Bezlitośni Belgowie rozbili Polaków

Belgowie zgotowali nam prawdziwe piekło – fot. instagram.com/belgianreddevils

W drugim meczu Ligi Narodów reprezentacja Polski zagrała na wyjeździe z Belgią. Doszło do niemałej kompromitacji. Przegraliśmy znacznie i nie podlega wątpliwości, kto grał w piłkę, a kto grać próbował. Nasi piłkarze wyglądali jak zagubione dzieci we mgle – rywal wpakował nam 6 goli. W bezlitosny sposób sprowadził nas do parteru. To był nokaut.

Jednocześnie chyba mało kto spodziewał się, że możemy przeciwstawić się Belgom. Po wątpliwej wygranej z Walią, gdzie jakość gry nie była imponująca, większość brała pod uwagę pesymistyczny scenariusz. Nie usprawiedliwia to jednak blamażu. Przegrana 1:6 jest jedną z najwyższych w historii polskiej piłki reprezentacyjnej. Lekcja pokory, po której trudno się pozbierać. Jak do tego doszło, co zawiniło i jakie można wyciągnąć wnioski?

Dobry złego początek

Od początku grę dyktowali Belgowie. Wraz z rozpoczęciem meczu zaczęli wymieniać mnóstwo podań, szybko przenosili ciężar gry na niekrytą flankę – znali założenia taktyczne, chcieli dyktować warunki. Już w 4. minucie spotkania w słupek trafił Michy Batshuayi, do piłki dobiegł Eden Hazard, ale nie trafił na pustą bramkę. Minutę później asystował do wcześniejszego pechowca, jednakże gol nie został uznany. Napastnik znalazł się za naszą linią defensywną, sędzia odgwizdał spalonego. Belgia ruszyła niczym rozwścieczony byk, ale po kilku minutach pod naszym polem karnym się uspokoiło. Szarpaliśmy, za wszelką cenę staraliśmy się dotrzymać kroku przeciwnikowi. Gra była szybka, przez pryzmat całego meczu całkiem solidna w wykonaniu naszej reprezentacji. Na zegarze wybiła 28. minuta meczu, wrzut z autu na wysokości 16 metra pola karnego rywali wykonywał Tymoteusz Puchacz. Wznowił grę, wykorzystując Zielińskiego, ten przyjął piłkę i podciągnął grę wewnątrz pola gry. Zagrał do Sebastiana Szymańskiego – sprytnie podcinką umieścił futbolówkę w polu karnym, co wykorzystał Robert Lewandowski. Objęliśmy prowadzenie ku zaskoczeniu zebranych na stadionie kibiców. Wydawało się, że ładna akcja Biało-Czerwonych podniesie ich na duchu, wtłoczy w żyły wiarę w końcowy sukces. Nasze szczęście trwało niecały kwadrans. Tuż przed przerwą, w 42 minucie po zamieszaniu pod naszą bramką huknął zza szesnastki Axel Witsel – Bartłomiej Drągowski był bez szans. Pierwsza część pojedynku zakończyła się remisem.

Polacy nie wyszli z szatni

Co prawda na murawie pojawiło się 11 zawodników w białych trykotach, ale równie dobrze mogli pozostać poza boiskiem. Belgowie nie odczuliby wielkiej różnicy. Rozpoczęła się kanonada. Od samego początku drugiej połowy byliśmy zagubieni i przytłoczeni przez grę podopiecznych Roberto Martineza. Przeciwnicy wykorzystali wszystkie nasze słabości: nieumiejętność gry w ataku pozycyjnym, luki w kryciu poszczególnych zawodników, pozostawianie zbyt dużej przestrzeni do rozgrywania, juniorskie straty, brak zaangażowania. Trochę się tego zebrało, a przeciwko tak klasowej kadrze nie można sobie pozwolić choćby na chwilę rozluźnienia. Niestety, Polacy nie istnieli na boisku. Nie popisał się także kapitan Robert Lewandowski. Po jego stracie w środku pola padł gol na 2:1 – trafił bezbłędny tego wieczoru Kevin De Bruyne. W tym momencie zaczęła się rzeź niewiniątek. W 73. minucie do bramki trafił rezerwowy Trossard, a zaledwie 7 minut później popisał się wyśmienitym i szczęśliwym centro-strzałem z rogu pola karnego, piłka przelobowała naszego bramkarza. Nie minęła chwila i z około 25 metra prostym podbiciem uderzył osamotniony na naszej połowie Dendoncker. Przed końcem podstawowego czasu gry przed szansą stanął Nicola Zalewski. Wprowadzony kilka minut wcześniej za Kamińskiego strzelił na bramkę i pomylił się minimalnie. Sędzia doliczył 3 minuty, co wystarczyło by wpakować nam kolejnego gola. Znów kolejny gracz z ławki rezerwowych – Openda bez problemu poradził sobie z Drągowskim. Dobrze, że mecz nie trwał dłużej, bo do Polski wrócilibyśmy z dwucyfrówką.

Różnica klas i lekcja gry w piłkę

Liga Narodów to turniej uważany za towarzyski. Nie cieszy się nadzwyczajną popularnością i dla wielu selekcjonerów są to idealne rozgrywki do testowania graczy czy wariantów taktycznych. Na naszą obronę, wyszliśmy w ustawieniu z czterema obrońcami i nominalnymi skrzydłowymi, gdzie ostatnio gramy trójką z tyłu i dwoma wahadłowymi po bokach. Ponadto w wyjściowym składzie zagrali dopiero co wprowadzani do kadry Gumny, Drągowski, Kamiński i Żurkowski. Tak czy owak, to marne pocieszenie. Nie zmyje plamy po tak wysokiej porażce. Najbardziej boli bierność polskich piłkarzy po stracie gola na 3:1. Jednakże nie koniecznie musiała być ona spowodowana zniechęceniem. Belgowie, bez owijania w bawełnę, schowali nas do kieszeni. Nie mieliśmy żadnych argumentów, by urwać im choćby punkt.

Lepiej raz przegrać 1:6, niż 6 razy po 0:1. Lepiej jest przegrać z mocnym rywalem, by móc uczyć się na błędach i przy tym rywalizować z najlepszymi. Nie zapominajmy, że trener Michniewicz prowadzi reprezentację od zaledwie kilku miesięcy, kiedy to przejął ją w niezwykle trudnym dla nas momencie. Polacy wywalczyli awans na mundial, który jest priorytetem. Bolesne sprowadzenie na ziemię było potrzebne. W ostatnim czasie wielokrotnie prezentowaliśmy się gorzej od rywala, ale mimo to unikaliśmy konsekwencji. W końcu szala się przechyliła. Następny mecz zagramy w sobotę 11 maja z Holendrami, ponownie na wyjeździe. To młody, dobrze zgrany i świetnie wyglądający pod względem personalnym zespół. Oczekiwania spadły praktycznie do zera. Należy mieć nadzieję, że braki w umiejętnościach nadrobimy sercem i wolą walki. Obecnie jesteśmy zarówno od Belgów, jak i Holendrów o klasę słabszą drużyną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

7 − 1 =