Parę słów o instrumentach, zmęczeniu i brodzie

Peter J BirchPeter J Birch, czyli dwudziestodwuletni Piotrek Brzeziński, śpiewający amerykański folk, o którym zapomniało się w dzisiejszych czasach, a przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Nam opowiedział o otwartości muzycznej, zamiłowaniu do country i życiu w trasie.

Masz 22 lata, ponad 200 koncertów już za sobą, a przecież to dopiero początek, bo jesteś w trasie koncertowej po całej Europie. Jak brzmi zatem recepta na sukces?

Szczerze? Nie mam pojęcia. Dla mnie te rzeczy, które robię tu i teraz, są wielkimi sukcesami. Może dla kogoś innego to zupełnie nic nie znaczy, gdyż nie jestem popularny. Trudno mi powiedzieć, jak dokładnie brzmi recepta. Myślę, że na to na pewno składa się ciężka praca.

Twój grafik jest napięty do granic możliwości. Co dzień inne miasto. Nie myślisz czasem „pal licho to wszystko! Chcę odpocząć!”?

Jasne! Mam takie momenty, że jestem naprawdę wyczerpany, bo bycie w trasie kosztuje dużo zdrowia i tak moje życie ostatnio wygląda. Mam jednak siłę. Wiadomo, to nie jest tak, że ja jeżdżę rok i nie mam ani jednego dnia przerwy, choć przyznaję, listopad to będzie maraton. 6 dni wolnych, reszta to koncerty. Rzeczywiście po czymś takim dobrze jest odpocząć, spotkać się z  rodziną, przyjaciółmi. Można powiedzieć, że wtedy czuję się jak na jakimś odwyku.

Skąd wzięła się inspiracja folkiem, muzyką country?

Po prostu zacząłem słuchać takiej muzyki jakiś czas temu. Spodobało mi się. Totalnie poczułem ten klimat, może w pewien sposób dzisiaj się z nim utożsamiam. Amerykański folk jest tym czymś, co czuję całym sobą, choć nigdy nie byłem w Stanach Zjednoczonych. Miejmy nadzieję, że kiedyś uda mi się tam dotrzeć.

W czasach dubstepu i drumów serwujesz nam coś zupełnie innego. Myślisz, że taka muzyka stanie się kiedykolwiek komercyjna, czy wręcz przeciwnie, komercja by ją zabiła?

Rozmowy o komercji to temat rzeka. Mainstream średnio mnie interesuje. Jeśli to, co robię do kogoś trafi, lub jeśli ktoś dzięki mojej muzyce lepiej się poczuje, to dla mnie będzie największym szczęściem. Nic więcej mi nie potrzeba. Gdyby stało się tak, że komercyjne stacje zaczęłyby puszczać moje kawałki, byłoby super. Nie twierdzę, że jestem jakimś alternatywnym wykonawcą, który chce na zawsze pozostać w undergroundowym środowisku. Mi też zależy na tym, by dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców, ale nic na siłę.

U Kuby wystąpiłeś…

Tak. Miałem już dużo wcześniej propozycję, by zagrać tam gościnnie, ale uznałem, że nie ma to sensu. Nie miałem jeszcze wydanej płyty i pomyślałem, że zgodzę się dopiero, gdy skończę materiał. Łatwiej będzie go wypromować, ponieważ telewizja nadal jest tym głównym medium.

Na swoim debiutanckim albumie zagrałeś na klawiszach, gitarze akustycznej, perkusji i tamburynie. Może grasz na czymś jeszcze?

Na nerwach (śmiech). A tak poważnie to bębny. Od nich zaczynałem i ubolewam nad tym, że nie mam zespołu, z którym mógłbym sobie pograć. Tak się złożyło, że mój rozpadł się niedawno i występuję tylko jako Peter. Na pianinie także zagrałem to, czego potrzebowałem do mojego krążka. Jednak wirtuozem czy multiinstrumentalistą nie jestem.

A jak jest lepiej: solo czy w zespole?

Traktuję to na równi. To super sprawa zagrać z chłopakami, jest wyczuwalna ta chemia, słychać instrumenty, na których ja nie potrafię grać, a całość fajnie hula na scenie. Z drugiej zaś strony, miło jest zagrać samemu, pokazać swoje drugie oblicze.

Jesteś otwarty na nowe dźwięki? Co powiedziałbyś na jakąś nietypową kolaborację, np.  gdyby producent hip-hopowy Noon zrobił dla ciebie beat?

Jestem otwarty na różne gatunki muzyczne. Gdyby coś wpadłoby mi w ucho i uznałbym, że jest to wartościowe, to czemu nie? Ostatnio kolega z Białegostoku poprosił, bym zaśpiewał na jego płycie, a jest to muzyka, która różni się od mojej. Posłuchałem i bardzo mi się spodobało. Nie chciałbym się zamykać w obrębie jednego brzmienia. Nawet moja najnowsza płyta będzie czymś zupełnie innym… i to, że nie będzie na niej ani jednego kawałka country nie świadczy o jakiejś drastycznej zmianie. To nadal będę ja.

Dlaczego nie śpiewasz po polsku?

To nie tak, że wstydzę się języka ojczystego. Występuję jako Peter J Birch, nie Piotrek Brzeziński. Także śpiewam po angielsku, ponieważ moim zdaniem nasz język kompletnie nie pasuje do amerykańskiego folku. Jakoś dziwnie by to brzmiało, mogłoby zakrawać na kabaret. Faktycznie niektórzy robią taką „parodię Nashville”, ale country tak jak wszystkie gatunki, można podzielić. Jest coś w stylu „disco polo” oraz to brzmienie country, które kocham. I do niego nie pasuje język polski.

Odstąpmy od muzyki, bo jeśli nie ona to…? Jakie są twoje inne zajawki?

Obecnie jestem już ukierunkowany na jedno. Utrzymuję się z muzyki, z czego jestem przeszczęśliwy. A co jeszcze? Lubię sport, zwłaszcza piłkę nożną. A kiedyś nawet trenowałem karate przez 8 lat…i kiedyś nawet wiązałem z tym przyszłość. Dzisiaj wiem jednak, że muzyka jest moim priorytetem.

Pozwolę sobie zapytać o brodę… To uzupełnienie wizerunku artystycznego czy kaprys?

Akurat tak się  złożyło, że miałem ją już dużo wcześniej. O ile się nie mylę, zacząłem ją zapuszczać już w trzeciej klasie gimnazjum, więc tak mi się wydaje, że od zawsze ze mną była. Przyzwyczaiłem się. Chyba sam już nie pamiętam, jak wyglądam bez brody (śmiech).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dwanaście − pięć =