Czym „Chata” bogata

Chata recenzjaProjekcja dobiega końca i nikt z wypełnionej po brzegi widowni nie podnosi się z miejsca. Nikt nie zakłada nawet kurtki, nie mówiąc już o odzywaniu się. Jeśli byliście kiedyś w podobnej sytuacji, stwierdziliście pewnie „Wszystkich zamurowało” albo „Świetnie, tylko ja nie śpię”. „Chata” pasuje do obydwu możliwości – wszystko zależy od nastawienia widzów.

Głównego bohatera obrazu, Macka Phillips’a, poznajemy jako pogrążonego w depresji ojca. Mężczyzna nie może pogodzić się z morderstwem dokonanym na jego młodszej córce, Missy. Choroba, nazywana Wielkim Smutkiem”, ma wpływ na całą rodzinę – więź z żoną rozluźnia się, a relacje z pozostałą dwójką dzieci nie są takie, jak przed tragedią. Nagle Mac otrzymuje zaproszenie od bliżej nieokreślonego nadawcy pod pseudonimem Tata. Postanawia je przyjąć i jechać w umówione miejsce. Wizyta w Chacie, w której zabito jego pociechę, okazuje się dla niego praktyczną lekcją wiary oraz najskuteczniejszą psychoterapią.

Niewątpliwie twarzą dzieła Stuarta Hazeldine’a stała się Octavia Spencer. Laureatka Oscara za jedną z głównych ról w „Służących” i nominowana za udział w „Ukrytych działaniach”, również tym razem stanęła na wysokości zadania. Wcieliła się w niełatwą rolę Stwórcy o kobiecym ciele. Aktorka wyróżniała się najbardziej, przyćmiewając Sama Worthingtona (bohatera „Avatara”) w głównej roli. Na uwagę zasługuje też drugoplanowa, lecz bardzo ważna postać małej córeczki Maca, grana przez Amélie Eve. Nie jestem pewna, na ile zadziałał jej talent, a na ile naturalny dziecięcy urok, lecz jej gra w tym przypadku ma dla mnie „to coś”, co intryguje odbiorcę, od razu zaskarbiając jego sympatię.

ChataRecenzując filmową adaptację nie sposób pominąć książkowego pierwowzoru tej historii. W 2011 roku William Paul Young wydał powieść, która w nietuzinkowy sposób przekazuje jego propozycję wiary w Boga, pomijając przy tym wszelkie religie i wyznania. Autor zyskał sobie wielu miłośników oraz przeciwników – jedni widzieli w nim przewodnika w wierze, inni posądzali o pewną przynależność do sekty. Ta dość kontrowersyjna produkcja jest wiernym odwzorowaniem powieści. Podczas ponad dwugodzinnego seansu jesteśmy prowadzeni niemalże przez wszystkie jej rozdziały, a nawet strony, po kolei. Bez pomijania ważnych faktów. Bez koloryzowania lub zmieniania fabuły. Nie trzeba więc obawiać się, że nie zrozumiemy wątków filmu, jeśli nie znamy książki. Myślę, że brak odautorskich fantazji scenarzystów jest coraz rzadszą ostatnio sztuką.

Stwórca w klasycznym wyobrażeniu kojarzy się z pewną harmonią. I tak oto film jest bardzo harmonijny, mamy wrażenie płynnego przechodzenia od jednego motywu do następnego. Tego wrażenia dopełniają piękne,  nieprzesadzone animacje ogrodu czy dusz ludzkich oraz spokojna muzyka. Niektórzy zapewne uznają to za wadę i postanowią pójść po następne nachos. Zachęcam jednak do podjęcia starań i skupienia, bez względu na wyznawane przekonania. Przetrwanie kilku momentów znużenia lub nawet irytacji spowodowanych „nadbagażem” sielanki i miłości powinno opłacić się pod koniec seansu.

„Chata”, to dokładnie 132 minuty opowieści o miłości, ludzkiej naturze i Trójcy Świętej. Produkcja nie jest jednak monotonnym kazaniem ani listą zakazów, których musisz przestrzegać, żeby nie trafić do piekła. Można powiedzieć, że raczej przechodzimy wraz z głównym bohaterem jego terapię antydepresyjną. Film wymaga pełnego skupienia widza. Jeśli zniechęcisz się w połowie, nic z tego nie wyniknie. Jeżeli dołożysz starań i odpowiednio zgłębisz przedstawiane treści, ich przekaz może z Tobą zostać jeszcze długo po wyjściu z kina. Wtedy możemy dyskutować – właśnie doświadczyliśmy niezwykłego przeżycia, czy byliśmy na dłużącym się praniu mózgu? Osobiście, doświadczyłam niezwykłego przeżycia i mam wrażenie, że reszta widowni również.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *