Kartka z dzieciństwa

źródło: flickr

Z wiekiem coraz więcej rzeczy nam „nie wypada”. Pogrążamy się w hałdach pracy, obowiązków i życie nabiera zupełnie innych kolorów. Pewnie wiele prawdy jest w słynnych słowach Saint-Exupéry’ego z „Małego Księcia” — „Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi, ale niewielu z nich pamięta o tym”. Jest jednak niewielka nadzieja i miłe wspomnienie ku pokrzepieniu naszych dorosłych serc, czyli kreskówki. 

Podobno pierwsze wspomnienia pojawiają się we wczesnym dzieciństwie, tak około trzeciego lub czwartego roku życia. Z czasem się one „nadpisują”, tak, że koniec końców ciężko nam jest przypomnieć sobie wydarzenia z czasów np. przedszkola. Są jednak takie momenty, które zostają w naszej świadomości najdłużej. Najmilsze wspomnienia z lat dziecięcych, kiedy wszystko wydawało się o wiele prostsze, a nauka tabliczki mnożenia była naszym największym koszmarem (ach, ile ja bym dała, żeby na egzaminach w sesji zdawać „tylko” tabliczkę mnożenia!). Oczywiście były jeszcze potwory spod łóżka, wyrośnięte psy sąsiadów czy inne straszydła. Na szczęście rozmywają się one w mojej pamięci, a ich miejsce zastępuje sielski obraz pierwszych lat szkolnych.

Chłodny poranek, najprawdopodobniej listopad lub nawet grudzień. Czuć już, że zbliża się zima, bo wszyscy chodzą zasmarkani. Łącznie ze mną. Lat 7. Nie ma nic przyjemnego w przeziębieniu, a już szczególnie kiedy jest się takim berbeciem, co to czasem się jeszcze potyka pod własne nogi. Ciężko uwierzyć, że dla mnie z tym się łączą najlepsze wspomnienia. Największy plus to ominięcie szkoły i opuszczenie kilku zajęć wprowadzających w zagmatwany świat matematyczny. Tak, matematyka zdecydowanie zawsze była moją zmorą. Poza tym choroba zawsze oznaczała nielimitowany czas na bajki. Godziny spędzone pod miękką kołderką przed telewizorem, z ciepłym kakao w ręce i maratonem największych perełek dziecięcych kanałów. Za oknem pada deszcz, ale to nieistotne. Właśnie leci mój ulubiony program, nie muszę się przejmować żadną pracą domową. Jest po prostu dobrze.

źródło: wikipedia | Hanna-Barbera Productions

Włączam Jetix, który współcześnie odszedł już chyba w niepamięć albo mój ulubiony kanał — Boomerang. Zaczynam od przygód najpopularniejszego psiego detektywa na świecie, czyli Scooby Doo. Oryginalna, pierwsza produkcja studia Hanna-Barbera — „Scooby Doo, gdzie jesteś?” liczyła sobie zaledwie 25 odcinków, więc w telewizji leciały non stop powtórki, a niektóre epizody widziałam kilka lub kilkanaście razy. Później pojawiały się kolejne wersje jak np. „Scooby i Scrappy Doo” z nowym bohaterem. Nawet teraz, pisząc to, nie mogę się oprzeć zanuceniu chwytliwej piosenki z czołówki.  Po tym kryminalnym wstępie przychodzi czas na kolejne produkcje z wyżej wspomnianej wytwórni, która dla mnie będzie się już nierozłącznie kojarzyła z dzieciństwem.

W sumie studio stworzone przez Williama Hanny i Josepha Barberę dostarczało dzieciom rozrywki przez niemal 40 lat, a na swoim koncie ma, nie oszukujmy się, kultowe tytuły. Oprócz psiego detektywa stworzyło serię o zwariowanej rodzinie z czasów prehistorycznych, czyli „Flinstonów”, ale również w drugą stronę, czyli „Jetsonów” gdzie bohaterowie podbijają kosmos. Co ciekawe istnieje nawet teoria łącząca obie kreskówki. Powstała gdzieś w latach 80, kiedy to przez Zimną Wojnę panowało kulturalne zainteresowanie bronią atomową, a w dodatku wszędzie widziano prawdopodobieństwo nuklearnej zagłady. Wmieszano te elementy także w bajki, bo któryś z oglądających wysnuł przypuszczenie, że to „Flinstonowie” dzieją się w przyszłości, kilka wieków po „Jetsonach”, tylko, że mieszkają na zniszczonej planecie. Największym dowodem potwierdzającym tę koncepcję, jest powstanie w 1987 roku odcinka specjalnego, gdzie bohaterowie obu seriali się spotykają. To był prawdopodobnie lepszy crossover niż „Avengers: Infity War”. Innymi na pewno znanymi produkcjami studia były „Miś Yogi”, „Tom i Jerry” czy „Smerfy”.

Uciekając pamięcią do czasów lat dziecięcych, można żałować, że świat znany nam z „Piotrusia Pana” nie istnieje naprawdę. Jakie to byłoby wspaniałe życie, gdybyśmy mogli nigdy nie dorastać, a jeśli nie, to znów być dzieckiem, chociaż tak przez jeden dzień. Niestety, otaczającej nas rzeczywistości wiele brakuje do bajkowej fantastyki. Znam jednak jeden sposób na takie cofnięcie się w czasie. Wystarczy włączyć swój ulubiony film animowany albo odcinek jakiejś kreskówki. Nie ma w tym powodów do wstydu czy umysłowego samobiczowania się. Zresztą, czy znajdzie się w ogóle jeszcze ktoś, kto nie zna słów refrenu piosenki z przynajmniej jednego filmu Disneya? Dzisiaj jest Dzień Dziecka, więc idealna okazja, żeby zapomnieć o zbliżającej się sesji, pracy czy innych obowiązkach i świętować przed ekranem. W końcu trzeba pamiętać, że wszyscy jesteśmy dziećmi, tylko czasem o tym nie pamiętamy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *