24/06/2026

CDN

TWOJA GAZETA STUDENCKA

Iluminaci wracają do gry

3 min przeczytania
anioły i demony opiniowtorek

Grafika: Eden Król/Plakat: Columbia Pictures, użyto na podstawie prawa cytatu

Anioły i demony to film, który miał bardzo trudne zadanie — musiał powtórzyć gigantyczny sukces Kodu da Vinci i jednocześnie poprawić jego największe problemy. I co ciekawe, w wielu aspektach naprawdę mu się to udało.

Film wyreżyserował Ron Howard, a w głównej roli ponownie pojawia się Tom Hanks jako Robert Langdon — profesor symboliki religijnej, który znowu zostaje wrzucony w sam środek ogromnego spisku.

Kościół jako oś fabuły

fot. Hanna Wiczkowska

Po śmierci papieża Watykan przygotowuje się do konklawy. W tym samym czasie z CERN-u zostaje skradziona antymateria — niezwykle niebezpieczna substancja mogąca zniszczyć całe miasto.

Okazuje się, że za kradzieżą stoi tajemnicza organizacja Iluminatów, która grozi Kościołowi i zapowiada zemstę.

Langdon trafia do Rzymu, gdzie musi rozwiązywać zostawione przez Iluminatów zagadki ukryte w symbolach, dziełach sztuki i architekturze, próbując jednocześnie uratować porwanych kardynałów i zapobiec katastrofie.

Największa poprawa względem Kodu da Vinci

Największy problem Kodu da Vinci był taki, że momentami przypominał bardzo długi wykład historyczny. Bohaterowie stali i tłumaczyli symbole przez pół filmu. Anioły i Demony wyciągnęły z tego wnioski. Tutaj akcja praktycznie cały czas pędzi. Bohaterowie prowadzą pościgi po Rzymie, używają tajnych przejść i walczą z goniącym ich czasem.

Film ma dużo więcej energii i napięcia. Wreszcie czuć, że stawka jest ogromna. Reżyser nie próbuje robić przesadnie „intelektualnego” kina — stawia na emocje i tempo.

Klimat Watykanu i Rzymu

Jedna z najlepszych rzeczy w filmie to klimat. Rzym wygląda fenomenalnie. Kościoły, place, podziemia, Watykan nocą — wszystko ma niemal mistyczny charakter. Kamera bardzo często podkreśla monumentalność architektury i religijnej symboliki.

Muzyka Hansa Zimmera też robi ogromną robotę. Soundtrack buduje napięcie praktycznie przez cały film i sprawia, że nawet spokojniejsze sceny mają ciężar.

Momentami film przypomina wręcz religijną wersję kina przygodowego w stylu Indiana Jones, tylko bardziej mroczną i nowoczesną.

Tom Hanks jako Langdon

Tom Hanks bardzo dobrze odnajduje się w roli Roberta Langdona i sprawia, że bohater mimo całego chaosu wokół nadal wydaje się

fot. Hanna Wiczkowska

wiarygodny oraz inteligentny. Nie jest to jego najbardziej charyzmatyczna rola, lecz dobrze sobie w niej radzi.

W Aniołach i Demonach Langdon wypada lepiej niż wcześniej, bo scenariusz daje mu więcej okazji do działania, a mniej do tłumaczenia teorii przy stole. Dzięki temu bohater wydaje się bardziej aktywny i bardziej ludzki.

Problem w tym, że sam Langdon nadal bywa trochę „zbyt idealny”. Praktycznie wszystko wie, wszystko rozumie i niemal zawsze trafia na właściwy trop w ostatniej chwili. Ale taki już jest styl Dana Browna — bohater ma być przewodnikiem po zagadce.

Plot twist i finał

Najmocniejszą częścią filmu jest końcówka. Reżyser bardzo dobrze prowadzi widza w złym kierunku. Przez większość historii wydaje się, że wszystko jest prostym konfliktem nauki z religią i zemstą Iluminatów na Kościele.

A potem okazuje się, że prawdziwe zagrożenie pochodzi z samego wnętrza Watykanu.

Kamerling Patrick McKenn wypada świetnie jako antagonista, bo nie jest typowym złoczyńcą. Ewan McGregor gra go bardzo spokojnie i charyzmatycznie, dzięki czemu finał działa dużo mocniej. Jego motywacja — uratowanie wiary za wszelką cenę — jest przerażająca właśnie dlatego, że częściowo można ją zrozumieć.

Scena z helikopterem i antymaterią jest totalnie przesadzona i absurdalna fizycznie, ale jednocześnie niesamowicie widowiskowa. To dokładnie ten rodzaj hollywoodzkiej przesady, który albo kupujesz, albo przewracasz na niego oczami.

Podsumowanie

Anioły i Demony to bardzo dobry thriller sensacyjny, który idealnie nadaje się na wieczorny seans. Nie jest szczególnie głęboki ani realistyczny, ale świetnie buduje napięcie i ma bardzo dobry klimat.

To jeden z tych filmów, które ogląda się z przyjemnością nawet wtedy, gdy człowiek widzi wszystkie fabularne absurdy — bo całość jest po prostu dobrze zrobiona i wciągająca.