Boscy wolontariusze z 40. Festiwalu Filmowego w Gdyni

11987055_10204946122349542_5129230787387122136_n

Wolontariusze w pracy

Choć nie lansują się w świetle fleszy, na festiwalu są widoczni bardziej od gwiazd. W gustownych, pomarańczowych koszulkach obecni wszędzie – nawet tam, gdzie ich nie potrzeba. Poznajcie boskich wolontariuszy jubileuszowego 40. Festiwalu Filmowego, którzy przez siedem dni zawojowali Gdynią. 

Kasia na festiwal przyjechała aż z Katowic, gdzie studiuje Organizację Produkcji Filmowej i Telewizyjnej. W tym roku debiutowała w roli wolontariuszki w Gdyni, choć wcześniej uczestniczyła już w tej roli na Nowych Horyzontach i Ars Independent. – Interesuję się kinem, więc na bieżąco śledzę programy festiwali. A to w końcu święto polskiego kina, dlatego wiedziałam, że nie może mnie tam zabraknąć – wyjaśnia.

Mega zabawa i super praca!

Pasja i miłość do kina to główne powody, dla których prawie dwustu wolontariuszy zdecydowało się poświęcić swój czas, by wspierać organizację Festiwalu Filmowego w Gdyni. Bo chyba tylko z miłości można przez pół dnia stać w ciasnym magazynie i pakować do specjalnych toreb gadżety dla akredytowanych gości. Albo przy akompaniamencie żołnierskich piosenek podawać sobie ciężkie kartony pełne książek. Nie dajcie się jednak nabrać, nikt nie robił tego przez siedem dni. Pozostałe sześć ochotnicy spędzili na znacznie przyjemniejszych i bardziej odpowiedzialnych zajęciach.

Iga, totalna teatrofilka, podczas gdyńskiej imprezy pracowała w gazecie festiwalowej „Klaps”. Jej zadania polegały głównie na redagowaniu artykułów, przeprowadzaniu wywiadów i sond.– Mega zabawa i super praca – podsumowuje. To jej przypadł zaszczyt przeprowadzenia wywiadu z laureatem Platynowych Lwów, Jerzym Antczakiem – najlepsze, co może przytrafić się studentce dziennikarstwa międzynarodowego. W festiwalowych mediach pracowały też Ula i Ewelina. Obie spędziły tydzień w biurze prasowym, pomagając m.in. przy organizacji konferencji prasowych i działając na Instagramie. Odpowiadały także za kontakty z dziennikarzami, co nie zawsze okazywało się przyjemnym obowiązkiem. – Najgorszym wspomnieniem jest tragedia związana z panem Marcinem Wroną. To był jeden z tych gorszych dni, kiedy przychodzisz na zmianę, nie ma nikogo, a tłum dziennikarzy zadaje Ci pytania: czemu nie ma seansów? Czemu nic nie wiesz? Czemu, czemu?… Ale wszystko udało się rozegrać bardzo profesjonalnie – wspominają studentki filmoznawstwa i wiedzy o nowych mediach.

Wolontariusz prywatnie

Kim są gdyńscy wolontariusze, gdy zdejmują pomarańczowe koszulki i wracają do codziennego życia? To zwykli-niezwykli młodzi ludzie z różnych stron Polski, którzy często na co dzień zajmują się rzeczami zupełnie nie związanymi ze światem filmu i show biznesu.

12002783_10204897282088566_2484520057447354832_n

Słynne „welcome packi” dla gości akredytowanych

Dwudziestoletnia Ola studiuje biotechnologię na Politechnice Gdańskiej. Choć miała już doświadczenie w wolontariacie na podobnych uroczystościach (pomagał m.in. przy Sopot Film Festival), w Gdyni udzielała się po raz pierwszy. – Zdecydowałam się na wolontariat, ponieważ chciałam zobaczyć jak wszystko wygląda od kulis, a także poznać nowych ludzi – mówi. Także z tej przyczyny na wolontariuszkę kandydowała Ula, która od października rozpoczęła studiowanie psychologii na Uniwersytecie Gdańskim. – Interesuję się kinem, literaturą i mediami. Chciałam poznać kogoś, kto podziela moje zainteresowania –wyjaśnia, dodając, że w przyszłym roku na pewno powróci na festiwal.

Wolontariuszami były też osoby z tak zwanego środowiska filmowego: studenci kierunków związanych z filmem oraz osoby pracujące w branży. Klaudia od zeszłego roku statystuje w różnych produkcjach.

– Uwielbiam atmosferę na planie i pomyślałam, że tutaj, gdzie jest tyle ludzi z branży, może być podobnie – stwierdza studentka krajoznawstwa i turystyki historycznej. Z czysto zawodowego powodu na festiwal wybrała się też Agnieszka, warszawianka, która pracuje jako asystentka reżysera przy produkcjach teatralnych. – Z uwagi na wybrany zawód jestem też częścią tego środowiska, więc stąd pomysł, by swoją przygodę z festiwalem zacząć właśnie przy okazji tegorocznej edycji i zobaczyć to wydarzenie od środka, zza kulis – mówi. – Stanie po drugiej stronie sceny czy kamery jest moją pasją i pracą. Chciałam się sprawdzić w zbliżonej roli podczas święta polskiego kina, poznać ciekawych ludzi i poczuć filmową atmosferę całej Gdyni.

Nasi sławni znajomi

Poza wszystkimi innymi zaletami, wolontariat na gdyńskim festiwalu to doskonała okazja, by na własne oczy zobaczyć z czym wiąże się sława, a także możliwość poznania znanych z ekranu osobistości. A niektóre z nich nawet same się przedstawiały. – Jedna z pań będących gościem zagranicznym podczas bankietu z okazji zakończenia festiwalu wręcz zmusiła Jerzego Stuhra do przywitania się ze mną – opowiada Mańka, pracująca w Biurze Gości Zagranicznych. – Człowiek-legenda sam wyciągnął do mnie rękę i jeszcze się mi przedstawił – wspomina ze śmiechem.

Gwiazdy często spotykała również Alicja, która cały festiwal spędziła w Saloniku Twórców. To właśnie tam większość czasu spędzały wszystkie ekipy filmowe podczas projekcji filmów konkursowych. Ala najbardziej zapamięta przez spotkanie z Tomaszem Kotem, mimo że cała sytuacja nie była wcale pozytywnym doświadczeniem. – Pewien mężczyzna w bardzo agresywny sposób rozmawiał z aktorem, drażnił go i obrażał jego znajomych. A ten rzucał mi znaczące spojrzenia typu „O co tutaj chodzi?” – mówi.

Najwięcej okazji na poznanie festiwalowych gwiazd mieli wolontariusze opiekujący się ekipami filmowymi i laureatami nagród poprzednich edycji imprezy. Joanna, której przydzielono do opieki twórców filmów „Hiszpanka” i „Moje córki krowy” przyznaje, że znacznie milej rozmawia się z osobami pracującymi za kamerami niż z samymi aktorami. – Z uśmiechem wspominam spotkanie z reżyserką filmu „Moje córki krowy” Kingą Dębską, która, jak się okazało już w pierwszej minucie spotkania, tak jak ja skończyła japonistykę. 

Matka Sandra od Wolo

12072773_10204976457587904_8119768573784969111_n

Sandra i jej „dzieciaki”

Na pytanie o najlepsze wspomnienie z tygodnia pracy na festiwalu, wielu wolontariuszy odpowiada szybko: SANDRA SUTOR! Kim jest ta pełna pozytywnej energii dziewczyna, która stworzyła grupę boskich wolontariuszy 40. festiwalu w Gdyni? Sandra Sutor, nazywana też „matką Sandrą od Wolo”, od dwóch lat odpowiada za koordynowanie festiwalowych pomocników. To przed nią stoi niewdzięczne zadanie rekrutowania i, co za tym idzie, odrzucania wielu kandydatów. W tym roku musiała pozbawić nadziei prawie sto siedemdziesiąt osób. Tegoroczny festiwal był jej ósmym. Przez te wszystkie lata zdążyła być już pilotem gości zagranicznych, pracować przy stanowisku pomocy oraz w redakcji gazety „Klaps”. To jednak kontakt z wolontariuszami, których nazywa „dzieciakami”,  sprawia jej najwięcej radości.

– Najpozytywniej z całej imprezy zapamiętam osobę, która dbała o nas, wolontariuszy, i zawsze emanowała pozytywną energią, czyli naszą niezawodną koordynatorkę Sandrę Sutor – odpowiada Agnieszka. – Ludzie pracujący przy tym festiwalu są świetni.. A Sandra to naprawdę dziewczyna ze złota! Wielki podziw za ogarnianie wolontariuszy – komentuje Ewelina.

W tym szaleństwie jest metoda!

Co o organizacji festiwalu sądzą będący w centrum wszystkiego wolo? Niektórzy podchodzą do niej sceptycznie, inni ją zachwalają. Jedno jest pewne: w tym szaleństwie jest metoda! – Odczułam bardzo dużo chaosu i poznałam dużo ludzi, którzy odpowiedzialni byli za wszystko i za nic jednocześnie. Mimo to, wszyscy przetrwaliśmy cały tydzień bez większych uszczerbków na zdrowiu – śmieje się Gosia, pracująca przy punkcie informacyjnym. – Świetna organizacja, dużo członków obsługi służących wszelką pomocą. Bardzo zaangażowana ekipa – dodaje Asia. Są jednak i tacy, którzy skarżą się na złe traktowanie wolontariuszy przez innych organizatorów. – Jedna z pań skrytykowała mnie za to, że próbowałam wykonać zadanie zlecone przez inną pracownicę – wspomina Małgosia, studiująca prawo w Krakowie. – Wolontariuszy traktuje się trochę jak popychadła i niepotrzebne „zawadzajki”. Narzeka się także na brak „welcome packów”, których ochotnicy nie otrzymali. – Ta torba i parę gadżetów byłyby miłymi pamiątkami i wynagrodzeniem pracy – stwierdza Kasia.

Mimo wszystkich skarg, większość z młodych pracowników i tak deklaruje powrót na festiwal w przyszłym roku.  – Bardzo chciałaby wrócić, bo to naprawdę fantastyczna przygoda – mówi Zuzanna. Jej opinię potwierdza Mańka. – Mam nadzieję, że wrócę i spotkam się ze wszystkimi, z którymi musiałam się rozstać 20 września  – deklaruje. – To wspaniała okazja, żeby zobaczyć dużo dobrego polskiego kina, więc jeśli nie pojawię się tu jako wolontariusz, to zakupię karnet – dodaje Monika.

Więc jak, Boscy Wolo? Do zobaczenia za rok?

fot. Sandra Sutor 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *