“Fajnie, kiedy słuchacze kierują się wrażliwością i nie zamykają na inne gatunki” – wywiad z Marceliną

mar1

fot. Z.Zija/J.Pióro

Poszukuje, zmienia się, odważnie wchodzi w coraz to nowsze projekty muzyczne. Ci, którzy kojarzą ją wyłącznie z nastrojowych ballad, odsłuchując jej najnowszy album, mogą przeżyć niemałe zaskoczenie. Marcelina opowiedziała nam o pracy nad swoją trzecią płytą, miłości do gitarowego grania i przyjaźni, która świetnie sprawdza się również na polu zawodowym.

Co się dzieje z artystą w dniu premiery płyty? Jak reagujesz kiedy twój album pojawia się na sklepowych półkach? Jest stres, oczekiwanie na pierwsze reakcje i recenzje?

Najbardziej nie mogę się zawsze doczekać momentu gdy dostanę płytę do ręki. Można wtedy dotknąć i zobaczyć fizyczne skondensowanie tego, co się działo podczas pisania czy nagrywania. Płyta to zawsze dużo emocji, wydarzeń, spotkań. Później jest ciekawość reakcji ludzi, fanów, która piosenka będzie ulubiona i czy to się pokryje z moimi typami. Jak przebiegnie trasa… Co się tym razem wydarzy…

Album „Gonić burzę” miał premierę 9 października. Jak przebiegały prace nad tą płytą, jak wyglądał proces jej tworzenia?

To był dziwny czas. Najpierw bałam się, że nie będę miała o czym pisać, a potem nagle zrzuciło mi się na głowę dużo spraw, które przysporzyły materiału do pisania i poruszyły całą machinę. Nie jest zaskoczeniem, że po raz kolejny pracowałam z Robertem Cichym. Jest to mój przyjaciel, który poza tym, że gramy ze sobą na scenie, współprodukuje i współkomponuje ze mną muzykę. Do współpracy zaprosiliśmy Janka Komara. To jest bardzo zdolny muzyk i producent, który do tej pory zajmował się głównie muzyką filmową. Jest też totalnym pasjonatem, ściąga bardzo dużo oldschoolowych, kultowych, sprzętów i dysponuje specyficznym studiem. Byliśmy nastawieni na to miejsce, nasze pomysły, twórcza atmosfera i gitary Roberta, który też jest pasjonatem, połączą siły i wyjdzie z tego jakaś fajna kumulacja. I rzeczywiście tak się stało. W studiu dużo rozmawialiśmy, głównie to było siedzenie, rozmowy, słuchanie i stwierdzanie po dwóch godzinach, że nic jeszcze nie zrobiliśmy (śmiech). Rozmawialiśmy o tym, co nas kręci w muzyce, co nam się podoba, ale przez to pierwszą piosenkę robiliśmy chyba z miesiąc. Ogólnie praca trwała jakieś pół roku. Choć Taka pierwsza piosenka powstała w wakacje i była to piosenka „Miły mój”, i to ona wytyczyła też trochę kierunek, w którym teraz idziemy. Ta regularna praca nad płytą rozpoczęła się w kwietniu. Całość mieliśmy gotową w lipcu, a premierę przewidzieliśmy na październik, żeby móc się ze wszystkim przygotować. Kompozycje, aranżacje i produkcje wraz z miksami wykonaliśmy razem z Cichym. Jan Komar udostępnił nam studio i swoją wiedzę oraz energię.

mar2

fot. Z.Zija/J.Pióro

Album już od pierwszego utworu przypomina trochę takie granie garażowe, trochę nawet jam session. Generalnie jakby spojrzeć na to, co ostatnio dzieje się w polskiej muzyce, to wielu artystów stawia właśnie na taką prostą formę, bez większych udziwnień, na typowo gitarowe granie. Myślisz, że taka muzyka przeżywa renesans?

Trochę tak. Renesans to dobre określenie bo to na pewno nie nowość i nie chwilowa moda. Zależy to też od wrażliwości danego artysty. Jeden lepiej odnajduje się w elektronice, podąża za trendami tego gatunku, a drugi czerpie z czegoś innego. Ja bardzo dużo kombinowałam w tej swojej twórczości.  To wynika pewnie z tego, że nie wywodzę się z muzycznej rodziny i zahaczałam o różne kierunki i gatunki. Zaczynałam od jazzu, potem odkryłam czarne rytmy, mój ojciec słuchał dużo rockowej muzyki i zaszczepił we mnie miłość do Nirvany czy Red Hotów. Pomieszałam to wszystko. Od pierwszej płyty muzycznie poszukuję i podejrzewam, że będzie się tak działo przez cały czas. Podróżując, rozmawiając z ludźmi, cały czas chłonie się coś nowego, człowiek się zmienia, więc ciężko jest powiedzieć na czym się zatrzyma. Natomiast ja na pewno jestem zdecydowanie z tego nurtu żywego grania, gitarowego. Cieszę się, że mam okazję pracować z Robertem który nie dość, że jest wirtuozem jest też pasjonatem gitary. Ma więc bardzo dużo instrumentów i mogliśmy pobawić się brzmieniem zarówno na płycie jak i teraz na koncertach.

Skoro już jesteśmy przy tym temacie – przenieśliście na krążek trochę energii i ognia, które do tej pory były obecne na koncertach. Płyty natomiast były nieco bardziej wyważone…

Myślę, że to wynika z doświadczenia. Kompozycje powstają w domu. Kiedy piszę, to zwykle w domowym zaciszu, często były to jesienne wieczory, zapalone świeczki, klimat  myślę o czymś, biorę gitarę i wychodzą mi same smęty (śmiech).  Potem, kiedy siedzimy z chłopakami w garderobie przed koncertem, wszyscy są nabuzowani. Okazuje się, że wszystko trzeba przearanżować, że coś wychodzi spontanicznie, tu jakaś solówka, tu jakieś przejście, ja skaczę po scenie, więc często wyrzucamy ballady z repertuaru, bo one się w ogóle nie wpisują w klimat. Bardzo mocno wzięłam to pod uwagę tworząc „Gonić burzę”. Pamiętałam o tym, jak czuję się na scenie i o tym żeby nie tworzyć w przypływie jakiś romantycznych krajobrazów czy czegoś chwilowego jak nostalgia. Owszem, to bardzo fajna inspiracja, ale jest też milion innych rzeczy, o których można pisać. Zaczęłam myśleć o tekstach, kiedy jestem w euforii albo na fali koncertów. „Miły mój” powstał właśnie kiedy byliśmy z Robertem w trasie, jednego dnia graliśmy koncert, drugiego kolejny, więc byliśmy w ferworze występów i dobrej energii. W przerwach graliśmy sobie i nagrywaliśmy pomysły. To był dobry trop.

A twój ulubiony numer z płyty? Który to?

Mam kilka takich. Bardzo lubię „Nie mogę zasnąć”. To stan, który często mi ostatnio towarzyszył… Nie mogłam spać, a jak już zasypiałam, to miałam głupie sny. Pewnego ranka stwierdziłam, że o tym napiszę, bo jestem tak poirytowana i tak mnie to denerwuje, że chyba to wykorzystam. Bardzo lubię też piosenkę „Uwolnij mnie”. To jest jedna z tych ballad, których nie wyrzuciłam i stwierdziłam, że musi się ona znaleźć, bo moment jej powstania był bardzo szczery. Powstała, kiedy już mieliśmy zamknięta listę utworów, a w moim życiu prywatnym nadszedł moment kryzysowy. Robert, pocieszając mnie, wziął gitarę i stwierdził, że to jest ten  moment, w którym powinnam z siebie wszystko wyrzucić. Ta piosenka została nagrana w jeden dzień, zostawiliśmy ją bez zmian, nie chcieliśmy jej nagrywać od nowa w studiu. Zostawiliśmy ją zarejestrowaną „po domowemu” i z tymi emocjami, które były najważniejsze. Nie musi być idealnie, ważne żeby było o czymś. Wracając do pytania, lubię też „Czarną Wołgę”-koncertowo jest to mój ulubiony numer!

mar5

fot. Z.Zija/J.Pióro

Podobno przez długi czas twierdziłaś, że nie potrafisz pisać tekstów. Co sprawiło, że jednak się przełamałaś i zaczęłaś tworzyć?

To chyba była chora ambicja (śmiech). Nie lubię czegoś nie umieć, a tekst wydaje mi się być mocną częścią piosenki. Jak wyobrażałam sobie, że ktoś ma ma mi go napisać i jednak będzie tworzył go na podstawie własnych doświadczeń, używając tego co sam przeżył, a nie tego co ja, to nie będzie ze mną spójne. Przy pierwszej płycie zgłosiłam się jednak z pisaniem tekstów do Natalii Grosiak z Mikromusic, która bardzo cenię. Przyjaźnimy się, więc wiedziałam, że będę mogła z nią swobodnie rozmawiać o swoich pomysłach do każdej piosenki. Pierwszy tekst napisała Natalia później siedziałyśmy razem, ja mówiłam co mam przed oczami słuchając danej piosenki i pisałyśmy aż to było to. Tak się w to wkręciłam że pod koniec przynosiłam już prawie gotowe teksty a Natalia czasem coś poprawiła. Zachęciło mnie to do tego, by pisać, by pracować nad sobą. Jakiś czas później przyszła propozycja wzięcia udziału w projekcie „Panny Wyklęte”, gdzie teksty są najmocniejszą stroną piosenek. Pisanie to było trudne, bo tekst zahaczał o tematy historyczne, w których początkowo nie bardzo się odnajdywałam. Przysiadłam do tego porządnie i finalnie byłam zadowolona.

Przy okazji pisania tekstów do „Panien Wyklętych” musiałaś mocno wejść w tę tematykę historyczną?

Tak. Obok występów ze świetną ekipą, to była najfajniejsza rzecz, która wydarzyła się w tym projekcie.  Tak jak mówiłam, w szkole nie cierpiałam historii. To były suche fakty. Dzięki „Pannom Wyklętym” zaczęłam jednak zgłębiać historię nie tylko świata, ale i swojej rodziny. Zaczęłam też czytać książki o historiach zwykłych ludzi, o miłości w czasach wojny, o kobietach, które walczyły, natrafiłam na prawdziwe listy, pamiętniki.

Odchodząc od tematu, na nową trasę koncertową planujesz jakieś niespodzianki?

Na koncercie premierowym na pewno pojawią się goście związani w jakiś sposób z tym albumem. Będzie Budyń z Pogodno, z którym wspólnie napisaliśmy tekst do wołgi, skład będzie nieco poszerzony niż zwykle. Generalnie staraliśmy się bardzo mocno dopracować te koncerty pod względem muzycznym ale też wizualnym więc zdecydowanie zapraszam!

A będzie grany tylko ten nowy materiał czy będzie on przeplatany starym?

Będziemy przemycać stare utwory w trochę innych aranżacjach. Myślę o koncercie jako o pewnej spójnej całości. Z trzech płyt już jest z czego wybierać, więc jest raczej energetycznie i gitarowo.

Było mnóstwo słynnych duetów. Pozamuzycznie byli Bonnie&Clyde, muzycznie John Lennon i Paul McCartney. Jak już myślimy w kategoriach duetów, to mam ważenie, że u nas, na naszym rynku, takim nierozerwalnym duetem jesteś ty i Robert Cichy…

(śmiech) Trochę tak. Jesteśmy chyba wychowani w oldschool’owych realiach, jesteśmy bardzo lojalni, bardzo się zaprzyjaźniliśmy i kiedy to zażarło, to trudno będzie nas rozdzielić. Poza tym szkoda by było, gdybyśmy przestali ze sobą pracować, bo im dalej idziemy i robimy kolejne płyty, kolejne kompozycje, tym lepiej się poznajemy i cały czas się zaskakujemy. Fajne jest, że nie czuję znużenia tym człowiekiem i wspólnym tworzeniem. Myślę, że to jest duet, który długo jeszcze potrwa. Oczywiście nie zamykam się na żadne inne współprace, ale myślę że przy swoich projektach, jeszcze z Robertem popracuję.

A pamiętasz jak zaczęła się wasza współpraca?

Zaczęła się przy pierwszej płycie. Robiłam tę płytę z projektem June. Był to zespół, trio producenckie, w którym był właśnie Robert. Najlepiej się dogadywaliśmy. Później graliśmy razem na scenie, ale z czasem skład zaczął się zmieniać, także w sumie został z tego pierwotnego składu został tylko Robert.

mar3

fot. Z.Zija/J.Pióro

Pozostając jeszcze przy temacie kolaboracji, od pewnego czasu dosyć popularne w polskiej muzyce jest łączenie delikatnych kobiecych wokali z rapem. Można cię było usłyszeć na „Holiźmie” Grubsona. Jak się odnajdujesz w takim nieco innym wydaniu? To co tworzysz ty i to co tworzy Tomek to są jednak dwie inne muzyczne ścieżki…

Wydaje mi się, że bardzo fajnym zjawiskiem jest to, kiedy muzycy różnych kultur nie unikają połączeń. Grubson sam wspomniał, że bał się trochę reakcji słuchaczy, a z drugiej strony był bardzo ciekawy jak to wyjdzie, jak dziewczyna z totalnie innej bajki się w tym odnajdzie, jak to zagra. Tak samo było z zaproszeniem do wspólnego kawałka przez zespół Happysad czy moje zaproszenie do współpracy Roguckiego. Nikt by nie pomyślał, że nasze głosy tak fajnie się połączą. Dobrze, że artyści są otwarci, że utworzył się taki nurt. .W hip-hopie praktycznie od zawsze były w refrenach damskie wokale, ale to był dziewczyny, które wywodzą się z tego klimatu, a teraz łączy się zupełnie inne światy. I to jest super! O to chodzi w muzyce! W ten sposób muzycy pokazują też swoim fanom, żeby się nie zamykali i nie klasyfikowali „to jest dobre, a to jest złe”. Fajnie jak słucha się różnych rzeczy i kieruje się w tym wrażliwością. Mam często tak, że lubię na jakiś czas wejść w zupełnie inną bajkę, spróbować czegoś innego, jeździć na koncerty i stawać przed totalnie inną publicznością. To są wyzwania dla artysty i ja je bardzo lubię. Oczywiście nie można też przeginać i pojawiać się na wszystkich płytach i próbować wszystkich rzeczy, ale takie udzielanie się u kogoś innego raz na jakiś czas jest bardzo rozwijające. Tak samo jest z graniem  w klipach, gdzie na jakiś czas można wejść w jakąś rolę. To jest świetnie!

No właśnie zauważyłam, że w swoich teledyskach musisz wykazać się niemałymi zdolnościami aktorskim, co szczególnie było widać w „Karmelove”…

To jest chyba wynik tego, że bardzo dobrze się rozumiem z twórcami tego klipu. „Karmelove” i „Nie mogę zasnąć” robiła ta sama ekipa, Zosia Zija i Jacek Pióro. Pracując z nimi, czuję siê swobodnie. Bardzo mi odpowiada ich wrażliwość. Ale na pewno nie uważam się za osobę ze zdolnościami aktorskimi, nie mam też napięcia by występować w każdym swoim klipie. Lubię na natomiast czasami na chwilę oderwać się od codzienności i zrobić coś nowego.

Zmierzając ku końcowi i nawiązując jeszcze do singla… co robisz gdy „nie możesz zasnąć”?

Wstaję i zapisuję to co mi się śniło wcześniej… Albo po prostu idę na spacer.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *