Ciekawy początek? – recenzja filmu Kapitan Marvel

Kapitan Marvel to już 21. film z kinowego uniwersum Marvela. Wyreżyserowany został przez Annę Boden i Ryana Flecka. Jest to para reżyserów, którzy na swoim koncie nie mieli jeszcze żadnej produkcji znanej szerszej widowni. Czy świadczy to o filmie, a może w jakiś sposób negatywnie na niego wpływa?

Historia głównej bohaterki, a dokładnie jej przeszłość jest w dużej mierze opowiadana przez retrospekcje. Przyznam, że do samego końca miałem wątpliwości co do przeszłości Kapitan Marvel. Fabuła również odgrywa swoją rolę, może nie jest odkrywcza ani nie zniewala, ale na pewno sprawdza się jako origin story. Korzystny dla filmu jest również zwrot akcji, który nadaje całej produkcji sporego powiewu świeżości. Jednakże dużym minusem są słabo prezentujące się sceny walk oraz zakończenie, w którym nie czuć zagrożenia oraz wyzwania dla bohaterki. Można powiedzieć, że Carol Danvers po prostu sprząta w nim bałagan, którym są główni źli.

O wiele lepiej zaplanowane i rozegrane są tu dialogi oraz relacje tworzące się między bohaterami. Właśnie w momentach przesuwania się fabuły do przodu, czuje się największe zainteresowanie filmem. Wszystko dzięki duetowi, który tworzą Carol Danvers i Nick Fury (grany przez Samuela L. Jacksona). Fury jako młody agent nie jest już tak poważną postacią, którą mieliśmy okazję poznać w innych produkcjach MCU. Tutaj humor i komediowe zacięcie Fury’ego po prostu wylewa się z ekranu. Bardzo dobrze współgra to z Danvers, która w wielu momentach jest inicjatorem zabawnych scen. Mogę pokusić się też o stwierdzenie, że to Samuel L. Jackson grał tutaj pierwsze skrzypce. Ponownie świetnie przedstawił postać, w którą się wcielił, dodatkowo dodając do niej tonę humoru. W wielu scenach przyćmił Brie Larson i odebrał jej całe widowisko. Jednakże mogło być to spowodowane nie tylko ilością żartów i humoru. Reżyserowie starali się, jak mogli, by odwzorować realia ukazywane w komiksach i to właśnie mogło ich zgubić. Mianowicie, rasa Kree, dla której walczy Carol, jest gatunkiem wojowników, którzy tłumią emocje. Niewyrażanie ich w filmie jest zrozumiałe, jednakże bohater, który ich nie wyraża, najczęściej odbierany jest jako postać po prostu słabo zagrana. Tak niestety jest w przypadku Kapitan Marvel, która przez swoją zachowawczość, jakiej nauczyła się u Kree, wyraża tylko emocje na poziomie lekkiego uśmiechu. Reżyserowie w tej kwestii popełnili duży błąd i przez odebranie Brie Larson możliwości pokazania jak dobrą jest aktorką, zabrali jej możliwość wyraźnego zaistnienia w filmie. Możliwe, że to przez brak emocji wydawała się tak jednowymiarowa i płaska.

Muszę się jeszcze skupić na postaci Talosa granego przez Bena Mendelsohna, który, co zaskakujące, ma swoje pozytywne pięć minut. W drugiej połowie seansu przechodzi on pewne zaskakujące zmiany i po części odchodzi od koncepcji czarnych charakterów znanych z większości marvelowskich produkcji. Lashana Lynch (grająca postać Marii Rambeau) również spełniła swoje zadanie. Jako postać drugoplanowa odegrała i przedstawiła wszystko, co jej dano, bez żadnych przeciwwskazań. Wiele natomiast nie pokazał Jude Law (grający postać Yon-Rogga). Możliwe, że tyczy się go ta sama sprawa, co Brie Larson, gdyż on też był z rasy Kree i nie mógł okazywać emocji. Jednakże wiadome jest, że stać go na więcej i szkoda, że nie dano mu takiej okazji.

Kapitan Marvel ma wiele dobrych stron, choć i rażące braki da się w tej produkcji zauważyć. Bardzo dobrze, że Marvel eksperymentuje i sięga po reżyserów, którzy nie są znani. Dzięki tym decyzjom możliwe jest zyskanie wielu nowych rozwiązań, które pojawią się na ekranie kina.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *