List miłosny do dziennikarzy – recenzja „The French Dispatch”

fot. Facebook, The French Dispatch

Jeden z najbardziej oryginalnych amerykańskich reżyserów powraca w spektakularnym stylu. Na premierę Kuriera Francuskiego z Liberty, Kansas Evening Sun musieliśmy trochę poczekać, ale było warto. Plejada gwiazd, oryginalne postaci i nieoczywiste historie – powitajcie redakcję The French Dispatch.

Jestem zachwycona. Wes Anderson jest niemożliwy – takie słowa usłyszałam zaraz po wyjściu z sali kinowej, wypowiedziane przez młodą miłośniczkę kina. I rzeczywiście – reżyser dobrze znanego Grand Budapest Hotel ponownie wprowadza nas w swój intrygujący świat. Towarzyszą mu jedni z najbardziej znanych i najlepszych aktorów obecnych czasów m.in. Adrien Brody, Tilda Swinton, Frances McDormand, Timothee Chalament, Jeffrey Wright, Mathieu Amalric oraz Bill Murray. Niektórzy z nich brali udział już we wcześniejszych projektach reżysera.

Nowe dzieło Andersona ma stanowić list miłosny do dziennikarzy oraz hołd złożony prasie drukowanej. To także nawiązanie do rzeczywistej gazety – The New Yorker.

Film przedstawia cztery opowieści: Reporter na rowerze, Konkretne Arcydzieło, Poprawki do manifestu i Prywatna jadalnia komisarza (napisane przez indywidualnych dziennikarzy) z każdego działu ostatniego numeru francuskiej gazety. Dlaczego ostatniego? Jej naczelny – Arthur Howitzer Junior (Bill Murray), wzorowany na Haroldzie Rossie, założycielu „The New Yorkera” – niestety umiera (do końca nie wiadomo dlaczego), a jego życzeniem było zaprzestanie drukowania tygodnika. Akcja dzieje się w fikcyjnym miasteczku – Ennui-sur-Blasé.

fot. Facebook, The French Dispatch

W wir nietypowych historii i zdarzeń wprowadza nas Herbsaint Sazerac, grany przez Owena Wilsona. Reporter jadąc na rowerze, zabiera nas w podróż po najbardziej zagadkowych i dziwacznych zakątkach miasteczka, a to wszystko opisuje w swoim artykule. Autorką drugiej opowieści jest J.K.L Berensen (Tilda Swinton), która przedstawia historię Mosesa Rosenthalera – malarza-mordercy. W czasie odsiadywania wyroku jego talent malarski dostrzega handlarz dziełami sztuki – Julian Cadazio (Adrien Brody), który rozsławia nazwisko więźnia. Z kolejnymi latami malarz maluje coraz więcej dzieł, za każdym razem inspirując się swoją muzą – strażniczką Simone. Do Poprawek do manifestu – trzeciego artykułu – wprowadza nas postać Lucindy Krementz (Frances McDormand). Jest to historia o protestach studenckich i ich czołowym liderze – Zeffirellim (Timothee Chalamet), z którym reporterka wdaje się w romans. Czwartą opowieścią jest ta o tajnikach wybitnego kucharza i obławie na porywaczy, autorstwa Roebucka Wrighta (Jeffrey Wright).

Muszę przyznać – uwielbiam styl Andersona. I tym razem również mnie nie zawiódł. Zachowanie humoru i powagi, wyrazistych kolorów i odcieni szarości, smutku i radości – to te kontrasty przyciągają najbardziej. Do tego fantastyczne charakteryzacje, mocno zarysowane charaktery każdej postaci, nieprzewidywalny przebieg akcji.

Historią, która zdecydowanie najbardziej mnie „wciągnęła”, była ta o malarzu. Do końca nie wiedziałam, jak potoczą się losy socjopatycznego artysty ani co stanie się z jego największą inspiracją – Simone. Do tego z niecierpliwością czekałam na występ Adriena Brody’ego, który niezmiennie od wielu lat znajduje się w gronie moich ulubionych aktorów. I tym razem wykreował intrygującą postać, nieco impulsywną, niezwykle zaangażowaną i nastawioną na zysk. Nie można nie wspomnieć o głównej postaci tej opowieści, którą genialnie zagrał Benicio del Toro. Właściwie do końca nie wiemy dokładnie, co działo się w głowie malarza. Wiemy tylko, że bardzo pokochał strażniczkę, ale niestety, jego miłość nie była odwzajemniona.

Kontrastując, ostatnia historia – o kucharzu – z czasem zaczęła mnie już trochę męczyć. Najciekawsze w części filmu poświęconej temu artykułowi, były dla mnie sceny wywiadu z reporterem w studiu telewizyjnym rodem z amerykańskich show.

Pojawiły się elementy, które wzbudziły niedosyt. Mam na myśli niezwykle krótkie występy Saoirse Ronan czy Edwarda Nortona, na które również czekałam. Wielokrotnie w mediach mówiło się o kolejnym już wspólnym projekcie Chalameta i Ronan, a scen z aktorką było bardzo niewiele. W przeciwieństwie do tego pierwszego – Timothee zagrał główną rolę w historii o protestach studenckich, będąc ich liderem. Podołał zadaniu – z pewnością jego postaci nie zapomina się po wyjściu z kina.

Zaciekawił mnie wątek pracy dziennikarskiej – kilkukrotnie pojawiające się słowa o nieistniejącym obiektywizmie dziennikarskim zapadają w pamięć.

Podczas seansu czasem miałam wrażenie, że tempo wydarzeń jest zbyt szybkie – były momenty, w których na początku trudno było mi się połapać. Jednak później doszłam do wniosku, że to tempo również było celowe i idealnie współgrało z postaciami, akcją, jak i samym zamysłem filmu.

Czekając niezwykle długo na premierę „The French Dispatch”, nie nastawiałam się na nic konkretnego, bo nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać po Wesie Andersonie. On zawsze zaskakuje. Po seansie wiedziałam, że się nie zawiodłam. Choć zawsze pozostaje chęć ujrzenia pojawiającej się tam plejady gwiazd kina w nieco większych rolach. Ale taki właśnie ma styl Anderson – i ma to swój urok. Z pewnością jest to dzieło wybitne. I już czekam na kolejne!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *