„Ouija: Narodziny zła” – horror jak każdy inny

Ouija: Narodziny ZłaMike Flanagan to reżyser średniej jakości horrorów takich jak „Oculus” czy „Absentia”. Dlatego nie jest niczym dziwnym, że po filmie „Ouija: Narodziny Zła” oczekiwałem przeciętności. Czy sequel słabego straszydła „Diabelska plansza Ouija” okazał się lepszy od poprzednika? Zapraszam do czytania.

Większość słabych fabularnie filmów porzuca powolny rozwój historii, na rzecz wpuszczenia widza w wir wydarzeń. W efekcie produkcje te zapominają po drodze o swojej tożsamości. Nowa „Ouija” idzie o krok dalej, bowiem zapomina, czym jest już od pierwszych minut. Finalnie dostajemy mix motywów ze znanych horrorów spleciony w jeden. Są tu: nawiedzony dom, opętana mała dziewczynka, która biega po ścianach i mówi obcym głosem, złe duchy z czasów wojny (w tym jeden Polak), ksiądz mierzący się z demonami i heroiczna walka o dobro rodziny. Tak naprawdę wszystko i nic.

Zapowiadało się obiecująco. Alice Zander (Elizabeth Reaser) – matka samotnie wychowująca dwójkę dzieci – zajmuje się udawanymi seansami spirytystycznymi. Pomagają jej w tym córki: starsza Lina (Annalise Basso) i młodsza Doris (Lulu Wilson). Pewnego dnia pani „medium” kupuję tajemniczą grę Ouija, za pośrednictwem której jedna z dziewczynek zostaje opętana. Do tego momentu produkcja przypominała klasyczny horror z lat siedemdziesiątych i trzymała się fabuły. Niestety, później było coraz gorzej.

Piętą achillesową Mike’a Flanagana jest utrzymanie widza w napięciu i strachu, co w horrorach bywa całkiem ważne. Dlatego też dostajemy tajemnicę rodem z bajki „Scooby Doo” w efekciarskiej otoczce grafiki komputerowej. Niestety, to kolejny film, którego jedynym sposobem na wystraszenie widza jest efekt dźwiękowy. Czy już naprawdę nie można spowodować gęsiej skórki mniej nachalnymi sztuczkami? Naturalną reakcją organizmu na głośny huk czy głosy demonów w tle będzie przyśpieszenie bicia serca. Tani chwyt na przyciągnięcie uwagi do nudnego filmu.

W „Ouija” nie zabrakło polskiego akcentu. Wśród duchów, które opętały dom i jego mieszkańców był obywatel nadwiślańskiego kraju. Torturowany przez nazistowskiego lekarza, wyjechał do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu azylu. Los chciał, że hitlerowski oprawca również pojawił się w USA. Niedługo później wrócił do swoich niecnych badań, a jedną z jego ofiar był m.in. ów Polak. W filmie jest scena, gdzie Lina przychodzi do ojca Toma i pyta, czy ktoś w jej szkole może przetłumaczyć pewne notatki z języka polskiego na angielski.  Dobrze, ale dlaczego siedemnastoletnia dziewczyna wie, że coś było napisane na kartce akurat w tym języku? Tego się nie dowiemy.

Zdjęcia oraz efekty wizualne nie zasługują na dłuższą wzmiankę. W skrócie, są po prostu słabe. Na pochwałę z kolei zasługują dwie młode aktorki za bardzo dobre odegranie ról córek Alice. Umiejętności siedemnastoletniej Annalise Basso trzymają wysoki poziom. Emocje, mimika – to wszystko wydawało się być autentyczne. Szkoda, że musiała grać w takim filmie. Z kolei Lulu Wilson wypadła całkiem nieźle na tle reszty obsady.

„Ouija: Narodziny zła” to dzieło tak klasyczne, że aż nudne. Mike Flanagan otworzył w scenariuszu zbyt wiele wątków, nad którymi później nie panował. Zamiast stworzyć coś swojego, skopiował popularne sekwencje z innych horrorów. Zrobił to tak po macoszemu, że niesmak pozostaje mi do dziś. Nie spodziewałem się wiele po tym filmie dlatego też pozostaje przy tej samej ocenie jak po obejrzeniu trailera – 6/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *