Aktorki z koronki – wywiad z Weroniką Nawieśniak z Teatru Miejskiego w Gdyni

fot. Michał Trojanowski

BY SZUFLADY
NIE BYŁY PUSTE


Temperamentna jak górski halny. Delikatna jak morska bryza. Mieszanka wybuchowa. Porcelanową twarz mogą pokryć koleiny życia matki toksycznie kochającej swojego syna. Mogą też pojawić się na niej rumieńce zadufanej w sobie ponętnej pasterki. To filigranowe ciało skrywa w sobie bestię sceniczną.

Weronika Nawieśniak.

Aktorka Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza w Gdyni w wywiadzie o życiu
i pracy w czasach zarazy.

 

 

 

Teatr w czasie epidemii – rozważny czy romantyczny?

Zdecydowanie rozważny. Musi taki być, aby uniknąć zarażeń, odwoływania spektakli. Romantyzmu w tym mało.

Czyli teatr jest przygotowany na wszelkie scenariusze, nie daje się porwać emocjom związanym z kolejnymi ograniczeniami, obostrzeniami, zamknięciami…

Mogę śmiało powiedzieć, że Teatr Miejski w Gdyni działa z wielką ostrożnością. Przestrzega wszelkich restrykcji i środków bezpieczeństwa, przez co szansa na zarażenie jest naprawdę niewielka. Teatr Miejski dobrze sobie poradził z nową rzeczywistością, dzięki czemu nie mogłam narzekać na brak pracy. Od marca do teraz, nie było sytuacji, żebym siedziała w domu bezczynnie. Na początku miałam próby online, później w teatrze, aż zaczęliśmy znowu grać. Teatr w tym szalonym czasie wystawił dwie premiery, trzecia nadchodzi.

„Dziady”, Teatr Miejski w Gdyni, fot. Roman Jocher

W marcu byliście w trakcie prób do spektaklu „Nastazja wychodzi za mąż” w reż. Krzysztofa Babickiego. Jak wyglądało tak nagłe przerwanie pracy?

Nie było załamywania rąk, tylko mobilizacja. Pan Krzysztof Babicki – dyrektor teatru, natychmiastowo przeniósł próby do Internetu. Pracowaliśmy jednocześnie nad dwoma spektaklami. Zaczęliśmy również próby do „Marlene. Iluzje”. Próby muzyczne online są nie lada wyzwaniem, ale nie poddawaliśmy się. Na próbach do „Nastazji…” głównie omawialiśmy sceny, przegadywaliśmy teksty, czasem próbowaliśmy wchodzić głębiej w emocje, ale było to niezwykle trudne, ponieważ często słabło połączenie internetowe. Aplikacja się zacinała i jedyne co zostawało po moich emocjach i wysiłku, to zamazany widok mojej twarzy na ekranie komputera… Teraz patrzę na to, jak na bardzo ciekawe doświadczenie i jestem wdzięczna, że nieprzerwanie działaliśmy. Przyjęliśmy nową rzeczywistość, w której jakoś musieliśmy się odnaleźć.

Dzięki takiej organizacji pracy Miejski chyba jako jedyny w Polsce mógł uświetnić otwarcie teatru po przerwie premierą.

Dokładnie. W pierwszy dzień, kiedy teatry mogły zaprosić widzów, czyli szóstego czerwca, zagraliśmy premierę „Nastazji…”. Byłam niezwykle z tego dumna. Nasz dyrektor często powtarzał, że nawet w tak trudnym czasie musimy pracować, aby uniknąć sytuacji, że zaprosimy kochanych widzów do teatru, a nasze szuflady będą puste i nie będziemy mogli z nich nic nowego wyłożyć na stół.

Chciałem Cię zapytać, jak wracało się do tak świeżego materiału po miesiącach przerwy i zastoju, ale Ty nie wracałaś, tylko kontynuowałaś pracę. Na dodatek pracę nad spektaklem, w którym zadebiutowałaś w tytułowej roli.

Nie miałam wtedy czasu na nudę. Cały czas pracowałam nad postacią. W tak młodym wieku zmierzyć się z kreacją Nastazji Filipownej, znanej wszystkim bohaterki „Idioty” F. Dostojewskiego, to wyróżnienie i wyzwanie, niezwykle pouczające i rozwijające.

Widok widzów w maseczkach wywarł na Tobie wrażenie?

Grając na scenie, aż tak nie zwraca się na nie uwagi, aczkolwiek traci na tym wymiana energii pomiędzy aktorem a widzem. Natomiast po pierwszym spektaklu „Nastazji…”, zanim wyszłam do ukłonów, to w kulisie zaskoczyły mnie słabe, ciche brawa dobiegające z widowni. Pojawiła się obawa, że widzom, spektakl się nie spodobał. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że siedzi tam o połowę mniej ludzi niż zawsze. Jednak dzięki tej połowie, a potem nawet ćwiartce mogliśmy funkcjonować. Ogromny ukłon w stronę widzów, którzy nie zapomnieli o nas, dzięki czemu mogliśmy wspierać się nawzajem w tych trudnych czasach.

„Osiecka. Archipelagi”, Teatr Miejski w Gdyni,
fot. Roman Jocher

W tym roku Scena Letnia Teatru Miejskiego w Orłowie miała świętować 25. jubileusz, który mieliście uczcić już wspomnianą „Marlene. Iluzje” w reżyserii Jacka Bały. Ze względu na obostrzenia Scena Letnia nie mogła ruszyć, a to tam zadebiutowałaś w spektaklu „Osiecka. Archipelagi” jako etatowa aktorka Teatru Miejskiego. Odczułaś brak orłowskiej plaży?

Oczywiście! Tym bardziej, że przez cały rok opowiadałam mojemu koledze – Krzysztofowi Berendtowi, o tym, jak wspaniale jest pojechać rowerem rano na próbę na plaży, a wieczorem grać o zachodzie słońca. Krzysztof w tym samym czasie co ja dołączył do zespołu Teatru, ale nie miał jeszcze okazji grać na Scenie Letniej. Czekaliśmy na ten moment i to był dla nas ogromny zawód.

Na szczęście Teatr nie poddał się i grał spektakle na wakacjach w swojej siedzibie na Bema w Gdyni.

Zorganizowano Lato Komedii w Teatrze. Grać komedie w tych czasach jest bardzo trudno, między innymi przez maseczki na twarzach, które blokują przepływ reakcji widowni, a w spektaklach komediowych energia od widza i jego reakcje są szczególnie istotne.  Mimo to był to dla mnie bardzo pozytywny czas, ponieważ odwołanie Sceny Letniej nie przeszkodziło nam w spotkaniu z widzem.

Teraz jesteś po premierze „Rozważnej i Romantycznej” – sztuki na podstawie powieści Jane Austen. Kolejna klasyka światowej literatury i kolejna tytułowa rola, za którą zdobywasz bardzo pozytywne recenzje.

Praca nad spektaklem w reżyserii Aliny Moś-Kerger była przyjemna, a zarazem rozwijająca. Rozmawianie o miłości w okresie letnim było czymś w rodzaju odbicia od rzeczywistości. „Rozważna i Romantyczna” to materiał niosący w sobie uniwersalne wartości i historie relacji międzyludzkich. Życie uczuciowe ludzi się nie zmienia. Przeżywamy je tak samo, jak dwa stulecia temu. Potrafimy inaczej nazywać uczucia, rozmawiać o nich, ale to, co w środku – działo się i dzieje tak samo.

Na życie jesteś bardziej romantyczną Marianną czy rozważną Eleonorą?

Obie mają w sobie cechy romantyczne i rozważne. Zależy to od sytuacji, w jakiej się znajdują. Marianna jest na pewno bardziej energiczna, pełna sprzecznych uczuć, ale czasem wydawało mi się, że to właśnie ułożona Eleonora ma w sobie więcej romantyzmu. Jeśli chodzi o mnie, to myślę, że na życie jestem jednak rozważna, ale pierwiastek romantyczny, jak w każdej kobiecie, na pewno się znajdzie.

Ostatnio wzięłaś udział w czytaniu performatywnym w Klubie Żak w białoruskiej sztuce „Scrolling”. Czy ten materiał odnosił się w jakiś sposób do tegorocznych wydarzeń na Białorusi?

Tekst dotyczy Białorusinów i ich odnajdywania się w polskiej rzeczywistości. Czytając scenariusz, doszłam do wniosku, że jest on bardzo uniwersalny. Wielu moich bliskich wyemigrowało za granicę i wiem, że Polacy stykają się z podobnymi problemami w Anglii czy w Niemczech, jak Białorusini u nas. To są zaskakująco podobne schematy.

fot. Michał Trojanowski

Jak odnajdujesz się w formie czytania performatywnego?

Trzeba szybko pracować, ponieważ przeważnie prób jest bardzo mało. Zdarza się nawet, że jest tylko jedna próba i to w dniu pokazu. Lubię sobie wszystko uporządkować, dobrze naczytać tekst, osadzić w sobie emocje. Wtedy stres związany z wystąpieniem działa na moją korzyść. W wypadku, gdy nie czuję się do końca przygotowana i pewna tego, co robię, stres zaczyna mi przeszkadzać. Brałam już udział w kilku czytaniach performatywnych i zawsze jest to dla mnie duże wyzwanie, z którym z chęcią się mierzę, by szkolić swój warsztat.

Masz inne nastawienie do drugiego lockdownu kultury niż do pierwszego?

Za pierwszym razem byłam w trakcie prób, natomiast teraz nie biorę udziału w najnowszej produkcji, dlatego mam dużo wolnego czasu. W listopadzie miałam sporo zaplanowanych spektakli, które niestety się nie odbyły, trochę na to ponarzekałam, ale teraz staram się znaleźć pozytywy w tej sytuacji. Dzięki temu mogłam przyjechać na południe Polski i spędzić czas ze swoją rodziną, a w normalnych warunkach, bardzo ciężko o takie chwile. Odpoczywam, zachwycam się pięknem krajobrazów i nabieram sił do pracy.

Chwila spokoju w tych niespokojnych czasach w Polsce i na świecie jest bezcenna.

Trochę celowo uciekłam od miasta i tego całego szumu. Myślę, że zaszycie się tutaj na jakiś czas w tak sprzyjających górskich warunkach pozwoli mi się zdystansować. Przynajmniej spróbuję.

Mam nadzieję, że Ci się uda, ale w tym odpoczynku i regeneracji musisz jeszcze znaleźć czas na studia. W końcu jesteś na drugim roku studiów licencjackich z Zarządzania Instytucjami Artystycznymi na UG. Na koniec powiedz mi, jak odpowiada Ci forma nauczania zdalnego?

Tak jak mówiłam, staram się szukać pozytywów, więc nie narzekam na zdalne nauczanie. Dzięki temu mogłam wyjechać na drugi koniec Polski i nie przeszkadza mi to w studiowaniu. Początki zdalnego nauczania nie były łatwe, zarówno dla nas, jak i dla wykładowców. Nie każdy był przygotowany na tę sytuację, szczególnie pod względem technicznym. Teraz zaczyna to coraz lepiej funkcjonować.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *