizującej film „AUTARKIA”. Redaktor CDN Marek Arasimowicz zapytał operatora Michała Czaplińskiego o jego poprzednie kooperacje z reżyserem Janem Orszulakiem, a także o plany na obecny film, który ma być operatorskim nowym otwarciem i powrotem do korzeni.

 

 

Kiedy Janek Orszulak zaprosił Cię do tego projektu, wahałeś się, czy od razu przyjąłeś propozycję?

Nie wahałem się. To nie jest nasz pierwszy film, bo współpracujemy od lat. Jak zwykle, odwlekałem podjęcie decyzji, lecz – po przejrzeniu scenariusza – zgodziłem się od razu.

Jako operator masz bardzo odpowiedzialne zadanie – uchwycenie wizji reżysera. Czujesz presję oczekiwań ze strony Waszych sponsorów, którzy wsparli Was poprzez zrzutkę?

Presja zawsze jest. To nie jest pierwszy film, na który mieliśmy zrzutkę. Natomiast czuję, że największą presję wywierają na mnie oczekiwania widzów. Często zastanawiam się, jak oni przyjmą ten film. Staram skupić się na tym, żeby film oglądało się przyjemnie i aby oddawał wizję reżysera.

Twoja współpraca z Jankiem rozpoczęła się w 2017 roku od „Ostatniej kolejki”. W napisach końcowych widniejesz jako asystentem operatora – a jak było naprawdę?

[śmiech] Zapytaj Janka. „Ostatnia kolejka” była ciekawym projektem. To był pierwszy, bardzo spontaniczny film, który przerósł nasze oczekiwania i zdobył więcej wyróżnień na festiwalach, niż można by się tego spodziewać.

To sukces „Ostatniej kolejki” pchnął Was dalej i dodał pewności, że możecie robić filmy?

W kontekście „Ostatniej kolejki” AUTARKIA będzie bardzo ciekawym filmem od strony wizualnej. Po pierwszym sukcesie skupiliśmy się na rozwoju naszej techniki i kręciliśmy bardzo „poprawne” filmy, robiliśmy coraz bardziej „bezpieczne” ujęcia. Przy AUTARKII uznaliśmy, że jesteśmy już na tym etapie rozwoju, gdzie powinniśmy wrócić do tego „ostatniokolejkowego” łamania konwencji i kręcenia odważnych ujęć – tym razem w sposób dojrzały i świadomy.

fot. Ania Brykała

Już w  „Grze w ciemno” można było doświadczyć pewnego zdynamizowania ruchu kamery, która podąża przed bohaterem, wykonując niekiedy karkołomne ewolucje. To Twoje dzieło?

Tak. To też był bardzo ciekawy projekt, bo stanowił trochę taką ewolucję naszych spektakli teatralnych, które nagrywaliśmy zazwyczaj mastershotami. Zastanawialiśmy się, czy udałoby nam się nagrać dynamiczną scenę pościgu w jednym ujęciu. To był bardziej eksperyment i jedna wielka samoróbka jeżeli chodzi np.: o „rigi”. Finalnie wszystko, co widzisz, to jedno ujęcie bez żadnych ukrytych cięć. Kręcenie też było ciekawe, bo użyliśmy faktycznego korytarza, a nie takiego zbudowanego w studiu, więc osoby, które znikały i pojawiały się, musiały przechodzić na czworaka pode mną – z uwagi na brak miejsca.

W „Grze w ciemno” zajmowałeś się zdjęciami i oświetleniem. Tu mistrzem oświetlenia jest Kamil Bryl, doświadczony oświetlacz i operator – współpracowaliście już kiedyś?

Nie, ale na razie jestem bardzo zadowolony ze współpracy w ramach tego projektu. Kamil jest świetnym oświetleniowcem, wie dokładnie, co robi i wielu rzeczy już się od niego nauczyłem. Nie miałem problemów z oddaniem światła, nie dlatego, że go nie lubię, ale z bardziej pragmatycznych powodów. Po prostu ciężko jest pogodzić dwie role, zarówno technicznie jak i czasowo, szczególnie przy tak dużym – w porównaniu z poprzednimi – projekcie. Robiliśmy małe próby z Kamilem i jestem pewien, że pod względem oświetlenia ten film będzie świetnie wyglądał.

Masz już jakiś pomysł na poszczególne ujęcia? Mieszkanie to dość specyficzne warunki – mała powierzchnia, różne źródła światła…

Tak. Mamy wykonane „fotobordy” wszystkich scen, także wszystko jest już dokładnie zaplanowane. Oczywiście, jeżeli na planie zobaczymy, że coś nie wygląda tak dobrze, jak zakładaliśmy – będziemy musieli dostosować pomysł. Ten film jest bardzo dobrze przygotowany pod względem preprodukcji. Wszystko jest zaplanowane, przemyślane i poukładane. Dużo też doda kreatywność Kamila…

À propos światła. Film ma być dramatem, więc nasuwa się pytanie, czy postawicie na ciepło i naturalność, czy raczej chłód i niski klucz oświetleniowy?

To będzie ciekawe… Tak jak mówiłem, film będzie łamał parę schematów. Oświetlenie będzie zmieniało się wraz z rozwojem akcji i będzie oddawać stany uczuciowe bohaterek, szczególnie Miłki. Wraz z nią światło będzie wędrować w ciemniejsze tony, ale też w inne barwy, przez co nie można powiedzieć, że to będzie film w całości w niskim kluczu. Fabularnie oddajemy pogorszenie stanu psychicznego Miłki, a jej świat nie jest poukładany i nie jest w jednym kluczu. Dlatego też unikamy pewnych schematów w oświetleniu.

Mam nadzieję, że wszystko się uda tak, jak to zaplanowaliście w trakcie preprodukcji…

Oczywiście, że się uda. Nie ma nawet innej opcji! Ekipa się zaangażowała na tyle, że nie wierzę, żeby cokolwiek mogło nam stanąć na drodze. Pokonywaliśmy już takie przeszkody na planach, że nie wiem, co by się musiało tutaj wydarzyć, aby nam się nie powiodło.

Czyli najważniejszą waszą cechą jest to, że jesteście zgrani?

Na pewno można liczyć na zgranie, jak również na duże różnice charakterów, które są bardzo pomocne w tworzeniu autentycznych scen. Ja i Janek myślimy kompletnie inaczej, dzięki czemu jesteśmy w stanie zbudować wiele rzeczy, które byłyby niemożliwe przy zachowaniu jednego punktu widzenia.

Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *