Sztuki przetrwania ciąg dalszy

??????????Po pierwszej części „Igrzysk śmierci” pozostał lekki niedosyt. Walka Katniss Everdeen, w organizowanym przez okrutny reżim morderczym turnieju, przecież się zakończyła. Czy sequel może nam dać coś więcej? Czy druga część jest w stanie powtórzyć, albo nawet przebić sukces poprzedniczki?

Z niezrozumiałych powodów ekranizacja tego książkowego hitu porównywana jest do mdłej i ckliwej sagi „Zmierzch”. Jedynymi podobieństwami jakie można znaleźć są młoda dziewczyna w roli głównej bohaterki i wątek miłosny. Ale na upartego w każdej, czy to filmowej czy książkowej historii, taki motyw występuje. „Igrzyska Śmierci” są czymś więcej niż nietrzymającą się kupy opowiastką dla gimnazjalistek.

Fabuła drugiej części zaczyna się niedługo po finale pierwowzoru. Katniss (Jennifer Lawrence) i Peeta (Josh Hutcherson) wyruszają na tournée dla zwycięzców. Towarzyszą im ich barwni opiekunowie: Haymitch Abernathy (Woody Harrelson) i Effie Trinket (Elizabeth Banks). W trakcie podróży, wśród ludności dystryktów, podnoszą się nastroje antyrządowe, którym starają się zapobiec prezydent Snow (Donald Sutherland) i nowy organizator Igrzysk – Plutarch Heavensbee (Philip Seymour Hoffman). Pojawia się plan zlikwidowania głównej bohaterki…

Mimo zmiany reżysera z Gary’ego Rossa na Francisa Lawrence’a udało się utrzymać ciężki klimat opowieści. Nic w tym dziwnego, w końcu Lawrence stał za kamerą takich filmów jak „Constantine” i „Jestem legendą”. Miejsce akcji – Panem – od razu przywołuje na myśl Koreę Północną. Zagłodzeni ludzie, brutalne rządy żelaznej ręki i bezwzględni funkcjonariusze oddziałów bezpieczeństwa (przypominający szturmowców Imperium z „Gwiezdnych Wojen”) nie pozostawiają złudzeń odnośnie kraju będącego wzorem dla twórców.

Godna uwagi jest gra aktorska. Laureatka Oscara, Jennifer Lawrence, zaskakująco dobrze oddaje emocje i rozterki, które nią targają. I nie chodzi tu tylko o dylemat, którego przystojniaka wybrać, Peetę czy Gale’a (w tej roli ulubieniec kobiet – Liam Hemsworth), ale też o wyrzuty sumienia z powodu wcześniejszych wydarzeń. Donald Sutherland, grający głównego antagonistę, stworzył postać, którą każdy widz znienawidzi z całego serca. Za tę kreację – czapki z głów. Poza tym, zawsze ciekawy Woody Harrelson i niebywale ekscentryczna Elizabeth Banks dodają trochę koloru w tym ponurym świecie. Należy też wspomnieć o kilku nowych, interesujących postaciach. Arogancki i napuszony Finnick (Sam Claflin) oraz agresywna i bezpośrednia Johanna (Jena Malone) to kreacje, które mogą się podobać. Młodzi aktorzy udźwignęli swoje role. Philip Seymour Hoffman nie wymaga chyba żadnej reklamy – nie na darmo jest również, podobnie jak panna Lawrence, zdobywcą Nagrody Akademii Filmowej.

Słowo o muzyce: nadal trzyma poziom. Jej kompozytor pozostał ten sam – James Newton Howard. Uznany twórca soundtracków między innymi do nowej trylogii Batmana, „Adwokata Diabła” czy „Salt” trafnie podkreśla okrucieństwo Panem, a także fałszywą wyniosłość corocznej rozrywki jej mieszkańców.

Od sequeli zawsze oczekuje się wiele. Dlatego też, „drugie części” najczęściej nas zawodzą. Czy zatem „Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia” należą do tych nieudanych? Z całą pewnością nie. Jest tutaj więcej, mocniej, straszniej. Film trwa niemal dwie i pół godziny, a mimo tego czas płynie przy nim szybko. Z minuty na minutę akcja się rozkręca, czekamy w napięciu i nagle… następuje koniec. Może lekko przewidywalny, ale stawiający tyle pytań, zostawiający tak wiele niedomówień, że na ostatni rozdział tej historii będzie się czekać z wielką niecierpliwością. I do tych niecierpliwych należę i ja. Zdecydowanie polecam, nie tylko fanom książki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *