Światła, muzyka, obraz. Löffler w Szekspirowskim.

W zeszłą sobotę (14 kwietnia), odbył się koncert przedstawiciela minimal techno i tech house’u. Ambientowy beat i wodospad świateł zalały Gdański Teatr Szekspirowski. Zahipnotyzowana publiczność kiwała się w rytm muzyki, podążając za każdym dźwiękiem stworzonym przez Christiana Löfflera. O swojej twórczości mówi, że jest pokarmem dla duszy i ciała. Ta przedstawiona w sobotę brzmiała bardziej jak pełna smutku mieszanka repetycji, która o sferę duchową się nawet nie otarła.

Nie było źle, ale genialnie, zaskakująco, intrygująco też nie. Doświadczyliśmy elektroniki stworzonej ze smakiem, zlepionej z oryginalnych, nagrywanych przez artystę sampli. Jeśli się w nie wsłuchało, dało się rozpoznać ich źródła: łyżka uderzająca o coś metalowego, pękające szkło, gwiżdżący czajnik, dźwięk kluczy. Dało to wrażenie prawdziwości, organiczności Löfflera z muzyką. Do tego dochodziła gra świateł wypełniająca całe pomieszczenie, oślepiająca, współgrająca z dźwiękiem. Reflektory kręciły się, tworzyły białe i fioletowe, ścinające się ze sobą okręgi. Za artystą, na wielkim ekranie wyświetlały się nagrane przez niego, zapętlone filmy. Były oniryczne, prześwietlone, gubiły ostrość. Zobaczyliśmy m.in. wielki, powiewający na wietrze łapacz snów, obiekty we mgle, brzezinę, kwiaty jabłoni i wielkiego motyla, na białym tle, który znikał w oślepiającym świetle. Te trzy elementy: światło, muzyka, obraz, stworzyły przejmujące na swój sposób doświadczenie, stały się jednością, jednak nie spełniały prawdopodobnie zawyżonych oczekiwań.

Sam Löffler był intrygujący. Rzadko kiedy patrzył na publiczność wypełniającą salę GTS-u. Kiedy wiwatowali po świetnych przejściach, bił brawo razem z nimi, a potem składał ręce jak do modlitwy w podziękowaniu. Na jego twarzy malowało się zakłopotanie. Cały w czerni, blady, wysoki i szczupły, pochylający się nieśmiało nad konsolą. On był muzyką, przepływała przez niego. Stał tam, skromny, nieśmiały, zlewając się z czarną podłogą. Tworzył jedność ze sceną. W pewnym momencie zniknął, zostawiając za sobą świdrujący dźwięk, który trwał i trwał, zawieszony w przestrzeni. Na ekranie pojawiła się czarna tafla wody, intensywność świateł wzrosła. W powietrzu dało się czuć zapach wilgoci, zrobiło się chłodniej. Po chwili otworzyły się skrzydła dachu, publiczność wpadła w euforię. Artysta wrócił na scenę i poprowadził kolejne dźwięki, hipnotyzując tańczącą w deszczu salę. To był bez wątpienia moment kulminacyjny występu. Zaskakujący, pełen emocji, ale krótki i tylko jeden taki w ciągu prawie dwóch godzin grania.

Koncert miał trwać od ósmej do godziny 24:00. Zabrakło jednak supportu, więc finał przypadł na dziesiątą. Dwugodzinny live okazał się zdecydowanie za długi, nużący i usypiający. Swoje kompozycje artysta określa jako połączenie melancholii i euforii. W momentach, w których napięcie narastało, Löffler gasił je. Łagodził, zaczynał wszystko od nowa. Kiedy, pozwalał dźwiękom wejść na wyższy poziom, pozytywnie zaskakiwał, ale potem powtarzał to samo i to samo raz za razem. Ciężko tupać do minimalu, kiedy brak nieoczekiwanych przejść, a porywający do tańca beat redukuje się do zera. Zmiany układu stóp, rąk i barków nie pomagały. Na obroty nie było miejsca. Ileż razy można robić to samo i słuchać tego samego? Chciało się trochę uciec albo chociaż usiąść, kiedy pozbawione energii nogi odmawiały posłuszeństwa. Niestety schodki do siedzenia dla publiczności były zamknięte, a brudna i zimna podłoga nie zachęcała. Przytaczając fragment zapowiedzi koncertu: Kompozycje artysty nie drażnią, nie smucą, nie stają się monotonne, naprawdę przyjemnie się ich słucha. Płynie się razem z dźwiękami dawkowanymi stopniowo, budującymi napięcie, lecz po sobotnim doświadczeniu można rzec – nie do końca. Löfflera słucha się świetnie. Na kanapie, z laptopem na kolanach, mając świadomość, że w każdym momencie możemy go przełączyć. Przy wieszaniu prania kilka kroków w bok, przód i w tył, trochę wesołego tuptania, a potem powrót do błogiej pozycji horyzontalnej. Zamiast stania pod sceną i wpatrywania się w monotonne, choć pełne wrażliwości i piękna obrazy.

Występ w GTS był częścią trasy koncertowej po Europie, która promuje nowy album artysty „Mare”. Na swoim koncie ma jeszcze jedną płytę z 2011 roku „A forest” i EP-kę „Young Alaska” z 2014. Wszystkie wydane przez wytwórnię Ki Records. Różnią się od siebie jakością zawartości, bo w przeciwieństwie do debiutanckiego albumu, prawie wszystkie sample do „Mare”, zostały nagrane oddzielnie, tylko jeden raz. Od dźwięków instrumentów, dzwonków, po odgłosy natury i wokal. Löffler wplata rzeczywistość w elektroniczny akompaniament, gładko przechodząc między samplami, łącząc wszystko w harmonijną całość. – Znaczenie nie miało być zasadniczo inne niż „A forest”, ale tam, gdzie pierwszy album czasami wydawał się być na powierzchni tego, co mogę powiedzieć, teraz wydaje mi się, że zbliżyłem się do rdzenia tego, co chcę wyrazić – mówi Löffler.

fot. Kaja Szumiło

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *