„Śmierć Iwana Iljicza” w reż. Franciszka Szumińskiego – recenzja
5 min read
Spektakl Śmierć Iwana Iljicza jest inscenizacją noweli Lwa Tołstoja. XIX-wieczny tekst rosyjskiego pisarza na teatralne deski przeniósł Franciszek Szumiński we współpracy z dramaturżką Małgorzatą Jakubowską. Utwór jednego z geniuszy światowej literatury doskonale wybrzmiewa w ustach aktorów Teatru Wybrzeże. Otrzymujemy zatem nie tylko wybitną, precyzyjną i pełną metafor prozę Tołstoja, dostajemy wzbogacony o świetną grę aktorską obraz, który pozostanie z nami na długo.
Sednem i osią spektaklu jest proces umierania głównego bohatera Iwana Iljicza (Krzysztof Matuszewski). Poznajemy go w jego mieszkaniu, gdzie wraz z rodziną zasiada do stołu, aby zjeść obiad. Przy ciężkiej masywnej ławie do akompaniamentu muzyki klasycznej zasiadają wszyscy bohaterowie dramatu: żona Iljicza Praskowia Fiodorowna (Małgorzata Brajner), córka Liza Iwanowna (Katarzyna Michalska), jej narzeczony Pietryszczew (Piotr Łukawski) oraz chłopiec kredensowy, grany przez Roberta Ciszewskiego. Choroba Iljicza staje się punktem wyjścia do wszystkich wydarzeń, których stajemy się świadkami. Samego głównego bohatera zmusza zaś do rozrachunku z własną przeszłością, samym sobą oraz członkami rodziny. Na co cierpi Iwan Iljicz? Nie sposób udzielić tu jednoznacznej odpowiedzi. Iwan Iljicz cierpi na TO. Czym jednak jest ta dziwna nienazwana siła?
O śmierci za życia
Na ścianach mieszkania rodziny Iwana Iljicza widzimy trawiący mury kamienicy grzyb. Zauważamy go szczególnie wtedy, gdy światła reflektorów ustawią się pod odpowiednim kątem. Obraz ten stworzony przez scenografkę Katarzynę Kornelię Kowalczyk trafnie reprezentuje wewnętrzne stosunki w rodzinie głównego bohatera. Jak wspomina sam Iljicz – ostatnim jasnym punktem na linii jego życia jest szkoła prawnicza, do której uczęszczał. Małżeństwo, które miało podwyższyć komfort i rangę jego egzystencji, stałą się ujmą, kulą u nogi i codzienną gehenną, od której nie sposób uciec. Znamienny zdaje się tutaj fragment: „Według opinii świata podnosił się w górę, a tymczasem życie uchodziło… I oto nadszedł czas…”.
Relacja małżeńska zdaje się być jedynie pustą formą, grą pozorów, której mąż i żona oddają się z przyzwoitości i poczucia nieszczęsnego obowiązku. Napięcia wewnątrz systemu rodzinnego, które powstają na skutek tej oziębłości, wywołują zaborczość i ataki agresji Iwana Iljicza oraz zachowawczość Praskowii Fiodorownej, która wie, że nawet po śmierci małżonka nie będzie mogła się od niego uwolnić. Lubujący się w urzędniczych praktykach Iwan zastawił więc pułapkę na samego siebie. Uległ presji dokonania schematycznego wyboru tzn. ożenienia się i tym samym już w młodym wieku zaczął spadać w ciemną otchłań.
Arbiter umierania
Jedną z najważniejszych postaci u Szumińskiego jest chłopiec kredensowy Grierasim grany przez Roberta Ciszewskiego. Zdaje się, że tylko on może nieść brzemię bohatera-lustra, który choć ma najwięcej litości wobec Iwana Iljicza, nie stroni od prawdy, a wręcz przeciwnie, wykrzykuje ją każdemu prosto w twarz. Jest niejako głosem z zewnętrza. Być może przez fakt niespokrewnienia z rodziną, u której służy, Gierasim może obiektywniej spojrzeć na sytuację, która się dookoła niego rozgrywa.
W postaci odgrywanej przez Ciszewskiego przejmująca fizjologia tekstu Tołstoja spotyka się z fizycznością. Słowa, metafory rosyjskiego pisarza zyskują ucieleśnienie w postaci Gierasima, który mówiąc o trawiącej ciało swojego pana chorobie, poci się, pluje, uderza się w piersi i bije po głowie. Już dojmująca w warstwie tekstowej fizjologia na scenie w wykonaniu Ciszewskiego poraża, wywołuje obrzydzenie i trwale zapisuje się w pamięci widza. Podczas, gdy pozostali bohaterowie poruszają się statycznie niczym w teatrze lalek, Gierasim łamie tę konwencję, a monologi, w których się tego dopuszcza, stanowią pęknięcia i zdaje się – najważniejsze momenty spektaklu.
Choroba jako ucieczka
„Czy podobna, aby życie było tak bezmyślnym i głupim? A jeżeli jest takim istotnie, więc dlaczego śmierć taka straszna? Co znaczy to cierpienie?” – pyta Iwan Iljicz na moment przed śmiercią.
W pewnym momencie sztuki większość widzów stanie przed następującym pytaniem – czy to rodzinne nieszczęście spowodowało tajemniczą chorobę głównego bohatera czy dopiero choroba stała się przyczynkiem tego dramatu? Iwan Iljicz nie znosi samego siebie. Nie wytrzymuje chwil samotności. Jego bliscy, przekazując mu zalecenia jednego z lekarzy, stale powtarzają, że Iwan Iljicz powinien TO „wydalić”. Kiedy jednak ten wyrzuca z siebie to, co być może tkwiło w nim od dawna, okazuje się, że jest już za późno. Przez całe życie, uciekając w pracę, która zapewniła mu wysoką pozycję społeczną, nie konfrontował ze sobą własnych uczuć. Spychał je na dno podświadomości. Teraz obserwuje, jak wszystko z niego wypływa. Patrzy, ale zupełnie nie wie, co powinien z tym zrobić. Iwan Iljicz występuje przeciwko sobie dokładnie tak, jak choroba występuje przeciwko niemu.
Kiedy jest już za późno
Krzysztof Matuszewski, który tak przekonująco oddaje lęki głównego bohatera Tołstoja, odgrywa kilka scen, w których niesiony przez własną złość, rzuca przedmiotami. W pierwszej części spektaklu rozbija szklaną wazę, której odłamki rozpryskują się po całej scenie. Jego córka Liza Iwanowna, zebrawszy je w największą część, która pozostała po naczyniu, wkłada szkło do talerza, z którego przed chwilą jadła Praskowia Fiodorowna. Ten zabieg Szumińskiego to trafna metafora zatrucia i choroby, która pożera nie tylko ciało Iwana Iljicza, ale trawi cały system rodzinny.
Kiedy ojciec rodziny znajduje się już na samym schyłku swojego życia, rozmawia ze śmiercią, która przychodzi do niego w dwóch osobach. Ubrane na czarno postaci pytają „Czy wiesz, że nastawienie człowieka wpływa na to, jak dalej potoczy się jego życie?”. Zlękniony Iljicz odpowiada, że tak. Wnikliwy widz spostrzeże jednak, że albo mówi nieprawdę, albo właśnie niedawno się o tym przekonał. Pani, która siedziała w rzędzie przede mną, przez cały spektakl odmawiała różaniec. Choć wywołało to we mnie lekkie zdziwienie, pomyślałam, że być może to jest to, czego Iwanowi Iljiczowi zabrakło. I nie mam tutaj na myśli wyłącznie religii. Iwan Iljicz bowiem, kiedy wie, że zbliża się do niego nieuchronny koniec, w niczym nie znajduje oparcia. Jego nadzieje nie gasną do samego końca. Jednak uwięziony pomiędzy strachem przed życiem a strachem przed śmiercią chory wie, że teraz nijak nie zmieni biegu zdarzeń.